Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku
… a tam, na niewielkim wzniesieniu znajdziecie kościółek. Prawdziwe śliczności. Sfotografować go niełatwo, bo gęsto drzewami obrośnięty, jednak obejść dookoła trzeba KONIECZNIE. Zdziwicie się solidnie, widząc różnej wysokości przybudówki, wieżę, wieżyczkę i wielopołaciowy, gontowy dach.
Kościół właściwie od zawsze nosił wezwanie św.Mikołaja. To „zawsze” jest nie byle jakie, ponieważ świątynia plasuje się w pierwszej dziesiątce najstarszych drewnianych obiektów sakralnych Wielkopolski (a lista obejmuje grubo ponad 200). Jej historia sięga przełomu XII i XIII w.
Najstarsze fragmenty oglądanej przez nas budowli datowane są „przed 1589 r.” O jej późnośredniowiecznym pochodzeniu świadczyć mogą chociażby okna – umieszczono je w sposób charakterystyczny dla tego okresu, bo tylko od wschodu i południa.
Wchodząc do środka przez niziuchne drzwi boczne, mimowolnie skłaniamy głowę. Naprawdę jest przed czym. Trywialnie mówiąc - „szczęka opada” i to całkiem dosłownie. Wnętrze łączy w sobie w sposób doskonały ludową prostotę z „pańskim” zmysłem smaku Augusta Cieszkowskiego.
Mamy tu dzieła klasy europejskiej – jak choćby marmurowy nagrobek hrabiego i słynne Drzwi Lenartowicza oraz sprowadzoną z Włoch, wzorowaną na pracach Correggia Madonnę przewijającą Dzieciątko (XVII w.)
Z drugiej strony siedemnastowieczny ołtarz główny. Barokowy, drewniany, a pomalowany tak sprytnie, że do złudzenia przypomina marmur. Po prawej stronie znajdują się w nim maleńkie drzwiczki (niezauważalne na pierwszy rzut oka). Kiedyś prowadziły do równie niedużej zakrystii umiejscowionej za ołtarzem.
Wychodzący przez nie kapłan uderzał w dzwonek ogłaszając tym samym, że pora skończyć drzemkę.
Uśmiechającą się z ołtarza Matkę Boską Wierzenicką namalowano w 1636r. Obraz jest unikatowy (przynajmniej w Wielkopolsce). Dlaczego? Ponieważ u stóp Najświętszej Panienki wymalowano drobniutką postać mężczyzny. Nieopodal - dwa woły i karczmę, a pomiędzy nimi napisano na wieki, co następuje (pisownia oryginalna):
Na kościół Wierzenicki ten obras sprawiono,
Za Barthłomieja z Kłecka Boga by proszono.
Kołodziej był, na karczmie mieszkał tu lat kilka,
Przed śmiercią na tę sztukę oddał parę bydłka.
Vmarł 1632
Malowany 1636”.
Fundator i owszem, ale żeby z gminu, to rzadkość prawdziwa.
Wizerunek Panny Maryi przesłaniał niegdyś obraz św.Mikołaja (podnoszony tylko „od wielkiego dzwonu”). Dziś to (również siedemnastowieczne) malowidło zdobi boczną ścianę kościoła.
Stojąca przy jednym z bocznych ołtarzy drewniana chrzcielnica ze złoconymi ornamentami – piękna snycerska robota – datowana jest ok.1700 r.
Belka tęczowa również przedstawia się nietypowo. Zamiast zwyczajowej grupy pasyjnej oglądamy na niej dwa aniołki. Niegdyś mieszkały na ołtarzu.
Jestem pełna podziwu na miejscowego proboszcza i jego parafian. Wierzenica, jako wioska popegeerowska nie należy przecież do najbogatszych, ale o zabytki kościelne dba z prawdziwą starannością. Odnawiane są konsekwentnie i nieprzerwanie w myśl ulubionego powiedzenia księdza Przemysława: Wierzeniczanie jako depozytariusze tego miejsca powinni odnosić się do tego, co pozostawiły poprzednie pokolenia z należytym szacunkiem. I dokładnie tak robią.
O Wierzenico, z szlachetności rysów
całaś jest warta pędzla i opisu,
z płodności gleby, z łąk zielonej krasy,
z wysokopiennej twych urody lasów,
z bystrości rzek twych, rozległości stawów,
całaś jest godna i pochwał i sławy (…)” (Kazimiera Iłłakowiczówna)
Człowiek (czyli ja) uczy się przez całe życie. Dobitnie przekonałam się o tym w minioną sobotę… i… trochę mi wstyd.
Dlaczego?
Zadam wam tylko jedno małe pytanie: Teofil Lenartowicz. Znacie go?
Ja w swojej pysze uważałam, że znam i to nieźle, tymczasem…
… dla nas Lenartowicz to poeta romantyczny, takie na przykład cudności piszący:
W szczerym polu na ustroni
Złote jabłka na jabłoni,
Złote liście pod jabłkami,
Złota kora pod liściami.
Aniołowie przylecieli
W porankową cichą porę:
Złote jabłka otrząsnęli,
Złote liście, złotą korę (…) (fragment „Złotego kubka”)
Dla Włochów i reszty Europy nasz Teofil jest natomiast uznanym rzeźbiarzem. Wiedzieliście o tym? Bo ja – nie. Zdaję sobie sprawę, że to tylko moje lenistwo, w końcu wystarczyło bodaj do Wikipedii zajrzeć, no… ale skoro człowiek (czyli ja) uważa, że romantyczny poeta, poetą jest i basta, to po co mu tam szperać? Po nosie dostałam i to solidnie
)
Wszystko za sprawą wizyty w małym, drewnianym, podpoznańskim kościółku.
O samej świątyni będzie innym razem. Dziś skupię się na Lenartowiczu i jego niesamowitym dziele, które w Wierzenicy odkryliśmy. Przewspaniałe, unikatowe Drzwi. Na pierwszy rzut oka wydają się obce dla swego otoczenia. Ciemny, gontem kryty kościółek, a we wnętrzu, na bocznej ścianie - jasny portal z białego marmuru, z którego wychyla się sam August Cieszkowski. Poniżej hrabiowskiego popiersia błyszczy „najcenniejsze dzieło polskiej romantycznej rzeźby nagrobnej”.
Dzieło ma formę drzwi (180 na 87 cm) wiodących do grobowca Augusta. Drzwi misternie plastycznych. Tylko poeta mógł w taki sposób przedstawić ciągłość ludzkiego żywota i jego odradzanie się w lepszym ze światów. Poeta, który - udawszy się na emigrację – by nie zostać nędzarzem, zająć się musiał zgoła inną twórczością. Trzeba przyznać, że rzeźbiarzem okazał się utalentowanym…
Skąd owe Drzwi wzięły się w Wierzenicy? Otóż podróżujący po Włoszech hrabia Cieszkowski postanowił wznieść tam dla swojej matki (Zofii z Kickich Cieszkowskiej ) wyjątkowy nagrobek. Wybór padł na Santa Croce we Florencji - jeden z piękniejszych kościołów, w którym pochowano wielu znamienitych obywateli. Przekuciem pomysłu w dzieło sztuki miał się zająć mistrz Teofil. Trwało to dwa lata. Efekt jego pracy tak zachwycił innych florenckich rzeźbiarzy, że namówili Lenartowicza, by wysłał Drzwi (jeszcze przed ich zamontowaniem) na wystawę światową do Wiednia, a tam… zaginęły!!!
Cóż było robić? Szybciutko wykonano drugi odlew galwanoplastyczny (czyli po prostu odbitkę w brązie glinianego modelu autorstwa naszego poety). Kiedy już był gotowy, zguba się odnalazła
.
Zdobyła nawet Medal Zasługi. Po zakończeniu wystawy trafiła do kościółka w hrabiowskim majątku, a w Santa Croce zamontowano replikę.
Grobowe wrota są opowieścią o śmierci i zmartwychwstaniu. Ich prawe skrzydło mówi o ziemskim etapie, zamykanym przez unoszącego się nad morską tonią Anioła Śmierci. Na lewym szybuje już radosny Anioł Zmartwychwstania.
Dziecko przy jego skrzydle symbolizuje rozpoczynającą nowe życie duszę. Rozcinająca oba skrzydła bordiura zawiera dziewięć (ułożonych od dołu do góry) scen, ilustrujących modlitwę „Ojcze Nasz”.
Najbardziej zaskakujące jest to, że piękne Drzwi nie prowadzą wcale do grobowca. Wejście do krypty znajduje się całkiem niedaleko, w… kościelnej podłodze.
Mylicie się myśląc, że na tym koniec niespodzianek.
Kryta gontem kaplica grobowa Cieszkowskich to widok… jedyny w swoim rodzaju
)))), a sam kościółek wart jest osobnego wpisu.
Choć na wysokość wzniesienia patrząc (145m n.p.m.) bardziej to Wzgórek Dziewiczy niż góra
. W tak zwanej Koronie Wielkopolski zajmuje jednak szacowne, dwudzieste (na 35 możliwych) miejsce. W podpoznańskiej morenie czołowej jest nawet drugim z najwyższych wzniesień. Plasuje się tuż po Górze Moraskiej (154 m n.p.m.) – tej samej, którą tak sobie ongiś upodobał meteoryt, że postanowił zostać w tym miejscu po wsze czasy.
Ponieważ lądowanie miał raczej twarde, pozostawił po sobie jedynie piękne kratery - całych siedem sztuk (największy ma ok. 60 metrów średnicy i 11 głębokości). W ich okolicy znaleziono ponad 300kg odłamków gwiezdnego gościa (niektóre całkiem spore). Dziś utworzono tam rezerwat, ale ja wcale nie o nim chciałam mówić. Rzecz miała być o Dziewiczej Górze.
Pokryte wspaniałym lasem wzniesienie tuż przy podpoznańskim Czerwonaku nazwano tak pięknie na cześć cysterek z pobliskich Owińsk. W pierwszej połowie XIII w. teren ten podarował im Przemysł I, a one urządziły tu regularną (można powiedzieć - przemysłową) hodowlę owada zwanego czerwcem polskim. W średniowieczu byliśmy potęgą na skalę europejską w produkcji karmazynowego barwnika zwanego dziś koszenilą. Wytwarzano go z larw owada (czerwiec polski) o błyszczących skrzydełkach, nieco tylko większego od dokuczliwej meszki. Owad to w gruncie rzeczy pluskwiak, który upodobał sobie składanie jajeczek w szyjce korzeniowej mikrej roślinki z gatunku goździkowatych o nazwie – a jakże – czerwiec. Jego żeńskie larwy przypominały ciemnofioletowe nasionka (dlatego początkowo mylono je z rośliną).
Czyż może dziwić, że miesiąc koszenilowych żniw nazwano czerwcem? I że jedno z zapomnianych przysłów głosi „W czerwcu, czerwiec pod czerwcem siedzi”?
Ta mało raczej znana gałąź staropolskiego przemysłu straciła rację bytu, kiedy odkryto Amerykę. Wraz ze zdobyciem nowego terytorium odkryto także owada o nazwie czerwiec kaktusowy, żyjącego na opuncjach i dwukrotnie bardziej wydajnego od swego europejskiego krewniaka.
Opuszczamy więc czerwce i cysterki. Wracamy na Górę Dziewiczą. W 2005 r. wybudowano na niej czterdziestometrową wieżę obserwacyjną. Fachowo nazywa się dostrzegalnią przeciwpożarową, a powstała po wielgachnym pożarze, który w 1992 r. strawił 250 ha pobliskiej Puszczy Zielonka. Na najwyższym jej tarasie dyżurują obserwatorzy, na niższym urządzono platformę widokową.
Trzeba tylko wdrapać się po 170 krętych schodkach i… voila… okolice Poznania widać jak na dłoni.
Nam wprawdzie przejrzystości powietrza zabrakło, by wzrokiem do Gniezna sięgnąć (podobno da się), ale kopułę stadionu Lecha – i owszem, dojrzeliśmy. 
Ciekawe, czy pasiasty bzyczek, który przycupnął w oczku siatki na wysokości 30 m nad ziemią także podziwiał okolicę, czy po prostu odpoczywał, bo wiatrzysko na tym poziomie było nieliche.
Jeżeli kiedyś nogi zaniosą was do stolicy Wielkopolski, zróbcie sobie wycieczkę na Dziewiczą Górę. Naprawdę warto. Wyobrażam sobie, jak pięknie musi tam być jesienią…
Na marginesie jeszcze dodam, że czerwony barwnik do farbowania tkanin produkowano z suszonych i sproszkowanych larw czerwca. W niewielkich ilościach dodawano go także do potraw. Dziś pewnie produkuje się koszenilę syntetyczną, bo mimo wszystko – spożywając jogurt truskawkowy – wolałabym, by wymieniona wśród składników karmina, koszenila albo E120 nie powstała z zanurzonych we wrzątku, a później wysuszonych i sproszkowanych larw pluskwiaka. Brrr.

Dla zainteresowanych portret amerykańskiego czerwca zapożyczony z demotywatorów.
O Gorzupi Dolnej pewnie niewiele osób słyszało, wcale to jednak nie znaczy, że jest dla was zupełnie nieznana
Wbrew pozorom bywaliście tam wielokrotnie. Tyle razy, ile oglądaliście „Czterech pancernych” i scenę, w której Janek przy pomocy Szarika bajeruje kierującą ruchem sowiecką żołnierkę. Grigorij sprytnie wykorzystuje sytuację i pokonuje „Rudym” most na Bugu… tyle tylko, że filmowy most nie na Bugu, a w Gorzupi na Bobrze pobudowano. No i w pobliżu wielkie, podżagańskie przestrzenie poligonowe – to na nich kręcono większość materiału z pierwszej serii serialu (do siódmego odcinka włącznie).
Most jest niezwykły. Zwraca uwagę każdego, kto przez wieś przejeżdża. Nawierzchnię ma drewnianą, wsparto go jednak na porządnych, stalowych filarach. Pięć drewnianych izbic wrzyna się w wody Bobru. O tej porze roku zbierają się w ich pobliżu śmieci (nie potrafię zrozumieć ludzkiego bałaganiarstwa!), ale zimą pewnie często słychać trzask kruszącego się o nie lodu.
W pobliżu mostu stoi niezbyt ciekawa (na pierwszy rzut oka) bryła kościoła. Wyraźnie nadgryziona zębem czasu świątynia wcale nie wygląda na średniowieczną, chociaż powstała z kamienia i cegły w drugiej połowie XIII w.
Jakieś 300 lat później przebudowano ją w stylu gotycko-renesansowym. W środku zachowały się podobno piękne, sieciowe sklepienia i barokowy wystrój oraz gotycka rzeźba Madonny. Zobaczymy to może następnym razem.
Póki co skupiliśmy się na wmurowanych w kościelną ścianę renesansowych płytach nagrobnych. Pewnie w ogóle byśmy ich nie widzieli, gdyby nie wyraźna podpowiedź. Wskazówki udzielił nam młody ksiądz ze Starego Żagania.
- Zatrzymajcie się w Gorzupi. Po prawej stronie drogi stoi kościółek. Mało ciekawy. Obejdźcie go dookoła. Tam z tyłu, na murze zobaczycie coś niesamowitego.
Miał rację.
Choć rzeźbionych trójwymiarowo płyt nagrobnych widziałam już krocie, te zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. Zwłaszcza jedna, poświęcona niemowlęciu… w życiu takiej nie oglądałam.
Maleństwo wygląda jak mikroskopijna mumia.
Zresztą cała rodzina jakaś pechowa. Tata rycerz, mama-dama i piątka drobiazgu. A poza tym jeszcze jacyś dwaj... przyjaciele, kuzyni, wujowie...?
Pomór jakiś? Morderstwo? Ktoś z rodziny musiał jednak pozostać, skoro w taki sposób ich upamiętnił… na razie nie wiem kompletnie nic. Może kiedyś zdobędę jakieś informacje.
Bo my z całą pewnością jeszcze tu wrócimy.
…nawet nie wiecie jak bardzo…
„Parowóz” to rodzaj męski. Dziwne… mnie kojarzy się zdecydowanie żeńsko, tylko jak go tu po babsku nazwać? Może „paromanka’”? (od furmanki).
Każdy, kto choć raz zobaczył taki pojazd na wybiegu, z pewnością przyzna mi rację. W końcu nie wybiera się w Wolsztynie mistera, tylko miss parowozów.
I kto nią został w tym roku (tradycyjnie zresztą)?
Piękna Helena!
Krótkie wspomnienie z lat minionych:
Leciwe, buchające parą damy wynurzające się z powoluchnu czeluści swej parowozowni wywoływały owacje na stojąco i myślę, że nie ma na świecie istoty, której nie marzyłby się choć raz w życiu taki aplauz (dedykowany tylko jej osobie). Gapie otwierali z zachwytu usta, a parowozy (paromanki)… dobrze się bawiły. Tu wesoły gwizd, tam popuszczony niechcący kłąb pary – aż dech w piersiach zapierało.
Bez personifikacji ani rusz. Zwinnie kręcące się na obrotnicy parowozy naprawdę wyglądały, jakby przymierzały coraz to nowe sukienki. Feeria barw, wspaniała muzyka… najprawdziwszy Bal w Operze!
Tak było.
Podziwialiśmy widowisko, stojąc pośród tłumu takich jak my zbzikowanych pomyleńców. Przyjeżdżaliśmy kilka godzin naprzód, aby na specjalnie podstawianej platformie znaleźć dogodne do fotografowania miejsce. Międzynarodowe życie towarzyskie kwitło. A wieczorem – jęki zachwytu przerywane trzaskiem zwalnianych migawek, rzucanymi w przestrzeń instrukcjami najlepszego ustawienia parametrów aparatu… tego nie da się opowiedzieć. Tam trzeba być!
W tym roku wymyślono zupełnie inną formułę. Pomyleńców z aparatami zepchnięto gdzieś tam, w niebyt. Platformy widokowej nie było. Teren przy obrotnicy obstawiono krzesełkami tylko dla wybranych. Tylu strażników w życiu nie widziałam! Gawiedź niech sobie na telebimach podziwia przygotowane przez Wołoszańskiego inscenizacje.
Niedoczekanie!
Filmy to ja lubię oglądać w kinie albo w domu, siedząc w wygodnym fotelu z piwkiem lub kieliszeczkiem ulubionej nalewki w dłoni. My (i nie tylko my) nastawialiśmy się na focenie oryginałów, a nie obrazu z telebimu! No to… zabraliśmy swoje zabawki i - jak wielu nam podobnych – wróciliśmy do domu.
Kto ciekaw, może zerknąć tutaj – nogi nie bolą, nikt nie zasłania (tylko zapachu pary brak)
http://www.youtube.com/watch?v=3tvchyLSeNw (you tubowe filmiki jakoś nie chcą ostatnio wchodzić, albo ja nie potrafię ich wstawić, dlatego proponuję po rostu klinąć w link)
Mimo wszystko do Wolsztyna warto jeździć. Mam nadzieję, że Parady Parowozów będą nadal organizowane (bo różne słuchy na ten temat chodzą). O olbrzymiej popularności imprezy świadczyć mogą winogronka gapiów, zwisające z każdego możliwego podwyższenia, na które tylko można było się wdrapać. Widoczki niczym z Indii lub Pakistanu 
Piękne maszyny gnające po torze w te i wewte - z gwizdem, z fasonem, w kłębach pary - nie wyglądały na wycofywane z użytku staruszki. To tak, jak z ludzkim schorzeniem „siądem” zwanym. Niby powinien doskwierać, ale… jak tu się skarżyć, skoro z każdym nowym rokiem lat ubywa (do stu oczywiście, bo „siąd” to nic innego, jak skończone 50 lat).
Zwariowane drezyny (w tym ciągle spadająca z szyn ticozyna) także wywoływały uśmiechy na ustach. W życiu nie widziałam tylu zadowolonych ludzi na raz. Mimo nieznośnej spiekoty i ścisku dookoła, dopóki pokaz trwał - nikt nie narzekał.
A później? Później można było powspominać stare czasy w salach Muzeum, no i pobuszować po zbudowanej w 1907 r. parowozowni. Wielka, zapraszająca szeregiem wachlarzowo ustawionych wrót szopa - garaż, pełna jest tajemniczych zakamarków. Podłoga lepi się (zwłaszcza w upale) od wsiąkających w nią przez ponad wiek smarów i olejów, pomiędzy kanałami naprawczymi stoją wiekowe piece Hohenzollerna. Jeszcze piękniejszy, żeliwny ogrzewacz stoi w pomieszczeniu spawalni. Stara wieża wodna (1907) jest ciągle sprawna, a żurawie wodne z 1901 r. należą do najstarszych w Polsce.
Mało tego! Wolsztyńska Parowozownia to jedyny taki skansen w Europie. Jedyny, bo ciągle działający! Codziennie wyjeżdża stąd na trasę do Poznania pociąg ciągnięty przez wesoły parowóz. I potem jeszcze z Poznania wraca. Ha!
Ps. Piękna Helena - tak miała na imię żona jednego maszynistów. Myślę, że gabarytów była nieco mniejszych od odnoszącej sukcesy na kolejowych torach imienniczki 


czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 29 020 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))
... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...
więcej...... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.
schowaj...Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: