Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 949 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

ciekawostek z Liselund ciag dalszy

sobota, 10 września 2011 11:39
Skocz do komentarzy

 

Człowiek uczy się całe życie - bardzo mądre to słowa. Moja edukacja nieustannie trwa i chyba nigdy się nie skończy. Ciągle odkrywam coś zaskakującego.  Dzisiejszy wpis do radosnych nie należy. Publikowałam go już kiedyś, wydaje mi się jednak, że wart jest ponownego przytoczenia, chociażby z tej racji, że dotyczy mało znanych faktów.

 

Kiedy (oczywiście po powrocie z wyspy Mon do domu) usiłowałam wyszperać jak najwięcej wiadomości o Liselund, natrafiłam na informację o baronie Nielsie Rosenkrantzu w kontekście pomocy udzielanej więźniom Stutthofu. Były to jednak tak śladowe informacje, że wolałam o tym nie wspominać. Przeszperałam internet wszerz i wzdłuż i nie wyguglałam niczego konkretnego (ech, te braki językowe). Pewnego razu wzięłam sobie do łóżka Iwaszkiewicza (aaależ to brzmi! – spieszę donieść, że ten „wzięty” Iwaszkiewicz, to książka jego autorstwa pt. "Łabędzie gniazdo”). Było to chyba niegłupie posunięcie, bo  pan Jarosław poświęcił baronowi Rosenkrantz cały rozdział swoich duńskich opowieści.

 

Photobucket (to dom Rosenkrantzów w parku Liselund)

 

Poczytałam, zawstydziłam się własną niewiedzą i zabrałam do ponownego szperania po internecie. Teraz mniej więcej wiedziałam już, czego szukać.

A to efekty:

Ewakuacja morska Stutthofu

Barki śmierci

Ten drugi tekst, o barkach śmierci - pochodzi z opublikowanego w 1969 r. komunikatu Muzeum Stutthof. Warto dokładnie przeczytać, choć to naprawdę wstrząsające.


W skrócie.

Sztutowo - cicha, spokojna wieś, odległa trzydzieściparę kilometrów od Gdańska. Wieś rozlokowała się w pobliżu pięknych plaż Mierzei Wiślanej, która dziwnym zbiegiem okoliczności stała się ostatnim miejscem na ziemi dla ponad 60 tysięcy ludzkich istnień. To tutaj już drugiego września 1939 przywieziono aresztowanych gdańszczan by budowali obóz koncentracyjny. Konzentrationslager Stutthof funkcjonował nieprzerwanie aż do 9 maja 1945. Był najdłużej działającym obiektem tego typu na ziemiach polskich. Więziono tu przedstawicieli niemal wszystkich europejskich nacji i wielu różnych wyznań. Wśród nich szczególnie dużo było kobiet i dzieci, a po nieudanym zamachu na Hitlera, trafiły tu także rodziny spiskowców.

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Ofensywa styczniowa 1945 zmusiła Niemców do ewakuacji. Również więźniów Stuttohofu postanowiono ewakuować na Zachód.


25 stycznia rozpoczął się marsz śmierci. Z obozu wyprowadzono 11 tys. osób (inne źródła podają, że z obozu wyszło ponad 20 tys. więźniów – dla mnie oszałamiająca jest już nawet ta pierwsza liczba). Po 11 dniach i 170 km przebytych przy dwudziestostopniowym mrozie zostało ich około 7 tys. Trasa tego marszu znaczona jest dziś miejscami pamięci. To była ewakuacja numer jeden.


Ewakuację nr 2 przeprowadzono drogą morską pod koniec kwietnia 1945. Himmler wydał wtedy dyrektywę: „Poddanie się nie wchodzi w rachubę. Żaden więzień nie powinien wpaść żywy w ręce wroga”.


Prawie 5 tys. osób ściśnięto niczym śledzie na pokładach 5 płaskodennych barek rzecznych. Pierwsze cztery barki, ciągnięte przez holowniki, wyruszyły z Helu 27 kwietnia, ostatnia – 29 kwietnia 1945. Więźniowie otrzymali na drogę po pół bochenka chleba i trochę margaryny. Nic więcej. O całym koszmarze, a właściwie tylko o jego części można przeczytać pod przytoczonym przez mnie linkiem o barkach śmierci. Tam już na samym wstępie napisano, że „jest to jedno z najmniej zbadanych zagadnień z historii obozu”.

Z iwaszkiewiczowskich opowieści dowiedziałam się nieco więcej o losach tej barki, która dobiła do brzegów wyspy Møn. Sam Iwaszkiewicz wysłuchał ich bezpośrednio od szefa tamtejszego ruchu oporu - barona Nielsa Rosenkrantza z Liselund, doktora Fengera z Borre i ówczesnej szefowej Czerwonego Krzyża w Stege, pani Mortensen. Wszystko to (ze szczegółami) opisał dr Fenger w urzędowym sprawozdaniu za rok 1945.


Działo się to 5 maja 1945. Niemcy właśnie opuszczali Danię. Tymczasem do niewielkiego portu Klintholm na wyspie Møn  „wpłynęła masa najrozmaitszych łodzi i statków, po brzegi wypełnionych wszelkiego rodzaju Niemcami”. Niemal wszyscy zeszli na ląd. Jedynie ok. 5-7 m od brzegu kołysała się na wodzie zwykła rzeczna węglarka, pilnowana przez niemieckich policjantów. ”Na pokładzie barki cisnął się dziwny, zszargany, udręczony tłum ludzi, którzy jak niedźwiedzie w zoologicznym ogrodzie czatowali na małe kawałki chleba, które im rzucały z brzegu dwie młode dziewczyny.”  Niemcy przyznali, że na pokładzie są jeńcy, ale mieli to być (ich zdaniem) sami zbrodniarze, którymi nie warto zawracać sobie głowy. Duńczycy jednak uparli się, by wejść na barkę, a potem, po niezbyt nawet długich pertraktacjach, przejęli jeńców. Jeszcze raz zacytuję dr Fengera (w tłumaczeniu J.Iwaszkiewicza):

 

„(…) ku widocznemu zadowoleniu Niemców, przejęliśmy jeńców na własną rękę. Bliższa inspekcja barki okazała, że było na niej 345 ludzi, po większej części Polaków i Rosjan, z tego ok. 80 kobiet, a 50 ludzi zmarło po drodze i wyrzucono ich za burtę. Leżeli wszyscy na trójpiętrowych pryczach, tak, że każdy miał ledwie metr dla siebie, a w przerwach między pryczami ledwie się można było przecisnąć. Tylko część tych ludzi mogła – i to z trudnością – wdrapać się na pokład, większość leżała senna, apatyczna w swoich brudnych, dziurawych kocach. Smród był potężny.

Moja żona, która przyjechała ze mną, przystąpiła do akcji. Pojechała ciężarówką do piekarza w Borre i przywiozła wszystek żytni chleb, który miał gotowy. Około 125 kilo. A potem zdobyła, dzięki przychylności mieszkańców Klintholmu, 400 litrów mleka.

W międzyczasie przyjechał ze Stege dr Mortensen z żoną, która była prezesem miejscowego Czerwonego Krzyża. Mortensen, razem z Nielsem Rosenkrantzem i ze mną stworzył na miejscu samozwańczy i dobrowolny komitet pomocy dla ludzi z barki.

1) Pierwszy rozdział żywności – suchy czarny chleb i słodkie mleko – nic innego nie można było dostać – nastąpił wśród wielkiego wzruszenia, większość ludzi płakała.

2) Pożyczono wiadra u najbliżej mieszkających rybaków i najmocniejszych jeńców posłano po wodę.

3) Zatelefonowaliśmy do szpitala w Stege, do lekarza powiatowego, do lekarzy gminnych, do szpitala w Næstved, do Czerwonego Krzyża i do rad parafialnych z prośbą, aby zaręczono za nasze tymczasowe wydatki.

4) Umówiono z najbliżej mieszkającymi rybakami, że wieczorem ugotują kartofli w swoich parnikach.”


Dziewiętnastu skrajnie wyczerpanych wysłano do szpitala w Stege, ale przecież wśród jeńców było o wiele więcej osób wymagających fachowej pomocy lekarskiej.

W pobliżu portu w Klintholm stał budynek hotelu morskiego, w którym kwaterowała jeszcze niemiecka policja. Doktor wspólnie z Rosenkrantzem tak solidnie nastraszyli tamtejszego feldfebla (zbliżającą się zarazą), że jak tylko baron podstawił ciężarówkę, Niemcy uciekli w siną dal. Opuszczony hotel wypucowano i przekształcono na szpital, a zaraza… rzeczywiście nadeszła. Wśród wycieńczonych jeńców zaczął szerzyć się tyfus. Dla Duńczyków – jak mówi Iwaszkiewicz – było to nie lada wyzwanie, ponieważ oni tę chorobę znali tylko z podręczników.


Pewnie nigdy nie uda mi się przeczytać sprawozdania dr Fengera w całości. Wiem jednak, że już we wrześniu zlikwidowano i szpital, i wybudowany wcześniej dla mężczyzn barak. Uratowani jeńcy powyjeżdżali – jedni do domów, inni dalej jeszcze. Kiedy w latach 60-tych Iwaszkiewicz odwiedził Møn, doktorostwo Fenger, pani Mortensen, baron Rosenkranz – oni wszyscy opowiadali o tych faktach, jakby zdarzyły się wczoraj. Z wieloma swymi podopiecznymi nadal utrzymywali kontakt. A hotelik w Klinholm, cały drewniany, otoczony werandą, na której leżakowały chore kobiety - stał nadal. Ciekawe, czy udałoby się go dziś rozpoznać? A może już go tam nie ma? Nadbrzeżne domki, skąd pożyczano wiadra i szczotki pewnie jednak niewiele się zmieniły.


Jeżeli kiedyś jeszcze trafimy na wyspę Møn, koniecznie musimy odwiedzić Klintholm.

 

Przez Sztutowo przejeżdżaliśmy parę lat temu. W Sylwestra. Dlatego obóz oglądaliśmy tylko z zewnątrz.


Zdaję sobie sprawę, że tekst jest przydługi. Starałam się skrócić go maksymalnie. Dzięki, jeżeli dobrnęliście do końca wpisu. Cóż - historia jest taka, a nie inna, a my uczymy się jej każdego dnia od nowa.

Cytaty zaczerpnęłam z książki Iwaszkiewicza „Gniazdo łabędzi”.

 

A na zakończenie, trochę dla złagodzenia poważnego tematu - sylwestrowy zachód słońca na plaży w Sztutowie

Photobucket Photobucket

Podziel się




Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 29 lipca 2016 10:25

    ok dobry wpis

    autor pisarz3471

    blog: http://www.istburkina.com/index.php/kunena/boite-a-idee/201-uzyteczne-zrodloz-tytuly-artykulow

  • dodano: 16 lipca 2016 0:20

    super wpis

    autor serenka2351

    blog: http://www.hanphoto.co.kr/zbxe/index.php?mid=board4&listStyle=list&act=dispBoardWrite

  • dodano: 29 lutego 2016 20:20

    Tak trzymać

    autor sumka4

    blog: http://orenrgteu.awardspace.com/index.php?set=users&mc=view&do=541

  • dodano: 16 lutego 2016 19:16

    witam wszystkich

    autor zuzkazpoznania99

    blog: http://fantasya2000.altervista.org/modules.php?name=Journal&file=display&jid=1026

  • dodano: 13 września 2011 18:40

    Napisalam komentarz i cos sie stalo ze sie nie ukazal.Dziekuje za ciekawe historie.Trzeba przypominac tamte czasy.Ku przestrodze!!!.Pozdrawiam Mario i czekam na dalsze historie.Zachod slonca super!!!!.

    autor halina 40013@autograf.pl

    blog: Moj swiat-zycie codzienne

  • dodano: 11 września 2011 10:38

    Dziękuję za tę historię, chętnie poczytałabym więcej,sama postaram się poszperać w temacie. Zacznę od Iwaszkiewicza.
    Trudno,zbyt późno dorastamy do tego by zagłębiać się w historię, odkrywać jej ludzkie losy i prawdę.
    Młodzi zbyt zajęci, ale tez dorosną, mam nadzieję:)
    Pozdrawiam z serca:)

    autor czesia

    blog: objazdowy.bloog.pl

  • dodano: 11 września 2011 10:03

    Masakra! Ciezko sie takie historie czyta.

    autor Katrina

    blog: perypetie-katriny.bloog.pl

  • dodano: 10 września 2011 20:58

    Tekst jest dość długi ale czytałam go ze ściśniętym gardłem.
    Człowiek - to brzmi dumnie... powiedział kiedyś Maksim Gorki.
    Ale tak nie jest, niestety...
    Zapytałaś o tablicę umieszczoną w płycie chodnikowej głównej ulicy Kielc.Powiem Ci, że ja sama byłam zszokowana tą tablicą. Nie wiem, czy ja przeoczyłam, czy nie było prasowej informacji o jej umieszczeniu w tym miejscu. Ja ją zobaczyłam robiąc zdjęcia do wpisu blogowego.Byłam bardzo zdziwiona, że ona tam jest.Kto miał pomysł aby umieścić ją na chodniku ? - nie mam pojęcia.To jest główna ulica miasta.Dziennie przechodzi tamtędy mnóstwo ludzi.Nikt jej nie widzi.Ja ją zobaczyłam dopiero kiedy poszłam w niedzielny, bardzo wczesny poranek, kiedy nie było tam tłumów.
    Tak, haker zniszczył mi dwa blogi.
    Prawdopodobnie zrobił to przez Picasa. Wszystko zlikwidowałam i wróciłam na WP.To jeszcze jeden dowód na to, że cały czas - nie tylko ten wojenny - człowiek niszczy drugiego człowieka.I to jest smutne.
    Pozdrawiam Cię bardzo cieplutko:))

    autor Jolanta

    blog: blogjoli1.bloog.pl/

  • dodano: 10 września 2011 20:36

    Człowiek człowiekowi wrogiem - to przerażające:(

    autor hurghada35

    blog: hurghada35.bloog.pl

  • dodano: 10 września 2011 19:25

    Czytałam o tym marszu śmierci, straszne :(
    Zdjęcia piękne, buziaczki :****

    autor nicole

  • dodano: 10 września 2011 19:02

    Łza się w oku zakręciła i spadła na klawiaturę . Naprawdę smutna historia , ale prawdziwa . Z reguły zadaję sobie wtedy pytanie - dlaczego człowiek człowiekowi taki okrutny los potrafi zgotować . Na szczęście byli i są także dobrzy . I to jest pocieszające .

    autor henwgl

    blog: aromat.bloog.pl

  • dodano: 10 września 2011 15:52

    Historia jak na dobrą powieść:) Świetnie Mario, że wyciągnęłaś ten temat, bo jest naprawdę ciekawy i niewiele osób o tym wie:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    autor rodorek

    blog: rodorek.bloog.pl

  • dodano: 10 września 2011 15:20

    Marysiu, przeczytałam z uwagą.
    Nie skomentuję, bo brak słów.
    A sylwestrowy zachód słońca- imponujący.

    autor Teresa

    blog: ZANAAR.BLOOG.PL

  • dodano: 10 września 2011 13:54

    Powinni to też przeczytać nasi nowonaziści, ale to chyba nie na ich ciasne móżdżki.
    LW

    autor JanToni

    blog: jantoni341.bloog.pl

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  213 994  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 213994
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2530 dni

Lubię to