Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

dzień narodzin... :)

poniedziałek, 31 stycznia 2011 8:55

Uwaga, uwaga –dziś oficjalnie obchodzony jest  Dzień Narodzin Rosyjskiej Wódki. Nie każdy może to tak dokładnie określić, ale Rosjanie – wiadomo – u nich, jak w Ameryce – wszystko musi być najpierwsze, największe, najlepsze. Skąd znają dokładna datę? Ano stąd, że 31.1.1865 Dymitr Mendelejew ogłosił swoją słynną pracę zatytułowaną O połączeniu spirytusu z wodą (do dziś można ją oglądać w petersburskim muzeum). Niektórzy uczeni uważają, że właśnie to dzieło naukowe zapoczątkowało produkcję wódki 40%.

maskovskaja

Tak nawiasem mówiąc, to nawet Rosjanie wiedzą, że wódka znana była wiele wieków wcześniej, a w Rosji produkowane są „napoje” nie tylko o „mocy Mendelejewa”.  W tym kraju napitki wyskokowe miewają moc i 35% i 45 % i nawet 56%. Nie na darmo pochodzi stąd i anegdota o piciu tychże.

Czy wiecie na przykład, dlaczego żaden przedstawiciel Zachodu nie może zrozumieć ludzi Wschodu?
Bo on nigdy nie pojmie, że połówka to dosyć, litr – to w sam raz, a półtora – to już za mało. On nawet nie rozumie, że to o wódkę chodzi.


To rosyjskie święto niezmiennie wywołuje przed szereg wspomnienie dotyczące pośrednio  kartkowych czasów. Jedynym dobrem, którego mieliśmy wtedy w nadmiarze był cukier. W kuchennych szafkach miejsca już brakowało, wypełnione pojemniki na pościel… w wielu domach tak właśnie było. Trzeba było główkować, żeby cukru nie wyniosły mrówki faraona. Jako, że Polak potrafi - w powszechnym użyciu była wtedy tzw. „receptura 1410”. Świadczył o tym dobitnie smród zacieru roznoszący się ustawicznie po klatkach wieżowca.

Niektórym tak się spodobała, że korzystali z niej wiele jeszcze lat później. Opowiem Wam historyjkę prosto z życia wziętą.


Dwaj (znani z wesołego usposobienia i niekonwencjonalnych pomysłów) bracia w odwiedziny się wybrali. Tak się złożyło, że jeden z nich był policjantem, a Odwiedzany (nazwijmy go Pan O.) pojęcia o ich wizycie nie miał. Niespodziankę chcieli zrobić, bo jeden z Braci przyjechał właśnie z daleka (w dodatku na krótko). Upewniwszy się, że Pan O. na pewno będzie w domu,  czym prędzej udali się do niego. Na drogę otrzymali od Osoby Zorientowanej delikatne napomnienie:

- Tylko ostrożnie, bo wiecie, on dzisiaj „pędzi”.

- Oki. Wsio paniatno.

Stanąwszy pod wskazanym adresem, nacisnęli dzwonek domofonu.

Ostrożne – Kto tam? – pobudziło oczywiście ich fantazję

- Otwierać! Policja!!! – wrzasnął donośnym głosem miejscowy Brat (ten właściwy pod względem wykonywanego fachu). Po drugiej stronie zapadła martwa cisza. Po chwili z domofonu wyleciało drżące – Chwileczkę… - i po chwili następnej delikatny bzyczek otworzył drzwi na klatkę. Natychmiast buchnął w nozdrza specyficzny aromat.

Kiedy Bracia pokonali wreszcie kilka kondygnacji dzielących ich od Pana O., w progu przywitały ich gościnne słowa: - A bodajby was szlag trafił… wszystko wylałem…

 

Ps. Jeżeli akurat dziś przytrafi się Wam niewytłumaczalnego przy pomocy zdrowego rozsądku – nie zdziwcie się. Dzień Iluzjonistów mamy. Wszystko może zdarzyć się….


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

po podróży

sobota, 29 stycznia 2011 21:24

Melduję posłusznie, że dotarliśmy do Tych (tych Tychów) ze trzy kwadranse temu i że modlitwa przed podróżą jest do bani. Kierowca przestrzegał znaków drogowych, policji praktycznie nie widzieliśmy (może życzliwie ukryła się w krzakach), przechodnie schodzili nam z drogi, ale co do zazdrości, to nie jestem pewna… złapaliśmy kapcia. Po raz pierwszy od… nie wiem ilu lat.

 

Fakt, że drogi dziurawe przepotwornie… z rzadka na poboczu pojawia się ostrzeżenie „Uwaga przełomy”, co oznacza ni mniej ni więcej tylko „Kierowco strzeż się sam”. Z naszego koła (ściślej- z opony) pozostały strzępy. Na autostradzie zatrzymywać się nielzia, musieliśmy dokulać się na feldze do pierwszego zjazdu… bujało… jak mną … jeszcze rok temu, kiedy trzeba się było dokustykać do kul…

 

Nie wiem, czy to przez tę zazdrość, czy z braku odpowiedniego zapisu w przedpodróżnej  modlitwie. Moim skromnym zdaniem powinno się ją dostosować do aktualnego stanu dróg: „spraw, aby dziury w nawierzchni znikały, kiedy do nich dojeżdżamy”, albo „spraw, byśmy przelatywali ponad dziurami niczym poduszkowiec”…

 

Modlitwę po podróży, również powinno się zreformować:

(…) Dzięki za szczęśliwą podróż i za to, co widzieliśmy po drodze. Dotarliśmy do celu szczęśliwi i zdrowi, choć trochę utrudzeni. Dzięki za to, że ludzie wymyślili środki lokomocji, bo nie musimy się męczyć ani my ani zwierzęta, a tak przyjemnie się jedzie i podziwia wspaniały świat. Dzięki za szerokie ulice, autostrady, parkingi, zakręty i nowoczesne stacje benzynowe (…)

Po pierwsze – nie wiem, czy zwierzętom tak bardzo podobają się nasze środki lokomocji. Lisom, których żywot zakończył się po kołami pędzących maszyn chyba nie…


Po drugie – za wiele po drodze nie widzieliśmy. Mglisto było przez cały dzień, ale wieczorna aura… hmmm… tę najlepiej określiłaby słynna „pomroczność jasna”. Wiem doskonale, że zgodnie z zasadami falandyzacji prawa – termin ten określać ma stan umysłu, jednak jak inaczej nazwać coś, co jednocześnie jest i czarne i białe? I ciemne i jasne? Za oknem samochodu mrok i gęsta, nieprzejrzysta białość… choć oko wykol widać tylko na parę metrów. W dodatku ta białość odbijała nasze światło…


Po trzecie – gdzieżesz są te szerokie ulice, autostrady, parkingi, zakręty i nowoczesne stacje benzynowe? Na palcach można je policzyć.


Co tam będę się rozwodzić. Do luftu z taką jazdą. 500 km w naszym kraju to jak 1500 poza granicami (na zachód od nas; drogi za wschodnią granicą są jeszcze bardziej egzotyczne).

Najważniejsze, że dotarliśmy szczęśliwie. Z przygodami, ale szczęśłiwie.

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

… o szczęśliwą podróż samochodem…

sobota, 29 stycznia 2011 6:36

Nasz wnuk przygotowuje się do Komunii i pilnie studiuje książeczkę na wzór brewiarza. Jest ładnie wydana, wypełniona modlitwami na przeróżne okazje. Przygotowana specjalnie dla takich szkrabów, jak on. Kiedy przyjechał do nas na babciowo-dziadkowe święto, zajrzałam do niej i od tej pory nurtuje mnie jedna myśl. Kto te modlitwy dla dzieciaczków układa?

Ot chociażby tę o szczęśliwą podróż samochodem. W sam raz na dziś, bo lada moment w trasę (dość długą) się wybieramy:

 

(..)Spraw, abyśmy szczęśliwie dotarli do celu i bezpiecznie jechali wyznaczoną drogą. Niech nasz kierowca przestrzega znaków drogowych, przechodnie zaś będą rozważni. Prędkość samochodu niech będzie odpowiednia, a spotkani w drodze policjanci życzliwi. Przechodnie niech nam nie zazdroszczą ładnego samochodu i emocji podróży, bo my też, jak oni codziennie chodzimy zatłoczonymi chodnikami (..)


Najbardziej spodobało mi się to o ładnym samochodzie.

Czy ktoś może zazdrościć nam autka, które wygląda jak skrzyżowanie delfina z żabą? I w dodatku za szybą kiwa mu się cały czas szkaradzieństwo w cętki – tak brzydkie, że aż ładne (przede wszystkim śmieszne). Naszym znakiem rozpoznawczym zawsze był zielony jamnik Solarisa. Jeździ z nami niemal od czasu, kiedy prawdziwej Kamy zabrakło. Wnuczęta zmaltretowały go, nos odgryzły, oczęta wydłubały – wsiadając do „bełkota” (wtedy jeszcze Peugotem jeździliśmy) wołały od progu Kamę daj!. Od niedawna zielona Kama ma towarzysza. Podarunkami gardzić nie wolno, dlatego jeżdżą już z nami dwa psy. Może ten kiwaczek odwróci uwagę życzliwego policjanta?

Photobucket Photobucket Nasz kierowca znaków raczej przestrzega, prędkość musi być odpowiednia z konieczności, bo inaczej jeździć się po prostu nie da. Drogi przypominają ser szwajcarski.

... ale czy Multipla jest ładna? Hmmm… jakby to powiedzieć… jest ładna inaczej. Ale bardzo ją lubię i mam nadzieję, że przechodnie jednak nie będą nam jej zazdrościć. Nie byłoby chyba łatwo jeździć autem przewiązanym czerwoną wstążką…

 

Zmykam do drogi się szykować...

papa

 

Aha. Dzisiaj Dzień Składanki i Łamigłówki, czyli dobry dzień dla wszystkich amatorów „łamania głowy”. Życzę Wam interesujących łamigłówek do rozwiązywania.


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

niby nic, a jednak świątecznie

piątek, 28 stycznia 2011 15:35

Kalendarz świąt wszelakich czasami mnie zadziwia. Właśnie obchodzimy Dzień Piszczałek i Fujarek. Kto i dlaczego postanowił upamiętnić je w samym środku zimy? Pojęcia nie mam. Może zrobił to po to, by nakłonić nas do wystrugania własnego instrumentu wiosnę zaklinającego. Bo to przecież czarodziejski sprzęt, będący na wyposażeniu każdej szanującej się wróżki lub maga. Mnie wprawdzie bliżej już do czarownicy, jednak za pomocą takich patyków z dziurkami, w które podobno wystarczy tylko umiejętnie dmuchać, wiele już miast – jak głoszą legendy -  pozbyło się plagi szczurów.

 

O ile pamiętam, świetne fujarki (i wszelkie piszczałki) wyrabiało się kiedyś głównie z wierzbowych gałązek, a to automatycznie kojarzy mi się z terminem bliższym Wielkanocy. No cóż, z kalendarzem się nie dyskutuje i każdą okazję do świętowania przyjąć należy z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Piszczałki mam w rodzinie co najmniej dwie (Księżniczki Duńskie). W porywach (podczas zabaw z dziadkiem) nawet Lord Vader potrafi piszczeć, że hej.

Pamiętam też filmowego sympatycznego diabełka, dla którego wszystko było mniamuśne. Nazywał się Piszczałka (Latałka) i był bohaterem „Przygód wesołego diabła”. Zabawnie powtarzał:

Ja kudłaty durnowaty, ni czytaty, ni pisaty.

albo: Ja kudłaty, durnowaty, reperuję stare graty.

albo: Ja kudłaty, durnowaty, nie wiedziałem co to taty.

Dzieciaki trochę się go chyba bały… Może to jego święto?

 

Jeśli chodzi natomiast o Fujarki, to może ja sama do celebrowania się przymierzę. Fujara bywała ze mnie nieziemska… do dziś pamiętam jedną z własnych gaf ściśle wiążącą się z tym słowem.

Czasy były… przedpotopowe niemal. Rozkwitała właśnie turystyka do tzw. demoludów. Z racji bliskości niemieckiej granicy Rodziciel organizował dość często trasy po DDR.  Grupa przemieszczała się ustawicznie, w związku z czym konfiguracja noclegów zmieniała się w zależności od miejsca, w którym zaklepano nam spanie. Pokoje raz były dwu, raz trzy, innym razem wieloosobowe i należało tak umiejętnie dobrać ich obsadę, żeby swarów i dąsów nie było. Jako ambitna małolata dzielnie pomagałam Tacie przy przydziale miejsc.

 

On wyczytywał nazwiska, ja – z dumą wręczałam klucze. Kiedy usłyszałam – Fujara. Z nami. Pokój nr 21. – oburzyłam się do żywego.

Jakże to tak? Własny ojciec? Do mnie? Przy ludziach?… Nie wybaczę mu tego nigdy! Zacietrzewiona stawiłam opór – Ja nie jestem żadna fujara!

I w tym momencie dojrzałam drobniutkiego pana, który nie otrzymał jeszcze żadnego „pokojowego” przydziału. Kuziara się nazywał. Tata nie omieszkał podkreślić tego dobitnie. Spiekłam raka i uciekłam, ale nawet dziś (choć minęło już prawie 50 lat) na dźwięk słowa „fujara” robi mi się wstyd. Taki odruch.

Czyli święto dzisiejsze poniekąd i moje może być.

Zamierzam uczcić je wyprawą do pobliskiego miasteczka na występ kabaretu „Grupa Rafała Kmity”. Bilety zakupiliśmy już dawno.

 

A tym, którzy jednak sróbować zechcą dłubania w drewnie proponuję zajrzeć na tę stronę

http://survival.strefa.pl/w_drewnie.htm

 

Można tam między innymi przeczytać:

Gwizdek - pierwsza rzecz z wierzby jaką ojciec nauczył mnie robić. Należy wybrać prosty patyk i opukać go dookoła, żeby kora "odeszła" od drewna. Najlepiej używać świeżo ściętej gałązki - kora "odejdzie" po kilku minutach. Robimy otwór w korze. Potem wyciągamy drewniany rdzeń, strugamy go w odpowiednie kawałki - jak na rysunku. Potem składamy korę i kawałki drewna z powrotem (warto je przedtem poślinić). Regulując długość komory wewnętrznej można regulować ton gwiazdka. Podobno można w ten sposób uzyskać gwiazdek ultradźwiękowy (na psy). Niestety po jakimś czasie kora wysycha, zaciska się i gwizdek przestaje działać. Żeby tego uniknąć, można zrobić gwizdek z blachy.

 

Fujarka - to taki dłuższy gwizdek z dodatkowymi otworami, ale ich kształt i ułożenie - to już większa sztuka - trzeba poeksperymentować.”

 

Stamtąd też pochodzi dowcip: 

- Dlaczego jesz zupę nożem?

- Bo widelec przecieka...

- A łyżka?

- Wpadła do latryny...


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

szlakiem duńskich cystersów - Oliwa

czwartek, 27 stycznia 2011 21:52

Klasztor w Oliwie był pierwszą filią konwentu z Kołbacza. Okoliczni mieszkańcy lubili bajać o ciężko zranionym podczas polowania księciu Subisławie. Bezprzytomnym zająć się miał troskliwie leśny pustelnik. Czas jakiś trwało zanim książę do władz umysłowych i fizycznych powrócił, a i potem ciągle mu się różne dziwy roiły. Niemal w każdym jego śnie pojawiała się świetlista postać trzymająca oliwną gałązkę.

Pustelnik z mądrości wielkiej słynął, to i sny potrafił objaśniać. Z łatwością wskazał księciu właściwą, anielską drogę. Subisław nauki wziął sobie do serca i po powrocie do własnego grodu, w miejscu swego ocalenia klasztor wybudować kazał. Sen wywarł na nim tak wielkie wrażenie, że klasztor ów nazwał Oliwą – na pamiątkę zielonej gałązki w świetlistej dłoni trzymanej.

 

 Tyle legenda. Rzeczywistość trochę bardziej prozaiczna była. Pierwsi cystersi przybyli tu z Kołbacza zaledwie w kilka lat po założeniu tamtejszego konwentu. Przewodził im duński opat Dithard i pewnie większość mnichów wywodziła się z Danii, ponieważ kołbackie opactwo samo jeszcze zbyt małe było, by wyprawić z Dithardem pod Gdańsk 12 braciszków (pozostawiając drugie tyle w rejonie Szczecina).

Burzliwe były dzieje nowego klasztoru. Wielokrotnie łupiony, na przemian palony i odbudowywany za wysokie odszkodowania – ciągle uparcie trwał.

 

Kiedy w Nowej Marchii i Brandenburgii nastała era luterańska, znajdujące się tam klasztory katolickie uległy sekularyzacji. Mnisi albo przyjmowali kanony wiary ewangelickiej, albo emigrowali. Oliwski konwent znajdował się wtedy za granicą, nic więc dziwnego, że przybywali tu braciszkowie z Kołbacza, Bierzwnika, Mironic…

 

Odwiedzając dziś oliwską bazylikę warto pamiętać, że to jedna z trzech najdłuższych w Polsce świątyń – ma 107 m i bagatela – 2200 m kw. powierzchni. Jest miejscem pochówku gdańskich biskupów, a jej ołtarz główny to jedna z piękniejszych architektoniczno-plastycznych kompozycji. Obraz przedstawia Matkę Boską, u której stóp modlą się zakonnicy. Nad gromadką otwiera się pełne anielskich główek stiukowe niebo. Centralny punkt tego nieba to witraż przedstawiający Trójcę Św.

Photobucket Photobucket Photobucket

Cystersi wytworzyli własny rodzaj gregoriańskiego chorału. Początkowo śpiewali a cappella; dopiero pod koniec XV w. kapituła zezwoliła, by w cysterskich świątyniach zabrzmiała muzyka organowa. Organy, które oglądać (i słuchać) możemy w Oliwie, powstawały przez wiele lat. Ich twórcą jest Jan Wilhelm Wulff z Ornety, którego sprowadzono tu w XVIII w. Miał przebudować nieduży instrument używany dotychczas w kościele. Potem wysłano go w świat, by przyjrzał się i dokładnie poznał działanie organów grających w innych kościołach. Kiedy wrócił – zdecydował się wstąpić do klasztoru. Przybrał imię Michał i - wykorzystując nabyte doświadczenie - zabrał się za budowę.

Photobucket (małe organy)

O organach oliwskich krąży wiele opowieści. Chociaż ich budowę dokończono parę lat po śmierci ich pierwszego budowniczego, legendy chcą inaczej. Zgodnie z nimi, kiedy ojciec Michał miał po raz pierwszy celebrować mszę przed głównym ołtarzem, współbracia postanowili zrobić mu niespodziankę i nagle zagrały główne organy. Twórca, który nigdy nie słyszał ich dźwięku z tego właśnie miejsca tak się wzruszył, że… padł bez przytomności na posadzkę. Serce mu pękło z wrażenia…

 

Organy brzmią rzeczywiście pięknie i rozsławiły katedrę oliwską na cały świat. Pomiędzy figurami świętych i tysiącami (7876) piszczałek wstawiono witraż, a na nim Madonna z Dzieciątkiem. Jest też 25 ruszających się aniołów wyposażonych w trąbki, dzwonki i piszczałki.

 

Tak wiele razy odwiedzaliśmy oliwską katedrę, że… aż nie mamy stamtąd zdjęć. Wygrzebałam z albumów jakieś stare sprzed lat i zeskanowałam. Jakość byle jaka, ale przy następnej wizycie w Trójmieście obiecuję poprawę.

Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

wtorek, 24 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 122  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214122
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2532 dni

Lubię to