Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 948 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

no i nieubłaganie laba się kończy

wtorek, 31 stycznia 2012 10:50

Wracam do pracy już w najbliższy piątek i tym sposobem kończy się w moim życiu etap pod tytułem „renowacja i rekonwalescencja”. Z renowacją wyszło tak sobie. Kolana wreszcie nie bolą. Bez problemu (i podpórki) można używać ich do chodzenia. Gorzej ze staniem. Mam nadzieję, że z czasem nauczą się i tego. Panom doktorom coś się wprawdzie w trakcie tej renowacji poprzestawiało i – o ile prawe kolano mi wyprostowali, o tyle lewe „wyszło” im trochę skośnie. Podobno kobieta powinna mieć nieco krzywe nogi (taka jest wersja mego ortopedy). Niech mu tam będzie, ale jeśli już, to najlepiej obie! Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie chodziło o mnie.

 

Z rekonwalescencją natomiast kompletnie nie wyszło. Rezygnacja z rehabilitacji stacjonarnej i turnusu sanatoryjnego to wprawdzie mój własny wybór, jednak – jakkolwiek by na to nie spojrzeć – klapa w tym temacie na całej linii. Jedyne, co udało się naprawdę, to zakończenie zwolnienia i idealnie dobrany termin ponownego podjęcia pracy.

To się nazywa mieć farta! Jeden dzień w firmie i znów dwa dni wolne… Rewelacyjny sposób na powolne wdrażanie się we własne obowiązki. Poszłabym dalej i zastosowała system zbliżony do postępu geometrycznego: jeden dzień pracy-dwa dni wolnego, dwa dni pracy-jeden dzień wolny; trzy dni pracy-kolejny weekend, a potem już jakoś poleci. Taka sobie wariacja na temat pozwolnieniowego oswajania się ze służbowymi powinnościami.

 

Oj…. Jak mi się nie chce!!!

 

Minione dni zafundowały mi nawał zajęć wszelakich – od ponownej wizyty w ZUSie (w całości nadawałaby się na scenariusz filmu Barei), poprzez wielokrotne zasilenie kiesy pewnego notariusza (z dziką rozkoszą przyjeżdżał do mojej mamy, by za złożenie przez nią odciska palca na kolejnych pełnomocnictwach kasować bilety NBP), przez wyjazdy do ościennego, odległego o 100 km banku (brak filii w moim mieście), aż po papierologią stosowaną.

Mam za sobą propozycję zusowskiego orzecznika, by skorzystać ze świadczenia rehabilitacyjnego (odmówiłam), niezbyt przyjemną rozmowę z bezpośrednią przełożoną (I co pani dalej zamierza?), kilka wizyt w różnych gabinetach lekarskich i – w końcu – zaświadczenie o dopuszczeniu mnie do pracy na najbliższe dwa lata. Przed sobą dwa i pół dnia teoretycznego luzu, za to z listą powinności do wykonania (doba jest stanowczo za krótka!).

 

A w tzw. międzyczasie (jak ja lubię to słowo!) łamię sobie głowę, jak zaradzić coraz to nowym odleżynom u mojej mamy. Kompletnie już brak mi pomysłu. 

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

moje poznawanie Kopenhagi - Visit Carlsberg

środa, 18 stycznia 2012 23:27

… czyli wizyta w browarze Carlsberga.

 

Może to dziwne, ale za tym znanym od wieków złocistym napojem w zasadzie nie przepadam. Pasjami jednak uwielbiam zwiedzać miejsca szczególne, więc browar z taaaakimi tradycjami zwyczajnie nie dał się ominąć. Biorąc pod uwagę, że podróżuję ze … hmmm… smakoszem trunku z pianką (piwożłopem nazwać go nie wypada, ponieważ delektuje się napitkiem niczym ambrozją), dziwię się… No… dziwię się po prostu, że tak długo podejmowaliśmy tę wiekopomną decyzję.

 

Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr. Skoro zawsze podobała mi się przewspaniała, kopenhaska Brama Słoniowa, należało ją przynajmniej obejrzeć z bliska. I tyle w tym temacie. A że przy okazji Brama Czterech Słoni jest ściśle związana z samym  browarem Carlsberg i osobą jego właściciela, więc trzeba było wykonać jeszcze jeden kroczek.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Brama jest cudna. Zdobią ją przynoszące szczęście figury słoni. Są naturalnej wielkości. Wykonano je z bornholmskiego granitu i nakazano podtrzymać na swych grzbietach wieżę bramną. Robią to z wdziękiem już dobrze ponad sto lat.  Nad ich głowami umieszczono złotymi zgłoskami życiową dewizę Carla Jacobsena: Laboremus pro patria  (Pracować dla kraju).

 

Słonie okryto derkami (także z granitu), na których fikuśnie wyrzeźbiono inicjały imion dzieci Jacobsena-  Helge, Paula, Theodora i Vagn. Wyraźnie rzuca się w oczy także… swastyka. Powinniśmy odbierać ją tylko i wyłącznie jako indyjski symbol szczęścia (znany już 3 tys. lat p.n.e.), który do tego stopnia fascynował właściciela browaru, że w 1881 roku został zarejestrowany jako znak towarowy Carlsberga. Na piwach umieszczano go aż do 1938 roku.

Photobucket

Dewiza wypisana na bramie wcale nie była pustym frazesem. Wszystko zaczęło się od młodego, kopenhaskiego piwowara Jacoba Christiana Jacobsena (1811-1887). To on wybudował w 1847 roku na podkopenhaskim wówczas wzgórzu browar i nadał mu imię swego nowonarodzonego syna Carla. To on- kiedy własne eksperymenty nad wytworzeniem lepszego piwa nie przyniosły rezultatów - zwyczajnie podwędził w monachijskim browarze dwie kwarty zacieru, rozpoczynając tym samym nową erę duńskiego piwowarstwa. To on wreszcie, jako pierwszy ubrał swoich robotników w stroje robocze.  On także powołał do życia (1876 r.) wspierającą naukę i uczonych Fundację Carlsberga. Jego syn – Carl (1842- 1914) – wspierał za to kulturę i sztukę. Między innymi przyczynił się walnie (można rzec, że „najwalniej”) do odrestaurowania sali rycerskiej w Kronborgu (wspaniały zamek w Helsingorze, o którym opowiem przy okazji). Także jemu Kopenhaga zawdzięcza jeden ze swych symboli – Małą Syrenkę. Obaj panowie Jacobsenowie trochę się kłócili. Młodszy założył nawet kolejny browar o nazwie „Ny (Nowy) Carlsberg”, który istniał jeszcze do 1906 r.  

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

Dziś większość piwnej produkcji połączonych (w 1970 r.) browarów Carlsberga i Tuborga przeniesiono do Fredericji na Jutlandii. W starych budynkach z 1847 r. urządzono muzeum. Zwiedza się je samodzielnie, bądź z przewodnikiem (ja jednak duńskiego gulgotania ni w ząb nie rozumiem) za cenę 70 DKK (około 40 złotych polskich). Wejściówka gwarantuje także dwa kufle porządnego piwa serwowanego w barze. Dzieci do lat 11 nie płacą nic i jeszcze otrzymują kupon na dwa dowolne napoje bezalkoholowe. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

Nieliche wrażenie robi sala butelkowa. Nie jest ściśle związana z Carlsbergiem, ale doskonale do tego miejsca pasuje. Ulokowano w niej kolekcję nieotwartych butelek z piwem, którą zaczął gromadzić mocno zakręcony inżynier z prowincjonalnego miasteczka na południu Fionii – ze Svendborga. Na początku lat 90. było ich już ponad 10 tys. i wypadało znaleźć im nowy dom. Jeżeli Leif Sonne miał żonę, to pewnie znudziło jej się odkurzanie panamężowych zbiorów. W 1993 r. przeniesiono je do Browaru Calsberg. Butelek przybywało. W 2007 r. było ich już 16 384 – i wtedy uznano to za jeden z Rekordów Guinnessa. Ostatnie liczenie z 5 stycznia 2012 zamknęło się już liczbą 21 239 szt. butelek. Nieotwartych. Zakurzonych. Kolorowych. Ciekawych. Z całego niemal świata. Z Polski też.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  

 

Spacer po browarnianych piwnicach przenosi nas w czasy historyczne. Najpierw przedstawiono dzieje piwowarstwa w ogóle, potem browar w szczególe. Oglądamy jak produkowano beczki, jak je napełniano i magazynowano, jak je transportowano. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Zaglądamy do pomieszczeń socjalnych załogi, dawnego laboratorium, do stajni i do ogrodu rzeźb, w którym wystawiono część kolekcji Carla Jacobsena (w większości kopie prawdziwych rzeźb). 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  Photobucket PhotobucketPhotobucketPhotobucket Photobucket

W stajniach mamy okazję przyjrzeć się typowym konikom jutlandzkim (uwaga! potrafią ugryźć!) Ta stara rasa (używana jeszcze przez Wikingów jako niezwykle wytrzymałe konie wojskowe) dziś znana jest głównie z zaprzęgów reklamowych Carlsberga. Mniej pełnokrwiste spotyka się jeszcze w duńskich gospodarstwach rolnych.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

O browarze można pisać i pisać… i pisać… ale chyba już was znudziłam. Na zakończenie więc słowo o końcu zwiedzania, czyli o Barze Jakobsena. Kiedy wspinamy się z hałasem po metalowych schodach, najpierw owiewa nas zapach świeżego pieczywa. Skąd w browarze piekarnia? Po zastanowieniu dochodzimy do wniosku, że to nie chleb, tylko rozgrzany jęczmienny słód, a potem … w przestronnym barze można sobie siedzieć, degustować, przeglądać się w miedzianych kadziach, przez szklaną podłogę podziwiać nowoczesną (choć maleńką) linię produkcyjną  Jacobsen Brewhouse. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

... a przed wyjściem ktoś mądry powiesił na ścianie alkomat.

W Danii można siąść za kółkiem mając 0, 5 promila we krwi, ale ani ciut więcej…   

Za 10 DKK warto się sprawdzić (jesli komuś wola nieco szwankuje)

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (37) | dodaj komentarz

nawet kamienie piękne bywają

czwartek, 12 stycznia 2012 22:16

Bohater wczorajszego dnia -  święty Mikołaj Steno - właściwie powinien być moim idolem. Prezentów wprawdzie nie przynosi, ale może tylko dlatego, że nikt się go o to nie prosi, bo utarło się pisać listy albo na Biegun Pólnocny, albo do Rovaniemi, albo do Kanady.

 

Tymczasem mnie do dziś łezka w oku się kręci na wspomnienie ćwiczeń i praktyk z geologii. Mam nawet za sobą niedokończoną przygodę z tą dziedziną nauki. Właściwie nie przygodę, a niewielki epizod. Mimo, że daaaawno to było, tabelę stratygraficzną mogę nadal recytować na wyrywki niczym tabliczkę mnożenia  i to o każdej porze dnia i nocy. Z grubsza – stratygrafia zajmuje się ustalaniem wieku skał w skorupie ziemskiej, zajmuje się opisem poszczególnych warstw skalnych i zależnościami, jakie między nimi występują.  To właśnie stratygrafia dzieli historię naszej planety na cudnie nazwane okresy (podstawowe to: kambr, ordowik, sylur, dewon, karbon, perm) a Nikolas Steno sformułował cztery podstawowe zasady tej dziedziny geologii, które obowiązują po dzień dzisiejszy. Nie będę się dalej zagłębiać w temat.

 

Cóż – ja kochałam geologię, ona mnie nie. Miłość to była bez wzajemności.

 

Patrząc z perspektywy czasu uważam, że moja młodzieńcza chętka zdobycia tego fascynującego zawodu była nieco irracjonalna. Szczerze mówiąc – z całej nauki o ziemi najbardziej interesowała mnie – jak by to nazwać? - jej odległość dziejowa. Nie od dziś wiadomo, że młodość chmurna i durna musi się wyszumieć, więc…  rozpędziłam się, zawzięłam i – przebrnąwszy przez egzamin wstępny z matematyki - rozpoczęłam nawet studia w tym kierunku. Długo to jednak nie trwało.

 

Na wskroś humanistyczna ze mnie istota i wszystkie przedmioty ścisłe, to z grubsza mówiąc, moi wrogowie. Biorąc się za bary z geologią miałam nadzieję, że uda mi się z nimi zaprzyjaźnić. One jednak tak łatwo się nie poddały. Paleontologię, stratygrafię, geologię historyczną zdawałam śpiewająco; matematyka, fizyka i chemia spędzały mi sen z oczu. Ta ostatnia w szczególności. W końcu poddałam się. I choć wstyd mi do dziś, że w efekcie własnego strachu i ignoranctwa nie zostałam jednak szaloną geolożką (tylko nudną księgową), to jednak miłość do kamulców wszelakich we mnie pozostała.

 

W uczuciach jestem stała. Kiedy odkryto przede mną uroki małej niemieckiej wioski w pobliżu granicy, wsiąkłam z kretesem. Henzendorf było dla mnie niesamowite, zachwycające, fascynujące, oszałamiające… (hehe – mogę wymienić jeszcze co najmniej kilkanaście przymiotników). Nie ma tam jakichś spektakularnych zabytków, przecudnych widoków czy ciekawostek industrialnych, ale jest Findlingspark – bajkowe wręcz sztuczne głazowisko. Utworzono je na czterech hektarach pola, utykając na nim gęsto mniejsze lub większe kamieniska. Wszystkie wydobyto z okolicznych kopalń odkrywkowych. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Wrażenia dawkowane są stopniowo. Wzdłuż prowadzącej do głazowiska polnej drogi poustawiano symetrycznie po obu jej stronach przeróżne kamyki, kamienie, kamolce. Kiedy dochodzi  albo dojeżdża się wreszcie do tego miejsca, niemal każdy wydaje okrzyk: O, matko! Ile ich tu jest! 

 

Niemcy podają, że dokładnie tysiąc i że to jeszcze nie koniec

 

W naturze wygląda to tak- zazwyczaj każdy wielki głaz odkryty gdzieś tam, na łonie natury jest inwentaryzowany w tym konkretnym miejscu i oznaczany tabliczką „pomnik przyrody”. Te z Henzendorf zostały po prostu odkopane przy okazji działalności wydobywczej. Można je było sprzedać do przydomowych ogródków albo przerobić na fontanny czy wodospady, ale znalazł się ktoś, kto miał świetny pomysł na ich wyeksponowanie.

 

Pomysłodawcą Findlingsparku był człowiek, który kiedyś chciał zagospodarować zamek w Lubniewicach - berlińczyk Ulrich Thiel. Niestety, remont lubniewickiego pałacu po prostu go przerósł. Za to w Henzendorf, to właśnie on ustawił pod koniec lat 90.ubiegłego wieku pierwsze kamienie. Były pokłosiem pleneru rzeźbiarskiego. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

 Dziś oglądamy tu gigantyczną instalację. W większości wykonali ją polscy rzeźbiarze: Kazimierz Krewniak i Adam Sobiraj. Za pomocą rzeźb odtworzono co najmniej kilka tysięcy lat z historii ludzkości. Na kamieniach widzimy postacie znane z dawnych kultur – celtyckie, punickie, teutońskie, greckie. Widzimy Majów i jakieś „nuty” afrykańskie, australijskie…

 

Niektóre pomalowano w bajeczne kolory, inne – ułożono w kształt zegara, słońca, w serpentyny. Można tu deptać godzinami (są stoliki i ławki, więc odpoczynek wkalkulowano w wielogodzinny spacer) i pewnie będę tam wracać…

Zobaczcie, jakie fajne miejsce :)))))))))))))))

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

trochę inny święty Mikołaj

czwartek, 12 stycznia 2012 0:24

Św. Mikołaja znamy wszyscy.

A może jednak nie wszyscy?

Albo nie do końca znamy?

Ten, którego chcę teraz przedstawić jest przecież trochę… hmmm… inny.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Najprawdziwszy święty Mikołaj - beatyfikowany w 1988 r. przez Jana Pawła II.

 Duński naukowiec i lekarz. Do tego misjonarz, tyle, że już nie duński, a (choć dziwnie to zabrzmi) włosko-niemiecki. Syn bogatego kopenhaskiego złotnika, wnuk pastora, zagorzały luteranin i (nieco później) katolicki biskup, czyli jeden z bardziej znanych konwertytów (osoba zmieniająca wyznanie). Anatom i słynny w swych czasach przyrodnik, mineralog, ojciec nowoczesnej geologii, krystalografii mineralogii, a wg niektórych i paleontologii, twórca stratygrafii itede, itepe… długo jeszcze można wymieniać jego osiągnięcia.

 

Mikołaj (Nikolas) Steno żył w latach 1638- 1686.  Naprawdę urodził się jako Niels Stensen i dokładnie 11 stycznia 2012  minęła 374 rocznica tego wydarzenia. Ciekawe, czy w Kopenhadze stoi jeszcze jego dom rodzinny? W Schwerinie - gdzie zmarł – umieszczono pamiątkową tablicę. W Münster – gdzie był biskupem – można oglądać witraż z jego podobizną. Ciekawe, jakie ślady św.Mikołaja Steno można odszukać we Florencji (właśnie tam został pochowany). Może kiedyś uda mi się zebrać do kupy wszystkie te świętomikołajowe miejsca i dokładnie je opisać?

 

Duńczycy są dziś z niego dumni. Wprawdzie kiedyś musiał opuścić swój kraj, bo z racji przejścia na katolicyzm stał się persona non grata na kopenhaskiej uczelni, jednak współcześnie nikomu już to nie przeszkadza. W 1969 r. Duńskie Towarzystwo Geologiczne ustanowiło nagrodę jego imienia. Przyznawana jest co 4-5 lat za wybitne osiągnięcia w naukach geologicznych. Oprócz nagrody ustanowiono także specjalne stypendium dla młodych doktorantów z jedynym zastrzeżeniem – muszą to być naukowcy katoliccy.

 

Święty Mikołaj wiele twarzy posiada, oj wiele.

Niektóre mocno zaskakujące…


 

Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

sprawa się rypła

niedziela, 08 stycznia 2012 13:08

Był kiedyś film „Tato, sprawa się rypła” – pamiętacie? W życiu jest dokładnie tak samo. Wiele epizodów toczy się własnym torem, niezależnie od naszej woli lub aktualnej potrzeby. Rodzina babki Plackowej naginała rzeczywistość z ułańską fantazją, jednak to, co dobre w filmie, nie zawsze da się przenieść na własne podwórko. 

 

Zacznę od króla Ćwieczka, czyli od zusowskiej kontroli mojego L4. Orzeczono wówczas, że powinnam jeszcze popracować nad kondycją swoich kolanek na tzw. rehabilitacji leczniczej ZUS. Termin tejże miał być najbliższy z możliwych, a dokładne dane na jego temat dotrzeć miały pocztą. Tyle, że przed końcem zwolnienia nie dotarły, więc – skoro orzecznik uznał, że nie jestem gotowa powrócić na stanowisko - lekarz prowadzący przedłużył je o kolejny miesiąc. No i się zaczęło…

 

W skrócie – bezpośrednia przełożona zarzuciła mi machinacje, ponieważ łącznie z L4 nie dostarczyłam żadnego pisma z ZUSu. Wg niej minął już podstawowy termin zasiłkowy (6 mies.), więc zwolnienie musiało być czystą kombinacją. Mimo jej sugestii Wydział Kadr żadnych zastrzeżeń nie zgłaszał. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, minęły dopiero 4 miesiące mojej nieobecności w firmie. Szefowa jednak skutecznie zasiała we mnie ziarno zwątpienia w celowość dalszej rehabilitacji. Mało tego – wywołała nawet poczucie winy, którego w żaden sposób nie mogę się pozbyć.

 

Wybrałam się do siedziby ZUSu z pytaniem o list, który ciągle nie nadchodził. Cóż się okazało?

Po pierwsze – sezon świąteczno-urlopowy opóźnił wysłanie wiadomości.

Po drugie – wydłużono czas trwania rehabilitacji do 4 tygodni, co przesunęło kolejkę oczekujących.

Po trzecie – istniało prawdopodobieństwo, że ktoś zrezygnuje z przyznanego mu terminu styczniowego, a wtedy moja skromna osoba mogłaby to wykorzystać.

Po czwarte – aktualnie nie jest możliwe wysłanie mnie na zabiegi w terminie gwarantującym powrót do pracy po półrocznym zwolnieniu, w związku z czym proponują mi skorzystanie ze świadczenia rehabilitacyjnego.

Po piąte – jest jeszcze jedna ewentualność. Jeżeli wyrażę pisemną zgodę, to zamienią mi ambulatoryjną rehabilitację na wyjazdową do Międzywodzia.

 

To było fajne, tylko miało jeden knyft – turnus kończył się dokładnie 19 lutego, w niedzielę, a w tym dniu upływa także termin podstawowego okresu zasiłkowego.  Mojego oczywiście. Następnego dnia powinnam stawić się przy biurku z zaświadczeniem od dopuszczającego mnie do pracy lekarza zakładowego. Fizycznie niemożliwe do wykonania.

Co było robić?

Z bólem serca zrezygnowałam z propozycji i otrzymałam do ręki stosowne pismo, w którym Wydział Orzecznictwa i Prewencji informuje, że „mimo celowości rehabilitacji leczniczej” itd. itp. A firma – powiedziano – jeżeli ma jakieś pytania, powinna zgłosić się z nimi do orzecznika. Chętnie odpowie, dlaczego zlecił dalsze leczenie. Tylko mnie to wcale humoru nie poprawiło. Szefowa uzna z pewnością, że jej teoria była głęboko uzasadniona.

 

Dla dopełnienia całości dodam – w domu czekał list polecony z przyznanym terminem leczenia uzdrowiskowego. Od połowy lutego do połowy marca. Nic, tylko palnąć sobie w łeb. Przy bliższym zapoznaniu się z jego treścią wyszło na jaw, dlaczego czekałam dwa lata. Lekarz balneolog przekwalifikował je z „poszpitalnego” na „uzdrowiskowe”, ponieważ w dołączonym wypisie z oddziału rehabilitacyjnego stało jak wół „ uzyskano znaczną poprawę” (zaznaczył to sobie kolorowym zakreślaczem). Po wizycie w NFZ-ecie złożyłam pisemną rezygnację także z tego wyjazdu.

 

I tak nieodwołalnie kończy się epizod rehabilitacyjny w moim życiu. 3 lutego wrócę do pracy w atmosferze skandalu i niedomówień. Szefowa wściekła, koleżanki poobrażane, ja… diabli wiedzą jak nazwać moje samopoczucie. Cokolwiek powiem, czy zrobię – i tak obróci się przeciwko mnie. Czy to jest mobbing?

 

Najlepszym rozwiązaniem na takie rozterki jest chyba obchodzony w drugi poniedziałek stycznia (czyli jutro)  Dzień Sprzątania Biurka. Zmykam do „gabinetu” świętować już dziś zgodnie z ideą przewodnią– może odegnam głupie myśli.

 

 

Ps. Ósmy stycznia ofiaruje nam zdecydowanie milsze spędzenie czasu. Kiedyś ogłoszono go Dniem Tych, Co Się Najbardziej Kochają. Życzę, aby każdy z Was miał z kim to święto obchodzić.

 

 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  213 986  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 213986
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2530 dni

Lubię to