Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 948 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Czy życie na prowincji musi być nudne i bez wyrazu?

wtorek, 30 listopada 2010 21:03

Zależy…

Pewnie, że można utyskiwać, bo w metropoliach co i rusz jakieś koncerty, wystawy, spotkania, oficjalne otwarcia, a u nas… no właśnie… co u nas? Podobno nudą wieje… Ciekawe tylko komu i skąd?

Nie narzekamy bynajmniej, a jeżeli już, to jedynie na fakt, że trudno się człowiekowi rozerwać. Nam też.

No i trochę na fakt, że imprezy, jak na prowincję, zbyt drogie bywają. Chociażby doroczne Konfrontacje Teatralne. Przez tydzień nasz teatr gości ciekawe spektakle z całego kraju i to w doborowej obsadzie. Co z tego, skoro karnet prawie sześć stówek kosztuje. Kogo na to stać, skoro prowincjonalne wypłaty daleko odbiegają od średniej krajowej?

Ratujemy się imprezami darmowymi, a tych-ci u nas dostatek. Do wyboru, do koloru. Jedyny problem, co wybrać?

Dla zilustrowania prowincjonalnej nudy przedstawiam przekrój kilku ostatnich dni (wybrane propozycje).

 

Ot – chociażby wernisaże fotograficzne – na jednym moje miasto odmienione czarodziejską różdżką fotografika, który postanowił pokazać nam je w trójwymiarze. Do oglądania potrzebne są wprawdzie specjalne okularki, ale autor wystawy zadbał o wszystko.

Mówi się o spoglądaniu na świat przez różowe okulary. Co tam różowe! Niebiesko-czerwone to jest to! Dzięki nim świat płaskiej fotografii nabiera głębi i… zaczyna wystawać ze ściany. Nie są do tego potrzebne żadne specjalistyczne gogle. Wystarczą zwykłe, kartonowe (takie, jak dla dzieci) patrzałki i zabawa na 102 gwarantowana!

Photobucket Photobucket

Drugi wernisaż – moje miasto i rzeka. W ujęciu – że tak powiem – historycznym. Sentymentalna wystawa. Z szufladek pamięci wyjrzał – jak żywy – legendarny Przewoźnik przez rzekę. Niczym mityczny Charon pływał kiedyś w te i wewte, wzdłuż nieczynnego przez wiele lat mostu. Pracę stracił, kiedy przeprawę odbudowano.

Dziś pomnik ma - nie tylko na nabrzeżu rzeki, ale  i w moim sercu. Mówi się, że życie mi kiedyś uratował. Niemowlęciem jeszcze byłam, to wyprawy „do miasta” (czyli na drugi brzeg) odbywałam łódką i dodatkowo w wózeczku. Któregoś przedwiośnia, jedna z takich wypraw zakończyła się dość nieoczekiwane. W czasie opuszczania łajby, koła wózka ześlizgnęły się z pomostu i całość (razem z mamą, usiłującą nie wypuścić pojazdu z rąk) wpadła w grubą warstwę przybrzeżnego szlamu. Groźnie to wyglądało.

Przewoźnik błyskawicznie rzucił się na ratunek. Skończyło się na strachu oraz zniszczonej maminej garsonce. Ociekająca śmierdzącym, rzecznym błockiem wracała do domu tuląc do piersi niezbyt ponoć wystraszonego szkraba (pewnie wydawało mi się, że to dobra zabawa). Małżonek przywitał ją wybuchem serdecznego śmiechu, a kwestia (typowo męska), którą wtedy wypowiedział, do legendy rodzinnej przeszła – Gdybym miał aparat…

Photobucket Photobucket Photobucket

Następnego dnia koncert filharmoników berlińskich prowadzony przez dyrygenta filharmonii miejskiej, która… jeszcze nie powstała. Jak już powstanie, to pewnie będzie jak z teatrem. Ceny stołeczne, pensje prowincjonalne, czyli…najczęściej  trzeba się będzie obejść smakiem.

Koncert wspaniały (nawet dla mnie, która ledwie odróżnia kiedy grają, a kiedy śpiewają). Odbył się (gościnnie) w katedrze, a ja – niczym królowa – siedziałam sobie w prezbiterium, tuż za plecami orkiestry.  Nie dałam się wygonić (w końcu ksiądz proboszcz osobiście nas tu przyprowadził) i dzięki temu miałam niepowtarzalną okazję obserwować twarzą w twarz mimikę dyrygenta. Niesamowite to było!

Photobucket Photobucket

Sobota -  kolejny wernisaż fotografii. Tym razem bardzo uznanego twórcy. Cóz, pewnie się nie znam, bo nasi, prowincjonalni fotograficy bardziej do mnie przemawiali.

Niedziela – fantastyczny koncert gitarowy przeplatany sypanymi jak z rękawa dowcipami. Rosyjskie dumki, romanse… echchch… cudo.

Photobucket Photobucket

Poniedziałek – UTW zorganizował wykład otwarty na temat cystersów i ich raju utraconego. Naprawdę interesujący. Wykład otwarty. Każdy mógł przyjść.

 

Dzisiaj – joannicki rycerz sprawiedliwości, archiwista i protokolant Kapituły opowiadał o dziejach swego zakonu. Ciekawa postać - Niemiec urodzony w Świdnicy, którego prapradziadek był carskim oficerem i wychowawcą cara Aleksandra II. Siedzieliśmy ze słuchawkami na uszach ponad dwie godziny.

Jutro….

Pojutrze…

 

A na weekend … unijny kurs kształcący panie w wieku… pobalzakowskim wymyśliłam. Na nauki pojadę do pięknego pałacu i jeszcze mi za dojazd zwrócą...

Pozazdrościłam Rodorkowi, a co ;-)

 

Powiedzcie sami, tak szczerze – czy prowincja jest nudna?


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Pamiętacie „ochapy”?

poniedziałek, 29 listopada 2010 22:57

OHP - czyli Ochotniczy Hufiec Pracy. Jeździło się latem np. do lasu. Zarabiało się pieniążki np. w szkółce leśnej. Przyjemne z pożytecznym. Świeże powietrze przez dzień cały, praca u podstaw, zapłata…

 

Szczególnie wrył mi się w pamięć ochap z ostatnich przedmaturalnych wakacji. Niemal całą klasą (pod wodzą wychowawczyni) wybrałyśmy się do nieodległego nadleśnictwa. Harowałyśmy ciężko. Zarobiłam – pamiętam – 800 zł i te pierwsze swoje ciężko zapracowane pieniądze wydałam z prawdziwą fantazją (i całkowicie bez pomyślunku).

Kupiłam… buty. Cudne, granatowe pantofle na taaaaakim koturnie i jeszcze wyższym obcasie. Wyglądałam w nich pięknie i nigdy nie wykonałam nawet jednego kroku. Nie udało się pokonać lęku wysokości (do tej pory mam awersję do chodzenia na szczudłach).

 

W moich zapiskach z cyklu „Będąc młodą licealistką” jest parę stron poświęconych owemu OHP. Pojawiają się w nich określenia nie do końca dla wszystkich zrozumiałe, dlatego na początek krótki słowniczek:

Maruszki – to my ochapowiczki (od przysłowiowego gajowego Maruchy)

Zaropiałki – młodzieńcy z okolicznych wiosek, którzy lgnęli jak muchy do zajmowanego przez nas śródleśnego domku

Pradziady – takoż młodzieńcy okoliczni, ino nieco starsi

 

A teraz cytat datowany na 4 lipca 1974.

Jeden dzień z życia babskiego OHP.

 

„i była noc, noc pełna niespodzianek…”

Ciemno w pokoju, na dworze trochę jaśniej.

– Zaropiałek za oknem! – krzyknęła któraś.

Było jasne, że żartuje. To taki rytuał, bo co noc dziewczyny pokrzykiwały, że Pradziady nas podglądają. Ale… nagle z tamtej strony szyby ukazała się ciemna, zakazana gęba oświetlona papierosem. Widok mimo wszystko szokujący. I niespodziewany.

W pokoju rejwach, pisk… baby pouciekały na dalsze łóżka, ale Zaropiałek nie dał za wygraną. Zgasiła go dopiero G.- wodą… taką czterodniową… od kwiatów. Płyn śmierdział idealnie odstraszająco a G.miała w dodatku cudowną centrę – wylała to śmierdziadło prościuteńko na ciekawską łepetynę! Co za widok! Aromaty musiał roztaczać niczym skunks!

No tak… ci pod oknem też pewnie widok mieli niczego sobie. Piętnaście dziewczyn miotających się po jasno oświetlonym pokoju i to jeszcze ganiających codziennie w samych majteczkach (spalone słońcem plecy najlepiej tak oddychały). Gdybyśmy podejrzewały wieczorne wizyty – kto wie? Może ustawiłybyśmy się szeregiem przy oknach – niech nasycą wzrok.

 

Pobudka miała być o 4.00, ale Żabcia wpadła ze swoim „Dzień dobry” dopiero o 5.40. Zaspała? Niech jej tam. I tak obróciłyśmy się zaraz na drugi bok… mała rzecz, a cieszy :)

Do 6.30 drzemałyśmy, o 7.00 z groszami śniadanie, po 8.00 do roboty. Jakoś późno dzisiaj… Ani- ani nie chciało się pracować, tylko… była z nami Psorka-Wychowawczyni. Ona ma idiotyczny sposób gonienia nas do roboty. Kiedy my odpoczywamy, Psorka pracuje. Głupio to wygląda i wyrzuty sumienia powoduje, więc człowiek – choć zmęczony – gna naprzód.

Z czystego rozpędu skończyłyśmy wczorajsze pole II kategorii i z poszłyśmy na 4,5 ha kategorii IV.

 

Różne już szkółki widziałam, ale tak ”przynapitej” jeszcze nie. Rajek w ogóle nie było widać. Zwyczajnie nie wiadomo jak szły, skąd szły i dokąd szły. A zielsko! Wyższe od sadzonek. Pytałyśmy nawet gajowego, czy traktorzysta, to zawsze na rauszu jeździ? Ciekawe ile sadzonek zetnę z rozpędu? „Motykowanie” jednak o niebo lepsze.

 

Aaaaleee teraz cudownie wygląda na sali. Śpią wszystkie, jak jeden mąż (raczej – jak jedna baba). Ja sama już odlatuję. W robocie zamknęłam na chwilę oczy i… o dziwo… nie widziałam sadzonek! Mucha przeszła prze mój sen. Zabiła wszystkie moje marzenia…

 

Przygotowania do ogniska (odłożone zresztą na jutro – pada deszcz).

Poszłyśmy wszystkie do pobliskiej wioski z prośbą do Maruchy. Na ognisko zaprosić jutrzejsze. 3 km lazłyśmy przez 25 min. Rekord pobity tylko ze względu na dzisiejszy wieczorny film i krowy. Babki boją się tych bydlątek – wyrywają przed nimi, niczym przed wściekłymi wilkami.

Marucha jak zwykle się speszył… obiecał, że jeżeli tylko będzie mógł…

 

Na film prawie zdążyłyśmy.

I znowu Zaropiałki.

Jestem cholernie głodna, bo: z pola zeszłyśmy o 15.30,, obiad był o 16.30, a kolacja o 18.00. Kto by ją zmógł po tak krótkim czasie? A teraz to człowiek zgłodniały, niczym pies Pluto.

 

Znowu spać. I znowu pobudka o 4.00, a nawet o 3.30 (Psorka ma nas z wyrek ściągnąć). Tortura.

(A Pradziady – jak chodzą słuchy – co noc pod oknami naszymi były)


Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

opactwo w Esrum

niedziela, 28 listopada 2010 9:40

Do Citeaux wprawdzie jeszcze nie dotarliśmy (wszystko przed nami). Spenetrowaliśmy za to jedną z pierwszych filii klasztoru w Clairvaux, czyli duńskie Esrum.

Esrum z kolei było matką podszczecińskiego Kołbacza. Z Kołbacza cystersi wywędrowali do Oliwy, Bierzwnika, Mironic, a stamtąd jeszcze dalej.

Photobucket

Klasztor w Esrum powstał w dzikich ostępach północnej Zelandii, nad jednym z największych duńskich jezior o tej samej nazwie – Esrum.

Wybudowali go właściwie benedyktyni (1140). Cystersi – sprowadzeni tu w 1151 r. - przejęli tylko część gotowych budynków, rozbudowując kompleks. Urósł do potężnych rozmiarów. Był jedną z największych budowli w całej Skandynawii. W dobie reformacji (XVI w) został opuszczony i od tego czasu stopniowo popadał w ruinę. Po sekularyzacji klasztoru, część jego pomieszczeń stała się czymś w rodzaju… pałacyku myśliwskiego. Lasów w okolicy dostatek także i dziś, tyle, że na przeciwległym brzegu jeziora rozlokowała się letnia rezydencja królewska.

Photobucket Photobucket Photobucket

Różne były losy klasztornych zabudowań – umiejscowiono tu stadninę koni, koszary dragonów, więzienie, aptekę, pocztę, mieszkania prywatne, magazyny i nawet obóz dla uchodźców.

Chętnie zatrzymywali się tam podczas polowań duńscy królowie. W klasztornym kościele pochowano jedną z królowych - Helvigę ze Szlezwiku (grób, podobnie jak kościół nie przetrwał czasów reformacji).

 

Do dzisiejszych czasów nie dotrwało zbyt wiele. Część budynków spłonęła, część została rozebrana już w XVI w., a cegłę wykorzystano do budowy potężnego zamczyska Kronborg w Helsingorze.

Z wielkiego kompleksu ceglanych budynków zachowało się tylko jedno skrzydło (XIV-wieczne zresztą), w którym mieści się hotel. Zarysy pozostałych zabudowań można obserwować spacerując pomiędzy domkami jednorodzinnymi.

Photobucket Photobucket Photobucket

Od 1997 r. - po przeprowadzeniu kompleksowej renowacji z funduszy państwowych i prywatnych - całość udostępniono zwiedzającym jako muzeum oraz miejsce, gdzie można bezpośrednio dotknąć historii. W surowych pomieszczeniach przedstawiono historię cystersów. W małym sklepiku można nabyć „cysterskie” gadżety ( m.in. pięknie inkrustowane krzyże oraz Kloster - piwo o ponad 1000-letniej historii warzenia). Nie ma też przeszkód, by pod łukowatym sklepieniem piwnicy - w restauracji Broder Rus - skosztować średniowiecznych specjałów

Photobucket Photobucket

Odtworzono klasztorny ogród-zielnik. Kiedyś, z hodowanych tu ziół wytwarzano lecznicze nalewki. Dziś w małej aptece można zobaczyć, jak te rośliny wykorzystywano w średniowieczu.

Ściśle wg klasztornej receptury z 1559 r. produkowany tu jest także żółty ser o nazwie Esrom

Photobucket Photobucket Photobucket

W pobliżu można też oglądać zabytkowy XIX wieczny młyn, zbudowany w miejscu dawnego młyna klasztornego (spłonął).

Photobucket Photobucket

Jest też kącik zabaw dla dzieci (i nie tylko dla nich). W pomieszczeniu nazwanym Jomsborg można zapoznać się z sagą o legendarnym grodzie Wikingów, którego śladów nadal szukają archeologowie na naszym Wolinie. Tu także, wygrzebując z wielkiego kufra odpowiednie szaty, można stać się na moment wojownikiem lub księżniczką a także „pojeździć” na drewnianych koniach. Nawet plac zabaw utrzymano w stylu epoki.

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

(fotki oczywiście powiększają się, kiedy się w nie kliknie)


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

dawnych cystersów życie codzienne

sobota, 27 listopada 2010 22:50

Dawno temu cystersi pokryli siatką swoich opactw całą Europę. Niektóre przetrwały w całej swojej krasie, inne podupadły nieco, jeszcze inne zniknęły całkowicie z powierzchni ziemi.

Co jakiś czas przedstawię tu któryś odwiedzonych przez nas pocysterskich obiektów. Są takie, do których wracamy często, bo mieszkamy w ich pobliżu. Są też takie, w których byliśmy tylko raz. Najwięcej jednak jest tych, których odwiedzenie pozostaje jeszcze w sferze planów. Te pierwsze mamy dokładnie obfotografowanie i zbiór zdjęć ciągle się powiększa. Te drugie przechowujemy jedynie w pamięci, bo zwiedzaliśmy je jeszcze przed erą aparatów cyfrowych. Na odwiedzenie trzecich mamy niemałą chrapkę i z pewnością przynajmniej część zamierzeń w końcu zrealizujemy.

 

Przygotowując się do ostatniego wykładu postanowiłam powtórzyć co-nieco wiadomości o cystersach w ogóle i szczególe nawet. Podparłam swoją kiepską niestety pamięć kilkoma opracowaniami książkowymi (autorstwa G.Brzustowicza, J.Jurkiewicza i M.Pytlak) i oto, co zapamiętałam.

 

Życie monastyczne (zakonne) pociągało ludzi już od wczesnego średniowiecza. Większość kandydatów upodobała sobie wzniosłe życie duchowe, ale obowiązek ciężkiej pracy, karkołomny plan dnia, posty i wszelkie inne zakazy – już nie do końca im się podobały. Zaczęły więc pojawiać się modyfikacje reguł klasztornego życia i tak z zakonu benedyktynów wyłonił się zakon cystersów.

 

Pramatkę wszystkich opactw cysterskich założono na torfiastym pustkowiu w Citeaux (Cistercium). Był rok 1098. Cistercium wybudowano cis tertium lapidem, czyli przy trzecim kamieniu milowym od Dijon. Odnośnie pochodzenia tej nazwy wysnuto jeszcze dwie teorie:

- cistella (sitowie) - które ponoć gęsto porastało dolinę,

- cisterna (zbiornik wodny) – od podmokłego niewątpliwie terenu, przeciętego w dodatku strumieniem.

Stąd właśnie- via Clairvaux (1115 r.) - rozprzestrzenili się cystersi na całą Europę. Zaczęło się wszystko od opata Bernarda, zwanego wówczas „wyrocznią Europy”. To właśnie on (późniejszy święty) pięknie sformułował zasady życia w klasztorze:

W zakonie człowiek żyje czyściej,

upada rzadziej, powstaje prędzej,

chodzi ostrożniej, odpoczywa bezpieczniej,

rosą niebieską bywa skropiony częściej,

oczyszcza się rychlej, umiera z większą

ufnością, zapłatę bierze obfitszą…

 

Cystersi początkowo bazowali na regule benedyktynów – ubóstwo, surowość obyczajów, asceza. Osiedlali się z dala od ludzkich siedzib, z konieczności więc musieli być samowystarczalni.

Uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta i ryby, zajmowali się przetwórstwem płodów rolnych, wyrobem wina i piwa. Mieli własne młyny, piekarnie, tkalnie, kuźnie, szpitale, przytułki. Produkowali własne narzędzia, wypalali cegły i jeżeli tylko mieli na własnych terenach taką możliwość – wydobywali rudę, sól, srebro, podobno nawet złoto.

Biorąc pod uwagę to wszystko, nie ma się co dziwić, że możnowładcy sami zabiegali o tworzenie na ich terenach nowych klasztorów. Biali bracia otrzymywali w zamian bardzo hojne nadania ziemskie i liczne darowizny. Ich grangie (folwarki) liczyły po kilka tysięcy hektarów.

 

Grunty pozyskiwali w różny sposób. Nie zawsze legalny. Skrybowie bardzo udatnie potrafili przecież… fałszować dokumenty. Mnisi udzielali też pożyczek, a potem… przejmowali majątki za niespłacone długi. Sprytnie też potrafili wykończyć ekonomicznie swych sąsiadów tylko po to, by zawładnąć ich dobrami.

 

Jedna z głównych zasad cysterskich mówiąca o tym, że raz w roku (dokładnie 14 września) opat klasztoru filialnego musiał odwiedzać klasztor macierzysty, umożliwiała kontrolę nad poczynaniami mnichów w ościennych opactwach i wymianę doświadczeń oraz nowinek z dziedziny gospodarki.

 

Cystersi trudnili się także przepisywaniem ksiąg i była to jedyna dziedzina, w której mogli pozwolić sobie na mnóstwo ozdobników. Doszli do perfekcji w tzw. iluminacji pisma.

Mieli na swym koncie całkiem sporo wynalazków – m.in. jako pierwsi zastosowali w swych kuźniach koło wodne do napędu miechów i młotów.

 

Warto wspomnieć, że oprócz podstawowej zasady Ora et labora (módl się i pracuj), mieli jeszcze jedną, nie mniej ważną– z każdego mniejszego opactwa, co najmniej jeden zakonnik musiał pobierać nauki w jakimś znanym ośrodku uniwersyteckim. Większe liczebnie opactwa musiały kształcić co najmniej dwóch mnichów. Aby ułatwić zdobywanie wiedzy, Kapituła Generalna otworzyła nawet w Paryżu coś w rodzaju akademika dla swoich zakonników.

 

 Żywot zwykłego mnicha poprawił się nieco, kiedy w cysterskich klasztorach pojawili się konwersi, czyli bracia świeccy (funkcja zupełnie nieznana w innych klasztorach). To oni – pochodzący najczęściej z ludności wiejskiej - zaczęli wykonywać najcięższe prace budowlane i gospodarskie. Nie składali pełnych ślubów, ale podlegali zakonnej karności. Nosili habity w kolorze szarym (w odróżnieniu od mnichów, których habity były białe, przykryte czarnym, długim do samej do ziemi pasem tkaniny z otworem na głowę (szkaplerzem).


 Konwersów nazywano czasami braćmi brodatymi, bo nosili długie brody. Byli w klasztorze kastą nieco gorszą, ale nie było im chyba tak źle, skoro ich liczba stale rosła, aż w końcu przewyższyła liczbę zakonników. Pracowali ciężko, ale mieli w zamian przedłużony nocny wypoczynek ( nie budzono ich o 3.45 na modlitwę nocną), część postów ich nie obowiązywała, otrzymywali treściwsze jedzenie.

Nie wolno im było jednak stykać się z mnichami. Mieli oddzielne dormitoria (sypialnie), refektarze (jadalnie), osobne wejścia do kościoła i nawet osobne ołtarze (a właściwie krzyż, przed którym się modlili).


 Posiłki obowiązywały tylko dwa – południowy i wieczorny. Białe pieczywo pieczono tylko dla chorych i gości klasztoru. Braciszkowie jadali chleb razowy z otrębami i soczewicą a do tego, oprócz warzyw, owoców i ich przetworów - ryby. Mięsne potrawy przyrządzano tylko dla konwersów. Pracowali najciężej, więc i jadać musieli treściwiej, obficiej, częściej (przysługiwały im 3 posiłki). Konwersów nie obowiązywała także część postów, obowiązkowo zachowywanych przez zakonników. Nawet jaj i sera nie wolno było wtedy podawać.

 Z przestrzeganiem zasad bywało różnie. Skoro cystersi budowali karczmy, gospody, browary, musieli w nich także bywać. Z zapisków wynika, że niektórzy z nich zachowywali się nieprzystojnie, ucztując i zabawiając się ponad miarę. W końcu byli tylko ludźmi…


Rozkład cysterskiego dnia dawniej

3.45 – pobudka

4.00 – modlitwa nocna, po niej dalszy spoczynek

6.45 – modlitwa poranna, po niej obowiązkowa dla wszystkich msza konwentualna

8.00 – modlitwa, a po niej praca aż do południa

12.15 – modlitwa południowa

12.30 – pierwszy posiłek, po nim do 14.00 czas na lekturę, kontemplację, modlitwy własne

14.00 - 18.00 – modlitwa, lektura, praca

18.00 – nieszpory

18.45 – czas wolny i kolacja

20.00 – modlitwa wieczorna

20.30 - 3.45  – obowiązkowa cisza nocna

Zimą rozkład dnia przesuwano o pół godziny wcześniej z wyjątkiem modlitwy południowej i pierwszego posiłku.

Konwersi mieli trzy posiłki (treściwsze) i nie przerywano im nocnego wypoczynku


 Dzisiejsi cystersi mają tylko ciut lepiej:

4.45 – pobudka

5.10 – godzina czytań

ok.6.00 – obowiązkowa msza konwentualna

do 8.45 – śniadanie spożywane na osobności

do 12.15 – praca

12.15 – modlitwa dzienna (już tylko jedna), potem obiad (wspólny) i do 15.00 – odpoczynek, kontemplacja, modlitwy własne

15.00-18.00 – praca

18.00 – kolacja i czas wolny do 20.00

20.05 – krótkie czytanie duchowe w kapitularzu i modlitwa wieczorna

20.30 -4.45 – cisza nocna


Podziel się
Tagi: cystersi

komentarze (6) | dodaj komentarz

późno, bo późno, ale lepiej, niż wcale...

piątek, 26 listopada 2010 22:37

Mama Najstarszego Wnuka, czyli Pierworodna Latorośl nasza urodziny dziś obchodzi. Nie powiem które, bo nie o to tu chodzi, ale życzenia złożyć wypada:

- olśniewającej urody i mnóstwo wewnętrznej pogody

- pamięci wyśmienitej i przestrzeni nowo odkrytej (to w kontekście ewentualnych wycieczek)

- inwencji twórczej i radości prawdziwej, nie wybiórczej

- zero poważnych problemów, lekkiego podejścia do wszelakich systemów

- miłości absolutnej i miny u partnera… nie smutnej…

Buuuźka wielka ode mnie i Grubelka.

 

A w ogóle, to Pierworodna Latorośl lata swe skończy dopiero o 23.20, więc choć bradiaga ze mnie okrutna i dopiero do domu wróciłam (od 6.30 rano), to z życzeniami jeszcze zdążyłam @)-->-->--

 

Tyle w kwestii formalnej.

W kwestii wspominkowej – było to jakby wczoraj…

Do szpitala Mężuś mnie odstawił. Do porodu, a ściślej na wywołanie tegoż, bo już prawie 2 tygodnie od wyznaczonego terminu minęło. Wcześniej Dziecko próbowało uciekać, spędziłam więc nieco czasu  na tzw. podtrzymaniu. Podtrzymali jak widać niezgorzej.

Oczekiwanie na izbie przyjęć umilała nam dość żwawa staruszka. Pani Cnota – jak się okazało - bo na dźwięk tego właśnie nazwiska, zniknęła za drzwiami pokoju badań.

Mężusiowi natychmiast włączyło się poczucie humoru:

- Taka stara i jeszcze cnota – zarechotał

- Ty się nie śmiej – ostrzegłam – bo może się okazać, że to twoje nazwisko przekręcono.

No i wykrakałam. Po krótkiej chwili starsza pani wróciła na poczekalnię, a na izbę przyjęć wezwano  mnie. Moje pojawienie się w pokoju badań wywołało zbiorową falę dziwnych dźwięków wydawanych przez urzędującą załogę. Oni po prostu krztusili się ze śmiechu. Nic dziwnego. „Cnota” ze mnie jeszcze lepsza… z brzuchem pod sam nos.

;-(


Nie ma co wspominać pobytu na oddziale. Trwał kilka dni, a Ordynator to w ogóle chciał odesłać mnie z powrotem, bo wg niego coś mi się z terminem pomyliło i chodzić z brzuchem powinnam jeszcze co najmniej 2 miesiące.

W oczekiwaniu na „ten czas” ściboliłam na drutach biało-zielony kocyk w serduszka. Postanowiłam sobie, że urodzę, jak skończę go już dziergać. I tak się stało hehe.

Zszyłam ostatnie wydziergane kwadraty i  poczułam pierwsze skurcze. Wcale się do nich nie przyznałam. Obawiałam się, że na porodówce przykują mnie do łóżka, a na patologii ciąży mogłam do woli dreptać sobie po korytarzu, masować się… w końcu byłam w szpitalu… najwyżej urodzę na sali…

No i kiedy wreszcie dostarczono mnie na porodówkę, Latorośl była całkowicie gotowa do przyjścia na świat.

- Nazwisko? Imię? Zawód ojca? – grad pytań pojawiał się  między skurczami.

Tym sposobem nasza Latorośl otrzymała w darze ojca elektryka. Wpisano jej to nawet w książeczce zdrowia dziecka, tyle, że elektrykiem był… mój ojciec. Nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło, że pytają o zawód ojca dziecka. Zupełnie, jakby nie można było przepisać danych z kartoteki na oddziale znajdującym się tylko piętro wyżej.

 

Latorośl przyszła na świat maleńka, zielona niczym UFO, ale darła się niemożebnie. Zabrano ją zaraz do inkubatora i tyle ją widziałam.

Nie spać, nie spać – upominała co chwilę położna. Pozwolili zamknąć oczy dopiero, kiedy zupełnie spać mi się odechciało. No i wreszcie pozwolili także wykonać jeden telefon.

Czasy to były, kiedy telefon był urządzeniem pożądanym i niemal nieosiągalnym, ale w domu moich rodziców już takie ustrojstwo było na szczęście. W pokoju moim i Mężusia zresztą.

Nie zważając na fakt, że już grubo po północy dzwonię więc do niego ze wspaniałą nowiną

- Witaj kochanie. Masz córeczkę!

- Aaaa… kto mówi???.......


Photobucket  (kocyk - jak widać - jeszcze żyje, a dzieciątko nim owinięte ma na tej fotce dokładnie tydzień)

Tu to samo dzieciątko kończące właśnie rok

Photobucket


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  213 999  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 213999
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2530 dni

Lubię to