Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

warto jeździć bocznymi drogami

poniedziałek, 28 listopada 2011 20:53

Nie dość, że ruch na nich mniejszy, to i można natknąć się na coś ciekawego.


Jedna z urokliwych tras wiedzie z Nowogródka Pomorskiego do Barlinka.  W oddali majaczy w kępie drzew wieżyczka.

 

Photobucket

 

Pierwsze skojarzenie – kapliczka, maleńka i pewnie drewniana.

Jak tam dojechać?

Nowogródek Pomorski ma małomiasteczkową zabudowę, ze śmiesznym ryneczkiem i rozchodzącymi się gwiaździście drogami wyjazdowymi we wszystkie strony świata. Jest ich całkiem sporo i my pewnie wybraliśmy niewłaściwą. Jeżeli nie znajdziemy jakiejś odnogi w prawo, trzeba będzie wrócić. Tajemniczy kościółek musi być przecież piękny.

 

Póki co, wracać się nie chce, bo mijamy właśnie prawdziwe cudo. Czerwona tablica informuje nas, że to użytek ekologiczny (czyli prawem chroniona przestrzeń) o nazwie  „Torfianki przy Sumiaku”.

 

Photobucket

 

Regularny kształt szeregu malowniczych zbiorników wodnych mówi sam za siebie. Tu wydobywano torf. Wypełniająca je woda przesycona jest związkami organicznymi wchodzącymi w skład próchnicy glebowej. Lubią je zasiedlać karasie, liny i piskorze. Powalone drzewa, sterczące z wody kikuty… ech, jak ja lubię takie krajobrazy…


Photobucket Photobucket Photobucket

 

Krótki postój na obfotografowanie terenu i jedziemy dalej.

Jest droga w prawo.

Wieżyczka, która zdążyła już gdzieś zniknąć, pojawia się znowu. Trochę się jeszcze pokręcimy ( za to w pięknych okolicznościach przyrody) i …. Jeeest, ale czy aby na pewno to kościół?

 

Im bliżej dojeżdżamy, tym bardziej zachwyca nas bryła budynku. Z bliska okazuje się, że całość chyli się ku ruinie. Trochę trudno określić pierwotne przeznaczenie budynku. Olbrzymie okno z powybijanymi, witrażowymi szybkami sugeruje co najmniej ekumeniczny charakter wnętrza, tak samo, jak ledwo trzymająca się wieżyczka na łamanym, coraz bardziej dziurawym dachu.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Przed domem - nad mało już widocznymi schodami - widać jeszcze coś. Spośród krzaków wyłania się pięknie zachowany pomnik poległych w pierwszej wojnie mieszkańców Kleefeld (tak nazywał się wówczas Sumiak).

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wszystkie nazwiska dają się bez trudu odczytać, a to wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ tego typu Denkmale były po 1945 r. niszczone lub przerabiane na kapliczki. Po hekatombie wojny wcale mnie to nie dziwi – jeżeli oczywiście odbywało się w pierwszych latach po jej zakończeniu. Zdarzało się jednak (i to niejednokrotnie), że zniszczeń dokonywano dopiero w latach 70-tych, a tego już nie rozumiem. Wszak nierzadko na takich listach poległych były także polskie nazwiska. Do wojska wcielano mieszkańców bez względu na ich narodowość. Nasza rozdrapana przez mocarstwa państwowość spowodowała, że brat przeciwko bratu walczył wcale nie z wyboru.

 

Photobucket Photobucket

 

Drzwi wejściowe były uchylone. Wewnątrz, na ścianach wielkiej sali z witrażowym oknem zachował się wianuszek malowideł ściennych z powtarzającym się motywem krzyża i ślady po mocowaniu ambony.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Ceglany, otynkowany nieco później budynek pochodzi z początku XX wieku (ok.1910) i kiedyś był szkołą wyposażoną w kaplicę. Typowano go do wpisu do rejestru zabytków, wątpliwe jednak, czy uda mu się dotrwać lepszych czasów. Z jednej strony prowadzi do niego zarastająca, brukowana droga, z dwóch kolejnych – wyboista droga gruntowa.


Miejsce jest - mimo wszystko - niezwykle urokliwe...


Photobucket Photobucket

 

... i ... do kupienia...


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

kruche piękno

piątek, 25 listopada 2011 12:37

Większość mieszkańców terenów przygranicznych jeździ do Frankfurtu (nad Odrą) tylko na zakupy. Szczególnie chętnie robi to podczas ogłaszanych w lokalnej prasie wyprzedaży. Tymczasem warto  zrobić tam przerwę w uganianiu się za wyjątkową okazją, bo miasto ma wiele do zaoferowania.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Jedną z prawdziwych ciekawostek jest Marienkirche (Kościół Mariacki) stojący naprzeciwko misternego ratusza. Monumentalnej budowli zabrakło szczęścia dopiero pod koniec wojny. W 1945 r. została poważnie uszkodzona i w następstwie tego uległa częściowemu zawaleniu. Przez długie lata w centrum miasta stała po prostu ziejąca pustymi oczodołami witraży wypalona ruina. W latach 70. debatowano nawet nad jej wyburzeniem, ale ostatecznie zawiązało się stowarzyszenie na rzecz ratowania kościoła.

I dobrze się stało.

 

Photobucket

 

Historia zatoczyła koło.

Niegdysiejszą budowę kościoła finansowali zamożni miejscy patrycjusze, odbudowę – społeczeństwo o wiele już biedniejszego miasta, które organizowało na ten cel specjalne akcje i aukcje (np. studenci Viadriny sprzedawali kawałki betonu ze starego mostu łączącego Frankfurt i Słubice, a pewien piekarz piekł w charakterze „cegiełek” specjalne kościelne bułeczki).

Dziś każdy wchodzący do ciągle jeszcze restaurowanego wnętrza, zobaczy przed nim podpisane kamienie brukowe. W ten oryginalny sposób upamiętniono darczyńców.

 

Photobucket

 

Świątynia jest wiekowa. Kiedy Frankfurt otrzymał prawa miejskie, postanowił zafundować sobie świątynię na miarę tego wydarzenia, a jako członek Hanzy nie należał przecież do miast biednych. Stać go było na wielkie, stawiane z rozmachem budowle. Realizację pomysłu rozpoczęto w roku 1253, zakończono…ponad 250 lat później.

Poszczególne części kościoła pochodzą z różnych epok, a mimo wszystko zakomponowano je w jedną, piękną całość. Zupełnie jak w przypadku wielgachnej katedry w Kolonii (chociaż tę budowano znacznie dłużej, bo prawie 600 lat).

 

 Katedra kolońska jest trzecią co do wielkości katedrą świata. Ma 86 m szerokości, a frankfurcka … tylko 4 m mniej i jest największym gotyckim kościołem halowym w północnych Niemczech.

Utworzono w nim centrum społeczno-kulturalne, w którym odbywają się wystawy, koncerty i msze o szczególnym charakterze. Cały jednak czas trwają tam prace rekonstrukcyjne.

 

Dziś chcę opowiedzieć o zaledwie jednym z detali frankfurckiego Kościoła Mariackiego, chociaż trudno nazwać detalem coś, co ma prawie 12 m wysokości i 650 lat. Tym "czymś" są trzy okna wypełnione 111 zachwycającymi i naprawdę unikatowymi witrażami. Myślę, że z powodzeniem można je nazwać oryginalną odmianą średniowiecznej Biblii Pauperum, czyli obrazkową biblią dla ubogich analfabetów.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Witraże powstały w latach 1360 – 1370. Kolorowe szybki w oknie środkowym przedstawiają tzw. Cykl Chrystologiczny (życie Chrystusa), po lewej stronie przedstawiono Stworzenie Świata, a po prawej Sąd Ostateczny i motywy Antychrysta.  Obrazki ułożone są cyklicznie jak w najprawdziwszym komiksie, a najbardziej wśród nich wyjątkowych – tych wzorowanych na antychrystusowych legendach – nie zobaczycie chyba nigdzie indziej.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Historia witraży jest równie niezwykła jak one same:

- wykonane w średniowieczu przez nieznaną pracownię,

- w 1941 r. – z uwagi na ich wartość historyczną i kulturową – zdemontowane (w obawie przed skutkami wojny) i ukryte,

- w 1945 r. skonfiskowane w ramach reparacji wojennych przez brygadę trofiejną Komitetu do spraw Sztuki przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR

- w 1946r. przewiezione do Leningradu i złożone w przepastnych magazynach Ermitażu

- w 2002 r. rosyjska Duma podjęła zaskakującą uchwałę o zwrocie „kruchego depozytu”; uczyniła to tylko w drodze wyjątku, ponieważ witraże były własnością kościelną (ale nie za darmo; Niemcy w zamian odnowili zabytkowe organy w St.Petersburgu)

- zwrot witraży wpłynął na decyzję o odbudowie sklepienia w Kościele Mariackim

- w 2003 r. w cudowny sposób odnalazły się w moskiewskim muzeum brakujące szybki witrażowe w ilości sześciu sztuk

- w 2005 r. uroczyście otwarto odbudowane prezbiterium z umieszczonymi na swoim miejscu pieczołowicie odrestaurowanymi witrażami

 

Marienkirche już nie świeci pustymi oczodołami okien. Znów cieszą oko kruche, ale jednak wyjątkowo trwałe w tym wypadku i z pewnością bezcenne witraże.

Są niesamowite.

W prezbiterium ustawiono szereg krzeseł. Można na nich siadać i podziwiać. Zapewniam, że jest co…

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

krótki raport z przebiegu rekonwalescencji

środa, 23 listopada 2011 8:37

Moje nowe kolano ma już trzy miesiące. Staremu  - za miesiąc i dwa tygodnie - stukną dwa lata. Śmiesznie to brzmi, ale taka jest prawda.

„Bliźniaki z poślizgiem”… sprawują się całkiem, jak na takie niedorostki przystało. Potencjalne możliwości mają wielkie, tylko sił i umiejętności ciągle jeszcze im brak (chociaż to "starsze" jest hohoho). No i spać im się chce zaraz po dobranocce. Grzecznie prowadzą mnie do łóżka bardzo wczesnym wieczorem. Dobrze, że chociaż światła nie każą gasić. Laptop doskonale mieści się na specjalnym, zrobionym na zamówienie stoliku, mogą więc te moje kolana drzemać, kiedy reszta ciała oddaje się w spokojności ślepieniu w ustawiony nad nimi ekran. Niby całe jestestwo wypoczywa, jednak ta sytuacja ma pewne niedogodności. Mianowicie oczy się przymykają… same z siebie… No i co z tego, że człowiek (czyli ja) ma pomysł na pisanie, kiedy nie zdąży tego uczynić?

 |-o zZ... zZ... zZ...

W poniedziałek wzywał mnie na dywanik Zakład Udręki Społecznej.

Po co?

Aby sprawdzić zasadność zwolnienia lekarskiego, na którym przebywam od końca sierpnia. Ciekawe, czy tak samo kontrolowane są Grube Ryby, którym grunt spod nóg ucieka do tego stopnia, że muszą podpierać się L 4?


Pani Orzecznik, w ramach prewencji rentowej zaleciła mi „rehabilitację ZUS”. Pobrałam odpowiedni druczek i muszę wybrać się z nim do lekarza rodzinnego, a po wypełnieniu złożyć go w stosownym okienku i czekać. Pani Orzecznik żadną miarą nie mogła  samodzielnie (czyli własnoręcznie) wypisać tego skierowania, ponieważ – jak z przekąsem i kilkakrotnie powiedziała – ona w mojej sprawie ORZEKA.

Czyli z jednej strony orzeka, że warto skierować na dodatkową rehabilitację, a z drugiej umywa ręce. Jakie to logiczne!

 

Do lekarza pierwszego kontaktu udało mi się zapisać dopiero na piątek. Kolejny przejaw logiki naszej służby zdrowia – na pierwszy kontakt trzeba sobie zasłużyć.

Szanse na realizację takiego wniosku są ponoć większe niż z sanatorium poszpitalnym. Może nawet w grudniu się uda?. Tego roku...

Później zresztą nie wchodzi w grę, bo w styczniu zamierzam wrócić do pracy. Taka rehabilitacja trwa od rana do obiadu i nijak jej z pracą połączyć się nie da.

 

Skąd we mnie tyle sarkazmu? Ano stąd, że skierowanie sanatoryjne otrzymane po tzw. pierwszym kolanie, przed miesiącem uległo przedawnieniu i cofnięto je do lekarza kierującego celem weryfikacji. Podobno nie traci się w międzyczasie kolejki (a udało mi się dociągnąć do numerka czterysta któregoś), tylko… jeżeli wypadnie to zaraz po moim powrocie do pracy, to… zwolnią mnie jak nic!

Pewnie przyjdzie zrezygnować :-(

Basta! Koniec z narzekaniem. Japończycy obchodzą dziś Dzień Dziękczynienia za Pracę. Lecę chociaż robić śniadanie ;-)papa



Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

spotkanie z Bambrami

niedziela, 20 listopada 2011 18:04

 

Najprawdziwszy Poznański Bamber to nie byle kto. Jego przodkowie zostali tu zaproszeni przez polskiego króla Augusta II. Przybyli w latach 1719-53, by wspomóc wielkopolskie rolnictwo, które praktycznie przestało istnieć na ziemiach ogołoconych wojną północną i towarzyszącymi jej zarazami. Przybysze musieli spełniać tylko jeden warunek - posiadać wiarygodne zaświadczenie o przynależności do kościoła rzymskokatolickiego. Aż 90 rodzin zdecydowało się wówczas opuścić przeludnioną Frankonię (część Bawarii), a  - jako że większość przybywała z okolic Bambergu - ludność terenów, na których się osiedlili szybko ochrzciła ich Bambrami.
 
Zamieszkali w podpoznańskich wioskach (dzisiaj to wielkomiejskie dzielnice - Jeżyce, Winiary, Rataje, Żegrze, Minikowo, Starołęka, Łazarz).
To bodaj jedyna taka grupa o niemieckich korzeniach, która błyskawicznie i trwale uległa spolonizowaniu. Prawdziwy cud. Fachowcy mówią o nim "wtopienie się jednej grupy narodowej w drugą przy jednoczesnym zachowaniu pamięci swych korzeni".
  
Będący gorliwymi katolikami przybysze sami prosili o wprowadzenie we własnych szkołach języka polskiego. Początkowo na religii, żeby dobrze rozumieć msze odprawiane w wielkopolskich kościołach. Z czasem nauka odbywała się już tylko po polsku.
 
 Swoją polskość udowodnili wielokrotnie podczas powstania wielkopolskiego, wojny z bolszewikami, czy nawet ostatniej okupacji, kiedy nie godzili się na podpisanie volkslisty.
 
Do ich historii doskonale pasuje fragment utworu Przerwy-Tetmajera pt. "Wiersz dla mego synka" :
 
Synku mój mały! Obcobrzmiące
nazwisko będziesz nosił -
wiedz, że twój dziad na polskiej łące
trawę krwią swoją zrosił,
że tej krwi kropla na twe czoło
wieczystym padła znakiem,
że, z nazwy Niemiec, szablą gołą
zatwierdził się Polakiem!
 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

W centrum Poznania, na terenie należącym do Muzeum Etnograficznego, znajduje się niewielki pawilon, a w nim ciekawa, bambrowska eskpozycja. Pieczołowicie, z dbałością o szczególy zrekonstruowano tam całą chatę wraz z wyposażeniem. Najlepiej spacerować po niej w towarzystwie przewodnika, a jest ich w muzeum kilku. Wszyscy, to prawdziwi pasjonaci i niezrównani gawędziarze. Opowiadają ciekawostki, cytują gwarowe wierszyki, czas spędziony z nimi mija niespostrzeżenie. Wszyscy pracują całkowiecie społecznie (nawet po godzinach), a wstęp do placówki jest bezpłatny.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

 

Na piętrze budynku (dla niepełnosprawnych wjazd windą) zgromadzono kolekcję sprzętów gospodarstwa domowego, dokumentów, archiwalnych zdjęć i elementów stroju bamberskiego. Można tam zobaczyć białe płócienne majtasy, zwane (skądinąd bardzo trafnie) piorun trzasł.

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

 

Nie są pęknięte na szwie. Nie zostały zszyte celowo, aby bamberka mogła załatwiać potrzeby fizjologiczne na stojąco, bez konieczności walki ze swymi spódnicami.
 
Bamberki odziewały się wielowarstwowo, a ich ubiór obejmował:
- długą, marszczoną spódnicę szytą z pięciu szerokości materiału
- dopasowany do figury kaftan (sięgający do pasa),
- pod kaftanem sznurówka (cokolwiek to oznacza) i bluzeczka
- w pasie "kiszka" - gruby wałek z płótna,
- na kiszcze opierały się: spódnica, biały spódnik, od jednej do trzech watówek (dwie warstwy materiału wypchane watą i razem przeszyte)
- na no wszystko zakładano jeszcze pięknie haftowany biały fartuch
- pod fartuchem wywiązywano ozdobną kieszeń
- na szyi pięć sznurów korali (do ostatniego przyczepiony krzyżyk)
- na ramionach koronkowa chusta; na przodzie skrzyżowana, z tyłu związana
 
Całość dawała efekt odwrotnie proporcjonalny do dzisiejszych kanonów Barbie.
Prawdziwa Bamberka była przez to pękata niczym Pyza na polskich dróżkach.

 

Photobucket  Photobucket

 

Dla uzupełnienia stroju mężatki nosiły na głowach czepki, panny - cudne kornety, czyli wysokie "czapy" ozdobione z przodu całą masą drobniutkich i bajecznie kolorowych kwiatków z materiału, a z tyłu wieloma kokardkami.

 

Co ciekawe, damski strój bamberski nie przyjechał wcale z Bambergu. Jest najzwyklejszym wytworem fantazji osadniczek i doskonałym miksem różnych ludowych ubiorów z Frankonii, Saksonii, Łużyc, Ziemi Lubuskiej i Wielkopolski z domieszką dziewiętnastowiecznej mody mieszczańskiej w stylu biedermeier. Cudo. Koniecznie trzeba to wszystko zobaczyć. Odwiedzającym Poznań polecam ku pamięci


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

sympatyczne urodziny

piątek, 18 listopada 2011 14:58

My czekamy na Mikołajki, a w Rosji dzisiaj oficjalne – choć obchodzone dopiero od sześciu lat - Urodziny Dziadka Mroza.

Które z kolei? – nikt nie wie…

 

Wiadomo z całą pewnością tylko tyle, że sympatyczny Kuzyn (albo i Brat) Mikołajowy liczy sobie nie mniej niż 2000 wiosenek i zim. Datę urodzin ustaliły same dzieci. Główne uroczystości odbywają się w „dziadkowo-mrozowej” siedzibie na Dalekiej Północy – w miasteczku Wielikij Ustiug. Goszczą tu wówczas rozliczni krewni Dziadka Mroza: Gwiazdor i Święty Mikołaj, holenderski Sinterklaas i Santa Claus z Finlandii, z Jakucji- Czishan, z Karelii – Pakkajne, z Czech i Węgier– Mikuláš, szwajcarski Samichlaus, francuski Saint Nicolas, serbski Sveti Nikola, turecki Noel Baba, brazylijski Papai Noel, a nawet włoska Befana i Snieguroczka (Śnieżynka) z Kostromy.

Znamy ich wszyscy. Jeżeli ktoś nie przyznaje się do osobistego kontaktu chociaż raz w życiu, to przynajmniej znać ich powinien z baśni i filmów.

 

Wszyscy goście Dziadka Mroza mogą napisać życzenia i wrzucić je do specjalnej skrzynki pocztowej. Nie obowiązują w tym wypadku wyjątki wiekowe – może to uczynić każdy, bez względu na ilość lat. Z Vatem, czy bez – każdy ma szansę, by spełniło sie jego marzenie. Solenizant zaś, co roku otrzymuje w charakterze prezentu urodzinowego… nowy, świąteczny strój.

 

Najbardziej cieszy się z tego jego żona – Pani Zima, ponieważ po 365 dniach nieustannego prania jednego kompletu wyjściowych czerwoności, ma coraz większe problemy z zacerowaniem ubytków materiału. Jej małżonek wprawdzie zazwyczaj wdziewa na wierzch bogato haftowane (stylizowane na carskie) futro, ale jeśli przyszłoby mu zdjąć wierzchnie odzienie, to… szkoda gadać. Wszak jego praca nie zawsze jest łatwa. Sanie zaprzężone w trójkę rączych koni potrafią ponieść, a i kominy bywają ciasne i kręte. Niełatwo przecisnąć się przez nie bez zabrudzeń i drobnych uszkodzeń odzienia.

 

Państwo Mrozowie, (czyli dziadek i Zima) mają jeszcze zapasowe lokum w Archangielsku i czasami tam właśnie świętują listopadowe urodziny. W młodości Dziadka Mroza nazywano Zimnikiem.

 

Wszystkiego dobrego Dostojny Jubilacie!

 

Dziadek Mróz

(fotka z Wikipedii)


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 936  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207936
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2441 dni

Lubię to