Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

z Sylwestrami różnie bywało

piątek, 31 grudnia 2010 9:38

Raz tylko byliśmy na prawdziwym balu. Jakoś mnie te taneczno-towarzyskie imprezy nigdy nie ciągnęły, a teraz… mogę już sobie tylko powspominać.

Kolana uparcie buntują się przy próbach ich nadużywania, a zawiasy wszelakie we własnym mym stelażu nagle upierają się, by zgłaszać jakieś usterki. Ugodowy ze mnie człowiek… wolę się z nimi nie wykłócać…

 

Dziwne zresztą te zawiasy wszelakie – tańczyć nie lubią, ale przed wielogodzinną podróżą już się nie buntują. W zależności od okoliczności (lub naszej fantazji), od lat witamy Nowy Rok w różnych dziwnych miejscach.

 

Najpierw bywały domowe prywatki. Na jedną z niech strasznie trudno było dotrzeć. Pamiętna zima stulecia z lat 70. Miasto sparaliżowane śniegiem. Brnęliśmy przez zaspy na odległe osiedle. Dobrze, że dotarliśmy jeszcze w Starym Roku. A Nowego szampanem przywitać się nie dało, bo ten… zamarzł na balkonie.

 

Kiedy Latorośle wyrosły na tyle, że zaczęły bywać na własnych noworocznych imprezach – nasze świętowanie zmieniło się diametralnie. Porzuciliśmy domowo-prywatkowo-spożywcze  Sylwestry i rozpoczęliśmy wojażowanie.

 

Był już kulig wymyślony naprędce i bardzo udany. Skrzyknęliśmy się w parę sanek, a że lasów u nas dostatek, to i daleko jechać nie trzeba było. Imprezę zakończyliśmy piciem szampana przy wielkim ognisku rozpalonym na zaprzyjaźnionym (i nieco zaskoczonym) podmiejskim podwórku wspólnego kolegi. Gości się nie spodziewał i wybierał się na białą salę. W gruncie rzeczy… jego sala nadal biała pozostała, tylko przestrzeni jej przybyło… długo to jeszcze wspominał.

 

Była wyprawa do drewnianego domku nad stawami hodowlanymi (za zgodą właściciela oczywiście). Wyjątkowo mroźna noc spowodowała, że Małżonek o mały włos nie spalił sobie butów. Gdyby dobrze się przykładał do szkolnych lektur, pewnie przykład Rozalki nie pozwoliłby mu na wsadzanie nogi do pieca. W palenisku wprawdzie nie buzowało, jednak… historia skończyła się studzeniem w śniegu nadtopionej podeszwy. Poza tym strat i uszkodzeń żadnych.

 

Były wyprawy do Zakopanego, Krakowa, Hajnówki. Ta ostatnia wryła się w pamięć – pojechaliśmy z wizją śmigania wielkimi saniami po Puszczy, tymczasem lało potwornie, a śnieg był, owszem, tyle, że pod przeciwległą, zachodnią granicą. W następnym roku postanowiliśmy powtórzyć tę wyprawę i znowu śniegu, jak na lekarstwo. Wspominamy za to niezwykle gościnnych Podlasiaków, a przygód było co niemiara

 

Wczoraj również wyruszyliśmy w świat szeroki (ja w dodatku prosto z pracy). Dzisiaj więc, póki reszta towarzystwa jeszcze podrzemuje, życzę Wam wspaniałego Sylwestra i wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Troski i kłopoty pozostawcie w starym. W nowym ma być tylko nowe, lepsze, zdrowe…


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Kupiliśmy 20 cm psa

środa, 29 grudnia 2010 16:21

Zupełnie tego nie planowaliśmy. Ot, stało się. Zbieraliśmy się właśnie z Dzieciakami na wystawę psów rasowych, kiedy prosto stamtąd zawitał do nas kuzyn w towarzystwie małego, ślicznego czarnucha.

- Nie chcecie? Kupiłem, ale żonka wyprosiła mnie z domu. Nie możemy zatrzymać dwóch psów. Zresztą nasz Bartek zawału dostaje na sam widok tego szczeniaka.

Gwoli wyjaśnienia – Bartek to nie syn Kuzynostwa, tylko jamnikopodobny pies rasy bigos. Mieli go już od kilku lat. Nie mogli przecież wyrzucić go z domu i własnego serca z powodu urody czarnego szczeniaczka.

 Nie wahaliśmy się długo. Sunia tania nie była, ale… jakoś tak bez dłuższego zastanawiania sięgnęliśmy do koperty. Złożone w niej były walory NBP świeżo zebrane przez Latorośl Starszą z okazji jej Pierwszej Komunii. Cele, potrzeby i zdrowy rozsądek były wprawdzie diametralnie odmiennego zdania, jednak… słowo się rzekło, kobyłka u płota… dzieciarnia przecież zawsze marzy o piesku…. I tak zamieszkała w naszym domu Kama Parkowa Góra. Dumne jej nazwisko oznaczało jamniczą hodowlę spod stóp muzealnego wzgórza. Kamiszonowy tata zza zachodniej granicy pochodził, więc na upartego otrzymaliśmy za jednym zamachem tzw. „mocne papiery”. Gdyby przyszło nam do głowy  udać się na emigrację, jak wół mieliśmy obstukane przynajmniej dwa jej warianty - jeden pt. „na pochodzenie” , drugi - „w ramach łączenia rodzin”.


 20 cm psa otrzymało do spania (doraźnie)pudło po bananach i kocyk w kratkę. Przysunęliśmy je do naszego łoża i kilka pierwszych nocy spędziłam z dłonią w tymże pudle, żeby psiak nie czuł się samotny. Po paru dniach jedna z kartonowych ścianek została zgryziona ostrymi ząbkami szczeniaka aż do równiutkiego dna. W efekcie sunia wychodziła z niego normalnie, ale przed wejściem zatrzymywała się przez chwilę, wyginała w zgrabny łuk i wysokim skokiem pokonywała nieistniejącą już przeszkodę. Ot, takie przyzwyczajenie.

 Maluch był rozkoszny i pamiętliwy. Kiedy jedna z sąsiadek zażartowała sobie na jej widok „Łoj, takie toto brzyyydkieee”, zyskała sobie dozgonną niechęć psiej arystokratki, która zawsze już albo odwracała się od niej ostentacyjnie, albo obszczekiwała bez opamiętania.

 Psa zaczęło przybywać w postępie geometrycznym. W krótkim czasie przestała mieścić się na moich kolanach. Lubiła posypiać zwijając się na nich w kłębek i naprawdę nie mogła zrozumieć, dlaczego ni z tego, ni z owego zaczęła zsuwać się na kanapę. Poprawiała się, kombinowała i… dalej spadała.

20 cm urosło do równiutkiego metra (mierzone od czubka nosa do czubka ogona).


 Psica była zamiłowanym kopaczem dołków wszelakich i wielką podróżniczką. Na polu namiotowym pilnowała bagażu siedząc na szczycie górki ułożonej z toreb i plecaków. Potrafiła godzinami leżeć w przedsionku namiotu i obserwować mrówki przemieszczające się sznureczkiem w pobliżu. Niech no któraś spróbowałaby wyłamać się z szeregu! Nikt nie miał prawa przechodzić zbyt blisko.

Jeździła wyciągiem krzesełkowym, pływała kajakiem (tzn. na dziobie kajaka; obowiązkowo na smyczy, bo zeskakiwała do wody za kaczkami i to był jedyny sposób, by wciągnąć ją do środka).

Wszelakie fale uznawała za straszliwego wroga. Biegała wzdłuż brzegu i szczekała bez opamiętania wsadzając w nie łeb. W górskim potoku wydawała pod wodą bulgoczące dźwięki (bo tam pieniste zawirowania tworzyły się pomiędzy leżącymi na dnia kamieniami), a nad morzem trzeba było uważać, co się jej pokazuje. Kierunek „na Szweda” traktowała dosłownie.

Po wyprawie na bieszczadzkie połoniny miała tak spuchnięte poduszeczki łap, że pazurkami nie sięgała do ziemi. Już po paru godzinach moczyła swoje rany, brodząc  w kamienistym korycie rzeki Wiar – na drugim brzegu płakał zając. Musiała tam pobiec, ba – nawet przepłynąć.


Zjechała z nami cały kraj i kawałek Europy. W samochodzie zawsze stała słupka na moich kolanach i pilnowała drogi. Kiedy auto cofało, nigdy nie obracała głowy - obserwowała manewr we wstecznym lusterku. Jeden, jedyny raz pozwoliła sobie spać na tylnym siedzeniu z głowa zwisającą aż do podłogi. Tak wyglądał powrót do domu z dwutygodniowej włóczęgi po południowo-wschodniej części kraju.

Uwielbiała też ryby. Szczenięciem jeszcze będąc podprowadziła swemu panu małego okonka i… tak już pozostało. Kiedy zmęczyła się kopaniem przydreptywała nad brzeg wody, gdzie wędkował B. Uważnie obserwowała spławik, a potem… każde z nich ciągnęło zdobycz w swoją stronę. Nie ustępowała, dopóki nie dostała jednej do zjedzenia. Potrafiła wyciągnąć sobie na brzeg siatkę z rybami. Taka była z niej cwaniara.

Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

W kwestii domowego zwierzyńca słów kilka

wtorek, 28 grudnia 2010 17:33

Nie posiadamy już takowego… niestety… owsikowa natura trochę to uniemożliwia. Od czasu, kiedy Kama Parkowa Góra przeniosła się do Krainy Wiecznych Łowów, żaden czworonóg nie biega już na stałe po domu. Na drzwiach wejściowych pozostała pamiątkowa tabliczka „Uwaga zły pies”. Gościnnie bywają zwierzęta wszelakie, ale to już inna historia.


Pierwszym ogoniastym stworem w naszych czterech ścianach był biały chomik nazwany przez małoletnie Latorośle Siwakiem. Początkowo miał być Albinem (od albinosa), ale dzieciaki szybko go przechrzciły i raczej nie ma w tym nic dziwnego – były to czasy, kiedy na ekranach telewizora królował... Albin Siwak.


Siwakowi zakupiliśmy do towarzystwa Matyldę i w krótkim czasie dorobiliśmy się przykładnego chomiczego stadła. Dla powiększającej się rodzinki B. zmajstrował z pleksi ogromniaste ni to terrarium, ni to akwarium. Wewnątrz urządził sektory mieszkalne (z większych słoików), toaletowe (z malutkich słoiczków) i zabawowe (karuzelki i pudełka). Latorośle przesiadywały przed przezroczystą budowlą, wpatrując się w nią niczym współczesne maluchy w ekran komputera.

Któregoś wieczora Matylda postanowiła wyprowadzić swoje pociechy na spacer i żadne z nich już nie wróciło. Drogę do wolności znalazły za kartonową ścianą w toalecie – przepaść w dół sięgała 9 pięter. Pojęcia nie mam, czy udało im się zejść po rurach do któregoś z sąsiadów, czy zwyczajnie spadły. Nikt nie zgłaszał pojawienia się znikąd chomików. Może zresztą wzięto je za myszy… Zrozpaczonemu Albinowi pewnie serce pękło. Krótko później został zakopany pod pięknym krzaczkiem w pobliskim parku.


Zanim nastały czasy Kamy Parkowej Góry, był jeszcze czas białych myszek (w żaden sposób nie kojarzony z alkoholem) i czas niezwykle inteligentnego szczura. A może szczur był nieco później? – nie pamiętam już dokładnie, podobnie, jak nie pamiętam imion tych gryzoni.

Równolegle z Kamiszonem (w porywach nazywanym Franciszką, bo „franca” brzmiało zbyt plebejsko i wulgarnie w stosunku do panienki z papierami), razem z nami pomieszkiwały –

- papużka falista o imieniu Lucky (leciwa była i szybko opuściła ten padół),

Photobucket

- czerwony bojownik, którego imienia nie pamiętam. B. otrzymał go (razem z akwarium) na urodziny. Bojownik odszedł od nas szybko, za to z szerokim uśmiechem na rybich usteczkach (tak przynajmniej twierdził jego pan). Odszedł był z przeżarcia…

- czubaty papug-rozbójnik o imieniu Koko. Tego osobnika musieliśmy oddać w dobre ręce, tzn. do domu, w którym nie byłby skazany na wielogodzinną samotność. Z chwilą, kiedy nasze Latorośle opuściły gniazdo, zaczął wyskubywać sobie pióra. Z tęsknoty. Głównie za Córą naszą, w której był bezgranicznie zakochany.


Warto też wspomnieć gadającą falistą papużkę o imieniu Ami (od amigo). Był to niebieski maluch z solidną klaustrofobią, którym B. uszczęśliwił kiedyś własnego Teścia. Maleństwo za nic nie pozwalało wsadzić się do klatki. Wyjątek robiło jedynie wieczorem, bo wtedy szło spać, ale i tak klatka musiała mieć otwarte drzwiczki. Inaczej usiłował za wszelką cenę przecisnąć się między prętami. Podróżował po domu przesiadując na ramieniu lub dłoni mojej Mamy, a ta cały czas do niego mówiła. Tata-globtroter większość czasu spędzał w rozjazdach, mamę uziemiła choroba babci Nadziei, która przez wiele lat borykała się z Alzheimerem.

 

Ami był prawdziwą rozrywką i domową maskotką. Ni z tego, ni z owego zaczął powtarzać zasłyszane zwroty. Początkowo cichutko, niczym nagranie magnetofonowe, odtwarzał maminym głosem pojedyncze wyrazy. Potem kojarzył już chyba niektóre zwroty z osobami i pewnymi rytuałami… i tak – do mnie (nawet przez telefon) mawiał serduszko moje, do osobistego mojego małżonka – Bodzio, Bodzio ptaszku mój malutki, a kiedy był senny, siadał na dłoni swojej pani, przekrzywiał łepek i meldował: cibajkę. Z czego wzięła się cibajka? Z powtarzania mu przed umieszczeniem w klatce: „chodź, opowiem ci bajkę…”

 Pod oknami mieszkania moich rodziców był postój taxi. Taryfiarze doskonale znali niebieskiego malucha, toteż kiedy zobaczyli, jak wróble atakują w pobliskich krzakach błękitnopiórego ptaszka, odgonili łobuziaków, a nieszczęśnika odnieśli pod właściwy adres. I tak Ami zyskał towarzyszkę życia, którą nazwano Buba. Śmialiśmy się, że przywieziono mu dziewczynę na telefon.


Buba otrzymała własną klatkę. Bała się z niej wylatywać (może pamiętała zmasowany atak wróbli?). Ami adorował ją z daleka, a ona straszliwie stękając znosiła mu co jakiś czas (olbrzymie jak na tak małą istotkę) jajka. Wyraźnie cierpiała…


 Nauczony Bubowym doświadczeniem Amigo bardzo szybko zaczął powtarzać własne imię i nazwisko ( użyczone mu przez moich rodziców) oraz adres zamieszkania. Nauczył go tego mój tata - na wypadek, gdyby papużce przyszło do głowy wylecieć latem poza bezpieczny dom. Ptaszek chyba w ogóle myślał, że jest człowiekiem. Uwielbiał piwo, szampana i kawę. Spacerując kiedyś po podłodze doznał poważnej kontuzji - podeptany został przez tatową nieuwagę (i nogę). Weterynarz chciał go uśpić, ale oburzony Tata (…a gdyby pan miał złamaną nogę, też kazałby się uśpić?!) zabrał ptaszeczka do domu, łapkę usztywnił i… Ami z jedną nieco koślawo zrośniętą nóżką skakał sobie wesoło jeszcze przez kilka lat…

Jamniczka czarna podpalana i nimfa z pięknie wymalowanym policzkami zasługują na całkiem osobną historię.

Photobucket Opowiem ją niebawem.


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Choinkowych historyjek ciąg dalszy

poniedziałek, 27 grudnia 2010 19:11

Przez moje dzieciństwo przewijał się kot Bimbek. Pręgowany dachowiec miał włóczęgowskie zapędy (zupełnie jak reszta rodziny) i nielichą  fantazję. Potrafił zasadzić się na piecu, a kiedy rozgrzane kafle zbyt przygrzały mu futro, na łeb na szyję skakał w dół nie zwracając uwagi na dogodne lądowisko. Kot podobno siedem żyć posiada, ale ten z nas, kto właśnie wygrzewał sobie plecy o przyjaźnie ciepły piec - nie raz, nie dwa o mało na zawał nie zszedł. Zwłaszcza, kiedy siedziało się właśnie na niskim stołeczku z rozłożystą gazetą w ręce. Trójkolorowy pocisk przerywał gwałtownie gazetową płachtę i z donośnym jazgotem oddalał się do drugiego pomieszczenia…


Z powyższych powodów uznaliśmy z Bratem, że na domowym stanie posiadamy kota latającego. Tym łatwiej przyszło nam zwalić na niego winę za stłuczony kinkiet, przytwierdzony do najbardziej odległej od pieca ściany. Dziecięca wyobraźnia wyłącza się przecież podczas gry w piłkę, ale już podczas uzgadniania winnego skutków tej gry pracuje na całego.


Wiele ciekawych przygód miało nasze kocisko (a my z nim), ale nie pamiętam, by szczególnie interesowało się choinką. Pewnie żadnych spektakularnych zachowań Bimbkowych w stosunku do Drzewka po prostu nie było, jednak o uroczym sierściuchu naszego Wnuka powiedzieć już tego nie można.

 Od paru lat zjeżdża do nas na święta piękny bielas z niewielką domieszką czarnych łat. Właściciela tego futerka, z racji psotnego charakteru nazwano Momentem. Momentalnie potrafi płatać psikusy i równie momentalnie znikać. Z Panem naszego Domu ma na pieńku od czasu, kiedy skacząc z jednej witrynki na drugą, zahaczył po drodze wazon i wylał z niego wodę prosto… na telewizor. Wprawdzie dzięki temu kupiliśmy wreszcie nowe telepatrzydło, ale od tego zdarzenia Moment i mój Mąż traktują się z…ostrożnym szacunkiem, czyli ten mniejszy schodzi z drogi większemu. Niepisany Regulamin Dużego Pokoju zakazuje czworonogowi wstępu do tego pomieszczenia. Działa to w zabawny sposób. Moment rozpędza się i… zatrzymuje w progu, zupełnie, jakby wyczuwał tam niewidzialne, anty-kocie pole siłowe.


 Mieszkanko mamy niezbyt duże, więc nie ma się co dziwić, że we wspomnianym już największym pokoju miejsce Drzewka jest… na telewizorze. Jest to miejsce tak tradycyjne, że nawet już nie próbujemy tego zmienić. Domowe zwierzęta (jamniczka Kama i papug Koko) traktowały je zawsze jako naturalny element wyposażenia wnętrz, ale Moment jest o wiele bardziej ciekawski. Zeszłoroczne dyndadełko na szczycie picasowskiej choinki wyzwoliło w nim naturę Kota Świątecznego.

dyndadelko

 Kot Świąteczny bynajmniej sympatyczny nie jest. Pochodzi z islandzkich legend i należy do Wiedźmy Świątecznej o imieniu Grýla. Wiedźmisko przemieszcza się po świecie w poszukiwaniu niegrzecznych dzieci, a futrzak pilnuje przestrzegania zwyczajów tej wyspy, zgodnie, z którymi podczas Świąt każdy powinien mieć na sobie coś nowego. Zapominalskim (znaczy nie spełniającym tego warunku) grozi pożarcie przez pozostającego na usługach Grýli Świątecznego Zwierza.


Małżonek dba o tradycje (nie tylko świąteczne i nie tylko nasze) – w ubiegłym roku miał na sobie całkiem nowe szwy po drobnych zabiegach chirurgicznych, a w tym postarał się o całkiem nowe dziurki po laparoskopii. Nadmiarem grzeczności chyba jednak nie grzeszył, skoro w Momenta wstąpił Kot Świąteczny i każdego ranka (ignorując bezczelnie całkowity zakaz wchodzenia do dużego pokoju), kocisko lądowało na brzuchu śpiącego Pana Domu. Kończyło się to zazwyczaj koncertowym wrzaskiem w wykonaniu obu i takim hałasem, że wszyscy domownicy zrywali się na równe nogi. Jeśli Moment chciał pożreć lub porwać B., to zabierał się do tego bardzo nieumiejętnie.


Po świętach życie wróciło do normy – ani chybi Grýla wraz ze swoim pomocnikiem udała się do swej islandzkiej ojczyzny, bo naszemu poczciwemu kocisku przeszła ochota upodabniania się do dzikiej, złośliwej bestii. Siadywał sobie na parapecie i tęsknym wzrokiem spoglądał w dal… byle do następnych świąt!

Photobucket

 W tym roku ostrzeżenie nadeszło jeszcze przed Wigilią. Przysłała je Latorośl Starsza (kto zna kota Simona, będzie wiedział o co chodzi), abyśmy zawczasu zapoznali się z możliwymi skutkami nieprzestrzegania wspominanego wyżej Regulaminu. Jeśli Kot Świąteczny ponownie nawiedzi Momenta, powinniśmy być gotowi na wszystko.


 Udało się jednak bez ekscesów. Kot wykazał umiarkowane zainteresowanie Drzewkiem. Może dlatego, że w tym roku zamiast dyndadełka ma ono na czubku anielską czapeczkę, a pod nią zwis męski dekoracyjny w postaci wywiązanej w kokardę wstążki okolonej szyszkami…

Photobucket


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

jak najdalej od stołu

niedziela, 26 grudnia 2010 22:42

 

... taka mała świąteczna tradycja :-D

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Photobucket Photobucket Photobucket

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

... oj działo się, działo...


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 927  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207927
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2441 dni

Lubię to