Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 126 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Sylwester nietypowy :)))))))))))))))))))

sobota, 31 grudnia 2011 15:02

Właściwie wszystkie nasze Sylwestry są nietypowe, ponieważ rzadko spędzamy je w domu. Na prawdziwym balu byliśmy chyba tylko jeden raz. Bal zresztą wrył mi się w pamięć jedynie z dwóch powodów. Po pierwsze podawano na nim przeterminowanego szampana (nawiasem mówiąc pysznego – i to właśnie wtedy go polubiłam), a po drugie – jeszcze po południu dnia następnego bolały mnie wszystkie mięśnie. Zdecydowanie preferuję sylwestrowanie włóczęgowskie. Co nam z tego wyjdzie dzisiaj… zobaczymy… początek dnia w każdym razie był jedyny w swoim rodzaju. A było tak…

 

Pobudka około ósmej rano. Przed 9.00 powinnam być już w szpitalu, żeby nakarmić mamę, więc szybka kawa, jogurcik ze śmieciami i można lecieć. Tzn. takie były plany. Życie zawołało: Hola! Nie tak szybko!

 

Kawa z „teleekspresu” wyszła (właściwie wyleciała) jakaś dziwna. Nie sądziłam, że można spartaczyć tak prostą czynność. Czarny jak noc płyn w żaden sposób nie dawał się rozbielić, chociaż wlałam weń całkiem sporo mleka. Mało tego, w kubeczkach pojawiła się gruba warstwa niezbyt apetycznego twarożku. Jakie licho? Jeszcze nigdy nie zważyła mi się kawa przygotowywana w ekspresie. Jakim cudem? Przecież mleko świeże (na wszelki wypadek sprawdziłam).

 

No cóż… ostatni dzień tego dziwnego roku postanowił spłatać figla, to niech mu będzie. Postanowiłam nie deliberować dłużej, kawę zaparzyć ponownie i gnać do szpitala.

No i co się okazało? W momencie przechylania butelki z wodą nad „teleekspresowym”  zbiornikiem zauważyłam, że coś z nią nie tak. Jakaś gęsta, żółtawa, lekko mętna… Ki czort?

Nagle olśnienie.

Cytrynówka! Bodkowa popisowa nalewka zimowa!

No… tego jeszcze nie było… kawa zaparzana rozgrzaną cytrynówką… to dlatego mleko się ścięło! Podobno kawa z cytryną dobra jest na kaca…

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że cytrynówka znajdowała się w plastikowej, pięciolitrowej butli po wodzie mineralnej.

:-D

Na szpitalną porę śniadaniową zdążyliśmy. Po powrocie do domu Bodzianek płukał machinę przez bite parę godzin. Spora ilość miodu dodana do rzeczonej nalewki szczelnie oblepiła grzałkę. Mało tego – miód przypalił się na niej do tego stopnia, że przepluta przez „teleekspresowe” rureczki woda, miała barwę najprawdziwszej kawy. Myślałam, że konieczna będzie wyprawa do sklepu po machinę nowej generacji, ale mój Pomysłowy Dobromir reanimował w końcu urządzenie i właśnie pijemy pierwszą, eksperymentalną, aromatyczną kawusię.

 

Kolejna nietypowość tegorocznego Sylwestra to… łany stokrotek na trawniku. Najnowsze rankingi grzybiarskie mówią natomiast o wysypie kurek i zielonek w lubuskich lasach. Jest ich więcej niż w niezwykle u nas suchym październiku i listopadzie. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Z rzeczy przyziemnych: przedłużono mi wczoraj L4. Skoro ZUS uznał, że konieczna mi dalsza rehabilitacja, ortopeda nie chciał się wychylać. Pozostaje tylko cierpliwie czekać na termin.

 

Na zakończenie dzisiejszych sensacji chwila wyciszenia, czyli wiersz Jerzego Gąsiorka zwanego Gąsiorem – jednego z moich ulubionych poetów lubuskich

 

Przed nami Nowy Rok

czy aby cały

Bóg nam zaplanował

nadzieję życzenia

co jest nam pisane

co zdarzyć się może

co zebrać zdołamy

czego  a n i   r d z a

a n i   m ó l

 

 

DOSIEGO ROKU! Niech się darzy! Niech się szczęści! Niech będzie lepszy! 

 

 

Photobucket

 

 

A moja kawa cytrynowa właśnie przesącza się do butelki. Ciekawe, jak będzie smakować? Podobno z takich eksperymentów powstają istne delicje.

Jedna z naszych przyjaciółek zaczynia wprawdzie nalewkę cytrynową z dodatkiem kawowych ziaren, ale mleka chyba nie dodaje…;-)

 

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Trudne święta

wtorek, 27 grudnia 2011 10:22

Włóczęgowską tradycją mojej rodziny jest spędzanie Świąt (zarówno Bożonarodzeniowych, jak i Wielkanocnych) nie przy stole, a w plenerze. Robiliśmy tak od kiedy tylko pamiętam. W drugi świąteczny dzionek opuszczaliśmy domowe zacisze i to bez względu na pogodę. Zawsze istniała szansa, że tam, dokąd się udamy, pogoda będzie o niebo lepsza. Zawsze się sprawdzało.

 

Ubiegły rok to bożonarodzeniowy kulig (warunki odpowiednie były już od listopada), jajkiem wielkanocnym dzieliliśmy się swego czasu w rezerwacie Długogóry (zeszłoroczne bitwy jajeczne na pozostałościach duńskiego zamczyska urządziliśmy).

 

Tradycji stało się zadość i w tym roku. Już pierwszy dzień dostarczył nam tylu podróżniczych wrażeń, co żaden dotychczasowy. Po wigilijnych przeżyciach mama zapadła w tak dziwny stan, że przez ponad pół dnia nie udało nam się jej dobudzić. Wezwane pogotowie stwierdziło już na wstępie, że to sprawa nie ich, tylko lekarza rodzinnego, ale skoro przyjechali, to obdukcji dokonali. Z rozpoznaniem zapalenia płuc i skrajnego odwodnienia zabrali mamę na oddział ratunkowy.

 

Podróżowała bidulka cały wieczór (a my za nią) – najpierw oddział ratunkowy, potem neurologiczny, potem wewnętrzny, potem znów ratunkowy (dodatkowe badania) i ponownie wewnętrzny. Wiedzieliśmy, że po ostatnim pobycie na oddziale udarowym potwornie boi się wszelkich szpitali, ale to miejsce wydawało się zupełnie inne – przyjazne, ciepłe, ludzkie. Lekarz dyżurny kojącym głosem wyjaśnił konieczność dodatkowych badań (zdziwiwszy się przy okazji, że nikt ich do tej pory nie zlecał przy tak skrajnym wycieńczeniu pacjentki). Opieka poradni specjalistycznych jest w świetle tego dość złudna, bo tak naprawdę to każdy tylko odbębniał wypisanie leków bez głębszego zainteresowania się, czy przypadkiem nie przynoszą więcej szkody niż pożytku.

 

Wstępna diagnoza jest poważna i rokowania bardzo byle jakie, ale mama na przekór wszystkiemu odżyła. Wczoraj można z nią było nawet porozmawiać (właściwie po raz pierwszy od jakiegoś czasu). Jak widać samo nawodnienie przyniosło już pewien efekt. I jak tu nie mieć żalu do tzw. podstawowej służby zdrowia? 

 


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

przedświątecznie

czwartek, 22 grudnia 2011 11:15

 

Photobucket

Wszystkim zaglądającym tu systematycznie, ale także gościom przelatującym jak meteory dedykuję przedświątecznie piękny wiersz Adama Korzeniowskiego

 

Niech światło gwiazdy

Cię poprowadzi

Na drugą stronę

W tę noc grudniową

Niech Cię oświetli,

Ogrzeje blaskiem

I doda wiary

Gdy idziesz drogą

Wśród kłamstw, obłudy,

Płaczu, cierpienia,

Nędzy i głodu i upodlenia,

Złudnych rozkoszy,

Obłędu wojny,

Śmiertelnych chorób,

Bezmyślnych zbrodni.

Niech Cię otoczy

Swym ciepłym blaskiem,

Niech Cię ochrania

Aurą tęczową

I niech tą drogą

Którą wędrujesz

Miłość podąża

Tuż tuż za Tobą

 

Tak się jakoś porobiło, że moje ulubione dotychczas pisanie schowało się w ciemnym kąciku. Obraziło się na mnie czy co? Odwróciło się plecami i gra ukradkiem na nosie. Słowa do głowy przychodzą, ale zapisać się już nie dają. Pewnie za dużo ich tam na raz. Żadne nie chce ustąpić miejsca następnemu i wychodzi galimatias. Mam nadzieję, że w końcu nad nimi zapanuję i wtedy pojawią się kolejne gawędy.

Na razie nie chcą się układać.

 

A życie?

Toczy się dalej.

 

Po pierwsze - Moja rekonwalescencja pomału dobiega końca. Bardzo chciałam wrócić do firmy tuż po Nowym Roku, a teraz mam dylemat. Po kontroli zwolnienia zakwalifikowano mnie na zusowską, trzytygodniową rehabilitację. Ciągle jeszcze nie mam terminu jej rozpoczęcia – i jak tu kończyć L4? Z jednej strony niby nadaję się do pracy, a z drugiej jeszcze nie… pażywiom… uwidim… Lekarz wprawdzie od razu chciał dać mi dłuższe zwolnienie, ale uparłam się jak osioł, że nie potrzeba.

 

Po drugie – Przygotowania do Świąt w toku (jak u wszystkich). Nasze w tym roku będą zupełnie inne niż dotychczas, w związku z czym ustawicznie się do nich przymierzam – to z jednej, a to z drugiej strony i póki co, niewiele z tego wychodzi. Mama coraz mniejsza, cichsza, ale jest i będzie w jakiś-tam sposób obecna. Nie mogą natomiast przyjechać Księżniczki Duńskie. Takie życie.

 

Po trzecie – Choinkę mamy tradycyjnie wieloczubkową. Zawsze ubieraliśmy ją w Wigilię, ale tym razem stoi patriotyczna, biało-czerwona już od przedwczoraj. Czubków ma z osiem, a gałązki powykręcane niczym reumatyzmem. Właściwie to nie wiem, dlaczego taką kupiliśmy. Chyba z sentymentu dla odmieńców. Nawet ładna była… do czasu, aż Bodzianek nie zaczął dopasowywać jej do stojaka. To, co najfajniejsze zostało odcięte i pozostał dylemat, co zrobić z tym, co pozostało. Wyrzucić jednak żal. Obawialiśmy się, że nawet lampki się na tym nie zmieszczą, jakoś jednak udało się je wcisnąć, tylko… miejsca na bombki jakby zabrakło. Nie poddałam się. Utknęłam na gałązkach wnuczkowe (podpisane ich imionami) bombki i trochę czerwonych jabłuszek oraz kokardek. Efekt? Jak cię mogę… Zwłaszcza, kiedy świecą lampki.

 

Po czwarte – jestem pod wrażeniem Jasełek przedstawianych wczoraj w Gabrysiowej szkole. Specjalnie pojechałam na nie do Poznania. Popatrzcie, jak dzieciaki ślicznie wyglądały


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Po piąte  - Kot świąteczny (opisany przez mnie w grudniu ubiegłego roku http://bakhitaa.bloog.pl/id,328416278,title,Choinkowych-historyjek-ciag-dalszy,index.html) już przyjechał. Przywieźliśmy go wczoraj razem z bambetlami należącymi do jego właścicieli. Reszta Momentowej rodziny dojedzie dzisiejszym popołudniem, po szkolnej Wigilii.

 

Po szóste – czas mnie goni. Dzisiaj kolejna wizyta u Maminego nefrologa. Pół dnia zniknie, jak nic.

 

Dziękuję Wam Wszystkim za troskę i życzenia. Postaram się zebrać w ryzy te moje gawędy i może wreszcie zacznę je znów spisywać.

 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Chyba rozgryzłam całą tę reformę emerytalną

piątek, 09 grudnia 2011 0:04

Zdaje się, że wiem, do czego zmierza.

Kiedy - lata temu – moja mama odchodziła na tzw. wcześniejszą emeryturę, była naprawdę schorowana. Choć świadczenia miała głodowe, mogła się leczyć, ponieważ tata pracował nadal (zrezygnował z tego dopiero po 50 latach w jednym zakładzie). No i udało się. Żyje sobie mama na tej emeryturze do dziś (choć od dwóch lat już sama, za to na o wiele wyższej rencie rodzinnej po tacie).

 

Mama to solidny, przedwojenny materiał.

Myślałam, że to dobrze, ale niestety… budżetowi ZUSu (i państwa) tacy obywatele odbijają się czkawką.

Tata zawsze powtarzał, że na kredyt żyje, ponieważ nikt w emerytalnych wyliczeniach nie kalkulował tak długiego wypłacania świadczeń.

Porządny obywatel powinien przejść na tę emeryturę i… zejść (z tego świata oczywiście), a nie naciągać państwo na wydatki przez lat kilkanaście albo i kilkadzieścia (-dzieści, -dziesiąt)…

 

Kiedy mama – także lata temu – mawiała, że starych ludzi nie chcą leczyć, nie bardzo w to wierzyłam. Życie zweryfikowało moje poglądy. Muszę rzec, że … jak zwykle…

 

Dopóki kulitała się o własnych siłach było jako-tako. O przeżyciach, jakie były naszym udziałem podczas niedawnej wizyty w specjalistycznej poradni już pisałam. Od tej pory zmieniło się wiele. Na gorsze.

 

Mama już nie wstaje, nawet nie siada. Do tego (choć z trudem) zdążyliśmy się przyzwyczaić. Kiedy zaczęła kaszleć i uskarżać się na dotkliwy ból ręki, podjęliśmy próby wezwania lekarza do domu. I tu zaczęły się schody. „Rodzinny” też człowiek – rozchorował się. Panie rejestratorki natomiast stosowały dziwną technikę zapisów. Wysyłały do zastępującego go medyka z poleceniem wypytania, czy zgodzi się przyjąć wizytę domową. Ten konsekwentnie wymigiwał się, proponując wypisanie zaocznie antybiotyku. Mur nie do przeskoczenia. A mamie coraz gorzej

 

Zdesperowana udałam się do hospicjum z prośbą o objęcie mamy opieką domową. Jest schorowana, wyniszczona, waży już grubo poniżej 40 kg i chyba tylko siłą woli trzyma się tego padołu nieszczęść, ale dla hospicjum to za mało. Żadne z jej rozlicznych schorzeń nie zostało w placówce zakontraktowane przez NFZ . Prosiłam tylko o wizytę lekarską (raz na jakiś czas) i możliwość skorzystania z usług pielęgniarki bez konieczności wystawiania odrębnego zlecenia na każdą czynność. Sama boję się już robić jej zastrzyki…

- Nie możemy nic zrobić – usłyszałam – Musi być pani bardziej stanowcza. Enefzetem postraszyć. W przychodni nie mają prawa odmówić.

 

Rozsierdzona mamina opiekunka zrugała dzisiejszego ranka najpierw panią rejestratorkę (strasząc przy okazji zgodnie z wczorajszą podpowiedzią), potem ociągającego się doktora. Dopięła swego. Zgodził się przyjść. Czekałyśmy wprawdzie niemożliwie długo, ale skutecznie.

 

W rezultacie lekarz stwierdził, że wywalczona wizyta była uzasadniona i bardzo konieczna, a on, gdyby tylko wiedział jak sprawy stoją, przyszedłby już wcześniej. Ukłonił się nisko przed stanowczością opiekunki i przeprosił za dziwne praktyki w rejestracji.

Pięknie… tylko dlaczego nie mogę pozbyć się wrażenia, że stary, schorowany człowiek jest dla pewnych instytucji jak – przepraszam za kolokwializm - wrzód na tyłku?

Powinien cierpieć w milczeniu i nie domagać się żadnych świadczeń.

I w ogóle jak śmie żądać czegokolwiek?

Przecież już żyje na kredyt.

ZUS i NFZ miały przecież względem niego całkiem inne plany…

 

 

Sylwio... dziękuję serce

 

Ufffff… musiałam się wygadać…


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

sentymentalnej wycieczki część druga - może nie ostatnia :)

wtorek, 06 grudnia 2011 10:15

Stare Renice (nawet przystanek PKS w pobliżu pałacu nosi taką nazwę) mają duszę.

Ta część wsi integralnie związana jest z jeziorem Renickim. Polodowcowy akwen ma typowy, wydłużony kształt, który ktoś kiedyś bardzo trafnie nazwał rynnowym. Pałac ulokowano bardzo blisko jego północnego brzegu. Kiedyś bujnie kwitło nad nim życie towarzyskie. Centralne miejsce zajmowała plaża z Badehausem, czyli domem kąpielowym pełnym specjalnych kabin do przebierania się. Obok był duży pomost z balustradami, mniejszy pomost dla wędkarzy, przystań dla łódek, domek dla łabędzi. Dziś trudno to sobie wyobrazić, choć ciągle zobaczymy tu relikt plaży i mikropomościk, a nawet miejsce na ognisko i tajemniczą budowlę nad brzegiem (może był tu magazyn łodzi?). Jezioro nadal wygląda pięknie, a ryby tamtejsze smakują nieziemsko (domowy moczykij lubił tu łowić). Atutem są prowadzące doń zadbane parkowe aleje.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

W pobliżu akwenu wybudowano cudnej urody wieżę wodociągową. Aż dziw, że z okienka pod krenelażem nie wychyla się Złotowłosa z długaśnym warkoczem.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Dwa kroki od niej stoi sobie domek przytulony do prowadzącej nad jezioro ozdobnej bramy. Może kiedyś mieszkał w nim ogrodnik? W każdym razie domek (nie wiem dlaczego) wywołuje we mnie anglosaskie skojarzenia.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Spośród pobliskich zabudowań gospodarczych rzuca się w oczy przede wszystkim… czworokątny kurnik z gołębnikiem na dachu. Nie chcąc plątać się po prywatnych posesjach fotografowałam go z daleka, ale może kiedyś podejdę bliżej.

 

Photobucket Photobucket

 

Na wprost bocznego wejścia do pałacu, na niewielkim wzniesieniu stoi skromny, barokowo-klasycystyczny kościółek. Wybudowano go w XVII w. na o wiele starszej (niemal 300 lat) świątyni. Odrestaurowany za czasów Oppenheimów, dziś uśmiecha się o kolejny remont. Ma fajną wieżę zwieńczoną drewnianą latarnią. Pod latarnią umieszczono dla ozdoby cztery stylizowane tarcze zegarowe skierowane w cztery strony świata. Choć do złudzenia przypominają oryginalne czasomierze, są tylko dekoracją.

 

Photobucket  Photobucket Photobucket

 

Tuż za świątynią był kiedyś ewangelicki cmentarz. Dzisiaj przypomina o nim kaplica z początku XX wieku ozdobiona wspaniałą mozaiką – piękną, ale jakoś mało pasującą mi do protestantyzmu. Bardziej chyba kojarzy się z prawosławnymi ikonami, ale oko… naprawdę przyciąga.

Z boku kaplicy urządzono dodatkowo  niewielkie lapidarium.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Do kościoła – póki co – nie weszliśmy. Mamy to w planie na tzw.”zaś”.

Sentymenty nie pozwolą przecież o tym miejscu zapomnieć. Gdyby - lata temu - panamężowa mama zgodziła się zamieszkać tu razem z mężem, pewnie któryś z okolicznych domów przyciągałby nas jeszcze bardziej... ale właściwie... dzięki teściowej mamy więcej miejsc na ziemi wypełnionych wspomnieniami.

Zobaczcie, jak tu pięknie

 

Photobucket  Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

wtorek, 24 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 121  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214121
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2532 dni

Lubię to