Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Szczęśliwej Trzynastki

poniedziałek, 31 grudnia 2012 9:54


Koniec świata po raz kolejny ominął nas szerokim łukiem.
Nadchodzi Wielka Trzynastka.

Skoro „trzynastego nawet w grudniu jest wiosna”,
więc niechaj  
szczęści się Wam przez rok cały…
i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej

 

 


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

...desinit in piscem (mulier formosa superne)... czyli rzecz o syrenach

niedziela, 30 grudnia 2012 14:36

Syreny – mityczne femme fatale najpierw były kobieto-ptakami (pół na pół oczywiście) – z okazałymi skrzydłami i wielkim, kształtnym biustem. Myślę, że bardziej jednak utożsamiamy je z cudnej urody półdamą-półrybą. Wiemy też, że niebiańsko wprost śpiewały…  mimo to, w konkursie wokalnym przegrały z Muzami. To wtedy miały stracić piórka, ale kiedy urosły im ogony?

 

Ponoć żyły gdzieś także syreno-chłopy… caluchne gęsto owłosione, raczej mało umuzykalnione, za to złośliwe jak rzadko kto… siadywały grupowo na burcie statku obciążając ją do tego stopnia, że przechylał się i szedł pod wodę. Stwory te nazwano trytonami.

 

Syreny działają na wyobraźnię. Nic dziwnego, że spisano sporo podań i legend z nimi właśnie w roli głównej. Spotykamy je na obrazach, płaskorzeźbach, postumentach… Bez wątpienia do najbardziej znanych  należą dwie -  syrenka kopenhaska i warszawska. Choć tak różne od siebie, ponoć są siostrami. Ta starsza – via Gdańsk - przypłynęła do polskiej stolicy, młodsza – przycupnęła na kopenhaskim głazie. Obie są oblegane przez turystów.

 

W Warszawie pewnie można pokusić się o wytyczenie szlaku turystycznego „Miejskie Syrenki”. Ciekawe ile ich jest? Kilkanaście? Kilkadziesiąt?

 

Photobucket Photobucket

 

 

W Kopenhadze spotkaliśmy na razie cztery:
- pierwszą w ogrodzie polskiej ambasady. Urodę ma niebanalną ;-(

Photobucket

 

- druga przycupnęła w ogrodzie browaru Calsberga. To model  siedzącej w porcie Den Lille Havfrue – wykonanej na zamówienie Carla Jakobsa (syn założyciela browaru, wielki miłośnik i propagator sztuki) 

 

Photobucket 

 

- trzecia to właśnie jeden z symboli Kopenhagi- bohaterka baśni Andersena

 

Photobucket

 

 - a czwartą po prostu wyrzuciło morze pewnego sierpniowego popołudnia

 

Photobucket 

 

Znaleźliśmy jeszcze pięknego młodzieńca w hamletowskim Elsinorze. Postawą przypomina kopenhaską Syrenkę, ale rybich „dołów” nie posiada… owłosienia także… jeżeli to tryton, to solidnie  zmutowany  :-D

 

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Kiedy gwiazda herrnhucka rozświetla mrok…

czwartek, 20 grudnia 2012 22:10

Kiedy? - oczywiście w Adwencie.

Skąd się wzięła jej idea? - z Ewangelii wg św. Mateusza, gdzie wyraźnie napisano:

„Widzieliśmy gwiazdę Jego na Wschodzie i przyszliśmy oddać Mu pokłon” (2b)

 

Jej religijna rola zakłada, że w całym okresie Bożego Narodzenia wskazywać ma prościuteńką drogę do Jezusa, ale – żeby nie było tak łatwo – przydzielono jej także rolę dekoracyjną. 

 

Photobucket

 

 

Gwiazda – jako ozdoba oczywiście - nie jest już najmłodsza. Liczy sobie z górą 180 lat. Narodziła się w 1830 r. w górnołużyckim (a jednocześnie wschodniosaksońskim) miasteczku Niesky.

A było z nią tak:

 

Hmmm… wypadałoby od króla Ćwieczka zacząć, czyli od Jednoty Braci Czeskich, zwanych także Braćmi Morawskimi. To od nich wywodzi się założona w pierwszej połowie XVIII w. Herrnhucka Jednota Braterska, która bardzo szybko i ze sporym rozmachem zaczęła prowadzić prace misyjne.

 

Kiedy herrnuccy rodzice nieśli Słowo Boże, ich pociechy spędzały czas w szkołach z internatem i… wcale się tam nie nudziły :) Nie posiadając telepatrzydeł, x-boxów ani komputerów radziły sobie w inny sposób. Jednym z nich była adwentowa „produkcja” ozdobnych gwiazdek. Najpierwszą wymyślił nauczyciel matematyki ze wspomnianego już miasteczka Niesky.

 

Skleił ją z tektury i papieru i powiesił w klasie. Była tak ładna, tak bardzo kojarząca się z gwiazdą betlejemską, że szybko stała się niezwykle popularną dekoracją adwentową i bożonarodzeniową. Jest nią do dziś - zwłaszcza w Niemczech i Ameryce.

 

Ciągle ulepszaną „konstrukcję” opatentowano w 1925 r. W Herrnhut (w Niemczech) powstała manufaktura produkująca gwiazdy w różnych kolorach i rozmiarach. Nadal powstaje ich tam rocznie ok. 250 tys. i to w 60 różnych wariantach. Można kupić pojedynczą, niedużą za kilka euro, ale też cały łańcuch–sznur za kilkaset. Dostępne są papierowe (ciągle produkowane ręcznie) i plastikowe, a nawet świecące :)

 

Tradycyjna (ta opatentowana) herrnucka gwiazda przypomina jeża – jest 25 ramienna i  można ją wykonać własnoręcznie. Potrzebny jest tylko szablon, a o taki w internecie nietrudno.

 

Opromienieni blaskiem gwiazdy betlejemsko-herrnhucko-morawskiej czekamy już na święta :)

 

Świeciła gwiazda na niebie

srebrna i staroświecka.

Świeciła wigilijnie,

każdy ją zna od dziecka.

Zwisały z niej z wysoka

długie, błyszczące promienie,

a każdy promień – to było

jedno świąteczne życzenie.

I przyszli – nie magowie

już trochę podstarzali –

lecz wiejscy kolędnicy,

zwyczajni chłopcy mali.

Chwycili w garść promienie,

trzymając z całej siły.

I teraz w tym rzecz cała,

by się życzenia spełniły.
(Leopold Staff – Gwiazda)

 

Wszystkiego Dobrego Świątecznego!

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

migawka z Arabowszczyzny

czwartek, 13 grudnia 2012 21:50

 

12-12-12… piękna data… chociaż… ja właściwie preferuję trzynastki.

Niestety daty 13-13-13 nawet najbardziej ekstrawaganckie kalendarze nie przewidują ;-)

 

Wczorajsze obowiązki służbowe wyssały ze mnie wszelką energię i zwyczajnie padłam na twarz. Zaplanowany wpis okolicznościowy padł razem ze mną. Dzisiaj już się przeterminował, więc… postanowiłam wyciągnąć z zakamarków pamięci miejsce szczególne. Tyle ostatnio o różnych pamiątkowych kamolcach poniemieckich było, że wypada w końcu bardziej patriotycznie. Rzecz tym razem o zapomnianym pomniku na Kresach.

 

Tak się składa, że ukorzeniona jestem mocno za naszą wschodnią granicą. Po kądzieli ciągnie mnie do Baranowicz, Lachowicz, Naczy, Pierechreścia, a nawet do Petersburga, po mieczu – w pińskie błota (choć - sięgając głębiej – moje Poleszuki z Mazowsza się wywodzą). Za nami pozostało nieco kresowych wojaży, przed nami plany kolejnych (oby się ziściły) a w pamięci wiele wspaniałych wspomnień.

 

Dzisiaj migawka z Arabowszczyzny – wioski przy drodze do Baranowicz. Głęboko w polach, przy gruntowej drodze uchował się tam zadziwiający pomnik. Na trochę topornej „skale” z żelbetu przycupnął okazały orzeł. Za jego grzbietem sterczą trzy krzyże. Każdy z nich symbolizuje jeden z pochodów wojsk polskich na Moskwę. Gdyby miejscowi włodarze o tym pamiętali, pewnie śladu nawet po tym miejscu by już nie było. 

 

 

Arabowszczyzna

 

U stóp orła znajdowały się kiedyś dwa miecze i tablica z inskrypcją „Pamięci trzech pochodów Polaków i wybawienia Komendanta”. Tablica zniknęła już dawno, a postrzelany cokół trwa i … cieszy oko takich jak my włóczykijów.

 

Wiem z autopsji, że przed świętami szkolna wiedza historyczna chowa się zazwyczaj głęboko w zakamarkach pamięci, dlatego przypominam:


- pierwszy krzyż – rok 1604 – Polacy nie tylko zajęli Moskwę ale w dodatku osadzili na tronie Dymitra Samozwańca. Z Kremla dali się wypędzić dopiero w 1612. 8 lat temu (2004), prezydent Putin ustanowił w rocznicę tego – niewątpliwie dla Rosji szczęśliwego wydarzenia – Dzień Jedności Narodowej, zastępując nim coraz mniej popularne święto rewolucji październikowej (7 listopada).

 

- drugi krzyż – rok 1812 – wyprawa razem z armią Napoleona. Ta wprawdzie najbardziej kojarzy mi się ze słynnym powiedzonkiem, że od smrodu jeszcze nikt nie umarł, a świeże powietrze całą armię Napoleona pod Moskwą wytruło , jednak przez czas jakiś nasi żołnierze w rosyjskiej stolicy przebywali... ;-)

 

- trzeci krzyż – wojna polsko-bolszewicka w latach 1919-20. 

 

 

Arabowszczyzna Arabowszczyzna Arabowszczyzna

 

Mocno dla nas sentymentalny ten pomnik, prawda? I przetrwał wszystkie lata radzieckiej władzy! Dziś zapomniany, kiedyś był miejscem bardzo ważnym. Odsłaniał go osobiście sam Piłsudski. Tłumy ludzi były przy tym obecne. Fotografia wyszperana przez mieszkającą w Lachowiczach ciotkę Jadzię mocno zapadła nam w pamięć.  Jadwiga wspominała, że jej ojciec (szwagier mojego dziadka) jeździł pod Orła na ważne uroczystości.

 

A jak z tym wybawieniem Komendanta było? Legenda głosi, ze miejscowy Żyd o nazwisku Lickiewicz pomógł Józefowi Piłsudskiemu zmylić ścigających go bolszewików. Sposób znalazł o tyle oryginalny, co i zabawny.  Przebrawszy przyszłego Naczelnika w damski chałat własnej żony, usadził do dojenia krowy. Kiedy zagrożenie minęło, przeprowadził go w bezpieczne miejsce. W nagrodę otrzymać miał wileńską sukmanę i – jako, że Marszałek do zapominalskich nie należał - upoważnienie (po paru latach) na stały wstęp do Belwederu oraz gratyfikację finansową, która umożliwiła Lickiewiczowi wybudowanie młyna parowego. Gdzie ten młyn stanął, o tym już legenda nie wspomina…


Jest tam jeszcze jedna ciekawostka. Pod widoczną spod pomnika linią lasu zachowały polskie schrony i okopy z okresu I wojny oraz z lat 1919-20. Obserwowaliśmy je przez lornetkę, ale z braku czasu nie podjechaliśmy bliżej.

Szkoda.

Podobno na jednym z bunkrów ciągle jeszcze jest odczytywalny cytat z „Roty”:  „twierdzą nam będzie każdy próg”…

 

(Zdjęcia powiększają się po kliknięciu. Marna jakość da się wytłumaczyć. Fotki pochodzą sprzed 10 lat, wykonane aparatem analogowym, który właśnie kończył swój bardzo mocno eksploatowany żywot)

 

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Niespodziewajka w lesie

niedziela, 09 grudnia 2012 22:43

Niespodziewajka różni się od niespodzianki tym, że wiemy o jej istnieniu, tylko nie mamy pojęcia co chce nam zaoferować. Przyznam, że ta trochę mnie zaskoczyła. Nawet bardziej niż trochę. Oparła się oczywiście o kamolec w lesie i czekała. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

Kamolec był słusznych rozmiarów, leżał pod okazałym drzewem i posiadał na sobie skromną inskrypcję „Otto Weddigen 26.03.1915”. Odpoczywał w tym miejscu przez wszystkie powojenne lata chowając napis niejako „pod brzuchem”. Wyglądał po prostu na zwykły głaz, jakich lodowiec niemało tu pozostawił. Stare, niemieckie mapy topograficzne sugerowały natomiast, że gdzieś w tym rejonie ustawiono kiedyś kamień pamiątkowy.  

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kim był Otto Weddigen? Myśleliśmy, że miejscowym leśniczym lub szczególnie cenionym właścicielem ziemskim, ponieważ spory fragment okolicznego lasu nazwano także jego imieniem, tymczasem…

 

Photobucket

 

Otto Weddigen był legendarnym niemieckim dowódcą jednego z pierwszych U-bootów, któremu jednak nie do końca się powiodło (dowódcy, nie U-bootowi). Zginął na Morzu Północnym podczas I wojny światowej. Rzec można, że zginął u szczytu sławy. 

 

Photobucket

 

Dowodzona przez niego łódź podwodna U-9 dokonała pogromu brytyjskich krążowników, zatapiając w półtorej godziny trzy statki pancerne – HMS Aboukir, HMS Cressy i HMS Hogue. Pół roku później pancernik HMS Dreadnought (pierwowzór nowego typu statków, zwanych od jego imienia „drednotami”) staranował U-29, którym od niespełna miesiąca pływał w randze dowódcy Otto Weddigen. I tak skończyła się dobra passa najmłodszego, jedenastego dziecka producenta bielizny pościelowej. Nawiasem mówiąc Weberei Weddigen GmbH & Co. KG istnieje do dziś.

 

Gdybyśmy nie natknęli się na swojej drodze na kamień poświęcony trochę dla nas kontrowersyjnemu bohaterowi, pewnie nie zaciekawiłaby mnie historia łodzi podwodnych. Do tej pory zadawalałam się podśpiewywaniem na melodię „Yellow Submarine” bzdurnego (ale zabawnego) tekstu:  „bul, bul, bul… padwodnyj parachod, żołtyj parachod, padwodnyj parachod”

 

Do głowy mi nie przyszło, że pierwsza sterowalna jednostka  pływała pod powierzchnią Tamizy już w 1623 r. Zbudowano ją z drewna, napędzano siłą mięśni 12 wioślarzy i nie była bynajmniej dziełem Leonarda da Vinci, bo ten zmarł wiek wcześniej. Jej konstruktor był Holendrem. Nazywał się Korneliusz Drebbel i wynalazł również mikroskop z dwoma wypukłymi soczewkami.

 

Photobucket

(Okręt podwodny Drebbela na obrazie z XVII wieku- litografia z 1626 G. W. Tweedale’a - fotka z Wikipedii)

 

Przez następne dwa wieki pracowali nad tym tematem konstruktorzy wielu krajów – z różnym skutkiem - spektakularnych osiągnięć jednak nie było. Pierwsza skuteczna akcja bojowa z udziałem łodzi podwodnej miała miejsce podczas wojny secesyjnej. Konfederacki Hunley zatopił wówczas okręt Unii o nazwie Housatonic. Sam niestety także zatonął . Po raz trzeci zresztą w swoich dziejach (nie na darmo nazywano go „pływającą trumną”) i tym razem ostatecznie. Wydobyto go na powierzchnię po 136 latach (w 2000 r.). Miał trafić do muzeum, nie mam jednak pojęcia czy już się to dokonało.

 

W miarę, jak konflikty zbrojne przybierały na sile, konstruktorzy mieli coraz większe pole do popisu. Dlatego ze zdziwieniem przeczytałam wypowiedź brytyjskiego kontradmirała Arthura K. Wilsona, który jeszcze po koniec XIX w. uważał, że „broń podwodna jest podstępna, niehonorowa i cholernie nieangielska a marynarzy z okrętów podwodnych wziętych podczas wojny do niewoli należy traktować jak pospolitych piratów i wieszać natychmiast na masztach".

 

Pierwsza wojna światowa zmieniła wszystko. Chociaż wyczyn Otto Weddigena był w dużej mierze dziełem przypadku, pokazał jak groźną bronią może być okręt podwodny.

 

Znudziłam was dzisiaj, dlatego na zakończenie podam jeszcze jedną ciekawostkę.

 

Wśród pionierów żeglugi podwodnej (i lotnictwa) mamy także Polaka – Stefana Drzewieckiego (1844-1938). To on po raz pierwszy zastosował w okręcie podwodnym peryskop, jego dziełem był pierwszy okręt podwodny o napędzie elektrycznym oraz – dla przeciwwagi – aeroplan „Drzewiecki”.

 


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 960  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207960
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2441 dni

Lubię to