Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 572 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

najgorsza jest bezsilność

sobota, 25 lutego 2012 19:39

Serialu z podstawową opieką medyczną ciąg dalszy, czyli… samo życie…

 

Przypadek, jakich wiele. Starszą, leżącą (od miesięcy) osobę dopada kaszel. Temperatura wzrasta – może nie drastycznie, ale osiąga 38 ºC. Rodzina martwi się. Próbuje zamówić domową wizytę lekarską. Tymczasem przychodnia rodzinna wprowadziła dziwne zwyczaje:

- Proszę zapytać lekarza, czy przyjdzie.

Po ostatnich - trwających tydzień - bojach o to samo istniało prawdopodobieństwo, że i tak nie uda się niczego przeforsować. O dziwo – poszło bezboleśnie.

- Jaki pan kochany – spontaniczna deklaracja miłości zaskoczyła nawet samego medyka.  Niestety, następnego dnia czar prysł.

 

Przyszedł wczesnym popołudniem. Humor miał byle jaki. Pacjentkę potraktował per noga.

- Kaszel?

- No przecież leży, więc płyny w płucach się zbierają.

- Temperatura?

- Nie widzę nic niepokojącego.

- Opuchlizna?

- Wiecie, że krążenie do bani. A w ogóle, to ile chora ma lat?

- 81.

- No właśnie. I wystarczy. Najwyższy czas odejść. Ja tu nie widzę nic niepokojącego

- To co? Mamy pozwolić jej umrzeć?

-  Właśnie o to chodzi – kilkakrotnie powtórzone zdanie poparte zostało odpowiednią gestykulacją – Jak się upieracie, to dam skierowanie do szpitala.

- A co pan na nim napisze?

- Że rodzina naciskała

- Ale my nie chcemy jej tam wysyłać. Ona się boi.

 

I tak w koło Wojtek.

Przyciśnięty do muru pan doktor przyznał się otwarcie, że on to wszystko po prostu olewa (dokładne słowa). Zresztą pracuje jeszcze tylko przez miesiąc, więc właściwie to go już nic nie obchodzi. Nic mu zrobić i tak nie mogą.

 

Niech mu ziemia lekką będzie.

 

Końcowy efekt wizyty?

- przepisany antybiotyk (po co? przecież nic nie stwierdził)

- trzy litry dożylnie podawanych przez kolejne trzy dni płynów

- zlecenie do gabinetu zabiegowego wystawione tak sprytnie, że okazało się niemal niemożliwe do zrealizowania.

 

Medyk nie docenił jednak determinacji i sprytu rodziny. Wbrew wszystkiemu pielęgniarka jednak przyjechała.

 To było wczoraj.

 

Dzisiaj kaszel się nasilił. Lewa ręka i noga spuchły bardziej. Do kompletu doszła apatia. Przydałaby się kolejna konsultacja. Znalezienie lekarza chętnego do przyjazdu z wizytą domową graniczy z cudem. W mieście wojewódzkim średniej wielkości tego się nie praktykuje. I tyle. Pediatrzy są. Geriatrów praktycznie brak. Pogotowie nie przyjedzie. To wiadomo z góry.

 

W końcu udało się. Z lekarzem, nie z pogotowiem.

Rozpoznanie?

No… na kaszel można coś zaradzić, ale to nie rozwiązuje sprawy. Ogólnie niewydolne jest serce i nerki. Ciśnienie praktycznie żadne. W domu nic się nie poradzi. Jedynie szpital pozostał. Trzeba przepłukać, nawodnić…

 

Ponad cztery godziny oczekiwania na przyjazd karetki. Po kolejnych dwóch godzinach, na SORze powiedziano, że ratownicy nie przekazali, co nas u pacjentki zaniepokoiło, a skierowanie wypisano bez daty i dość enigmatycznie. Trzeba wykonać dodatkowe badania i to - niestety - jeszcze trochę potrwa.

- Nie umiem powiedzieć, jaka będzie decyzja. Czy powieziemy gdzieś dalej, czy oddamy wam do domu. Proszę dowiedzieć się za kolejną godzinę.

 

Czekamy.

Czy w naszym kraju eutanazja jest legalna?

 

26.02.2012 - dokończenie

Około 22.00, jeszcze na SORze uzyskaliśmy mnóstwo wyjaśnień. Zamarzyło mi się, żeby wszyscy lekarze byli tacy. Otóż nerki jednak funkcjonują, serce - można powiedzieć - także odpowiednie do wieku. Opuchlizny w tym konkretnym przypadku nie powinny niepokoić. Gorszy byłby ich całkowity brak, bo oznaczałby kolejne krańcowe odwodnienie. Zagadkowe jest tylko zdjęcie płuc. Osiemnastolatkę zaopatrzonoby w antybiotyk i posłano do domu. W tym przypadku konieczna jest konsultacja pulmunologa.

Jedziemy na drugi koniec miasta. Na oddziale pulmunologicznym okazuje się, że to jednak początki zapalenia płuc. Mama zostaje.

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

puszczańska osada - maleńka i cudna

niedziela, 19 lutego 2012 22:35

Jezierce są naprawdę mikroskopijne: środek Puszczy Noteckiej, zarastające śródleśne jeziorko (w którym ostatnio przybyło nieco wody), a nad jego brzegiem stylowy budynek leśniczówki i ni to rządcówka, ni to stajnia. W pobliżu relikt poewangelickiego cmentarza, rozczapierzony drogowskaz oraz pomnikowe drzewa przy leśnym dukcie. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Niewielki akwen przy leśniczówce ma spore znaczenie historyczne. Został wymieniony w dokumencie z 1251 r. opisującym przebieg granicy pomiędzy Wielkopolską a Nową Marchią. Przecinała ona „lacuscullus Esseritz” (czyli nasze jeziorko) i jest to najstarszy znany zapis dotyczący obecnych terenów Puszczy.

 

Photobucket Photobucket

 

Dokładnie nie wiadomo, kiedy w pobliżu „lacuscullus Esseritz” powstała osada. Wspominana była w XVIII w. jako Gesierce, a w 1944 r. jako Seewitz. Ponieważ nigdy nie była duża (około 10 domostw), tym łatwiej po 1945 r. przestała istnieć. Z dwóch niegdysiejszych folwarków nie zostało praktycznie nic. Całkowicie rozebrano większość domów i dawną szkołę. Pozostała tylko stylowa leśniczówka z niewielkim budynkiem gospodarczym. Tuż przy niej krzyżują się leśne trakty prowadzące do Lipek Wielkich, Świniar, Goszczanowa i Murzynowa. Przydrożne drzewa są w tym miejscu wyjątkowo okazałe, a 150 m dalej znajdziemy resztki niewielkiego ewangelickiego cmentarzyka.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket PhotobucketPhotobucket Photobucket Photobucket

 

Leśniczówka na co dzień nie jest zamieszkała, jednak z racji pięknego położenia często gości w swym wnętrzu pasjonatów włóczęgi lub polowania. Jak każde tajemnicze miejsce ma swoje legendy, w których prawda miesza się z fikcją w całkowicie dowolnych proporcjach. Jedna z takich gawęd przywołuje sylwetkę niemieckiego konstruktora von Brauna, który szukał tu ponoć wyciszenia po wyczerpujących pracach nad pociskami V-2. Hipoteza ta posiada nawet niewielką dozę prawdopodobieństwa. W końcu do Pennemünde nie jest stąd wcale tak daleko, a lekkim samolotem można było wylądować na pobliskim (nadal działającym) lotnisku w Lipkach Wielkich.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wernher von Braun, były oficer SS, zdeklarowany nazista, uwił sobie po wojnie ciepłe gniazdko za oceanem. Sam oddał się w ręce aliantów (wraz z częścią podzespołów do pocisków V-2) i aż do lat 70.XX wieku współpracował z NASA. Jego „dziećmi” są m.in. rakiety Jupiter C i Saturn 5. Pierwsza wyniosła na orbitę sztucznego satelitę Eksplorera nr 1, druga pozwoliła Amerykanom stanąć na Księżycu.

 

 

 Jak wieść gminna niesie – urokliwy budynek leśniczówki nigdy nie służył „zwykłym” mieszkańcom. Jedynie „państwo” dostępowali zaszczytu pomieszkiwania w jego wnętrzu. Dziś można dogadać się z pracownikami leśnictwa i – aby wejść do środka - wcale nie trzeba legitymować się błękitnokrwistym pochodzeniem lub pokaźną zawartością portfela.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Lubimy tu zaglądać o każdej porze roku. Nawet wysychające jeziorko nabrało ostatnio nieco wody, a dla wygody turystów, przy puszczańskich traktach wyznaczono sporą ilość leśnych parkingów. To bardzo mądre i ważne posunięcie, bowiem tutejsze lasy wyjątkowo obficie dostarczają grzybów i jagód.

 

Trzy ostatnie zdjęcia nie są felerne ;-). Wykonał je w technice 3d nasz kolega i należy oglądać je przez śmieszne plastikowe okularki, w których jedno szkło ma kolor czerwony, a drugie zielono-niebieski. Są ostatnio do zdobycia na stacjach BP, razem z katalogiem nagród proponowanych za pozyskane podczas tankowania punkty. Katalogi są bezpłatne.

 


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

na miłość nigdy nie jest za późno

niedziela, 12 lutego 2012 23:24

W jeden z wtorkowych (bezpłatnych) dni postanowiliśmy odwiedzić wyremontowane i gruntownie odmienione Muzeum Spichlerz w moim mieście.  No i …zakochałam się.

Na zabój.

Bynajmniej nie w przystojnym muzealniku, tylko w zwykłych „skorupach”.


… a może wcale nie w takich zwykłych… w końcu to białe złoto. Fascynowało ono możnych tego świata, bo – mimo pełnych skarbców i chętnych do poszukiwań poddanych -  nijak i nigdzie nie można go było wykopać. Było droższe od srebra i pozwolić sobie na jego posiadanie mogli tylko najznamienitsi. Białym złotem nazywano przecież porcelanę.

 

Kiedy jej urodę i walory rozpropagował w Europie Marco Polo, przez całe wieki próbowano bezskutecznie wydrzeć Chińczykom tajemnicę jej wytwarzania. Dopiero w 1707 r. nadworny alchemik Augusta Mocnego - Johann Friedrich Boettger - całkiem przypadkowo (poszukując zapewne kamienia filozoficznego) wyprodukował coś w rodzaju czerwonej kamionki. Dziś uważany jest za europejskiego wynalazcę porcelany (tzw.twardej), chociaż podobno już w XVI w. florentczykom udało się wyprodukować porcelanę medycejską, a wiek później Francuzi wytwarzali porcelanę frytowa. Podstawowym składnikiem tej ostatniej jest mielone szkło, czyli fryta. Powstaje z niej tzw.porcelana miękka. A w Anglii wynaleziono porcelanę kostną – jest to specjalny typ porcelany miękkiej z domieszką popiołu kostnego.


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Do rzeczy niewiasto – chciałoby się rzec. „Rzecz” ma się więc następująco:

Jedną z muzealnych wystaw (czasowych niestety) jest przepiękna kolekcja porcelany z Żar. Nie wiedziałam dotąd, że produkowane w tym mieście cudności stanowiły groźną konkurencję cudeniek miśnieńskich i nawet Rosenthala. Był czas, że żarskie wyroby wygrywały z nimi na międzynarodowych wystawach.

 

Fabrykę założył w Żarach Gustaw Otremba. Był rok 1888 r. Pierwsze produkowane w niej naczyńka nie miały jeszcze tej zachwycającej lekkości, delikatnych deseni i tęczowych barw, ale zakład rozwijał się, zmieniał właścicieli. Po I wojnie został przejęty przez koncern ceramiczny Carstensów. Żarska porcelana wyraźnie pocieniała, wyoryginalniała, wypiękniała złoconymi zdobieniami i zwiewnymi ornamentami. Szczyt swoich możliwości osiągnęła fabryka w latach 30.XX wieku, a istnieć przestała w lutym 1945. Wyprodukowano w niej prawie 20 tysięcy najprzeróżniejszych wzorów porcelanowych cacek.

Popatrzcie. Prawda, że piękne? (a to tylko maleńki fragment ekspozycji)

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Żałuję, że wystawa zaraz wyjedzie z mojego miasta. Gdyby ktokolwiek z was miał okazję ją obejrzeć – polecam jak najszczerzej. Zakochacie się w tych cudeńkach z pewnością.

 

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

hehe

czwartek, 09 lutego 2012 22:44

… a wczoraj przyszedł do mnie OSOBIŚCIE nowy dyrektor (nie naczelny – broń Boże - tylko ten bezpośredni, odpowiadający za tzw. nasz pion). Rękę uścisnął, skłonił się pięknie, twarzyczkę uśmiechem okrasił i… zabrzmiały oto słowa, które nawet przyśnić się nie potrafią:

- To pani wróciła z długiego zwolnienia? I jak samopoczucie? Czekaliśmy tu na panią. Bardzo jest nam pani potrzebna.

 

Ten, to umie zadbać o stosunki międzyludzkie. Ciekawe, gdzie go tego uczyli?

Nie ukrywam, że miło posłuchać takich słów. Nawet, jeśli doskonale wiadomo, że to tylko zwykła formułka… a co tam… tak mi mów… nawet trąby jerychońskie piękniej nie brzmiały… balsam dla uszu i miód na serce… :-)

 

Dyrektor jest nowy, bo wieloletnia Główna Książkowa z końcem minionego roku odeszła była na emeryturę. Zasłużoną zresztą. Dyrektor osobiście przedstawiał się wszystkim swoim podwładnym (w liczbie około 20). Mnie nie miał przyjemności poznać z przyczyn oczywistych.

 

 No i z tą „potrzebnością” właściwie mogę się zgodzić.  Ludzi ubywa (szczelna firma, nowych przyjęć właściwie nie ma, starzy naturalnie się wykruszają), pracy przybywa… każdy wyrobnik na wagę złota.

 

A w ogóle to prosię ze mnie :8 

Rzadko do Was zaglądam ostatnio, mam jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Dzięki za wszystkie miłe słowa, dobre rady i kibicowanie w moim powrocie do normalności.

 

Jeszcze tylko wieści z frontu przeciwodleżynowego. Hydrocool sacral jest rewelacyjny (tylko ta cena!). Stwierdziłyśmy dzisiaj, że rany na pośladkach zaczynają się goić. Przykleiłyśmy Granuflex, ale następnym z kolei zakupem będzie ponownie plaster w kształcie serduszka, tylko nieco większy. Ciekawe, czy cena rośnie w postępie geometrycznym?

 

… następnym razem, to już chyba na jakąś wycieczkę Was zaproszę…

 


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

o powrocie do pracy i nie tylko

wtorek, 07 lutego 2012 21:46

Jak na Mrówę (z przezwiska) przystało trafiłam prosto w najgorętszy wir pracy. Piątkowe, stopniowe przyzwyczajanie się do niej miało same plusy. Można rzec, że przeszłam błyskawiczny kurs samokształcenia. Przez kolejne dwa dni wszystko układało się wygodnie w odpowiednich szufladkach i w poniedziałek byłam już niczym stary wyga. Od samokształcenie prosta droga do samoudoskonalenia hehe.

Gdyby nie zwariowane skurcze żołądka, które męczyły mnie jeszcze do wczoraj, życie byłoby piękne.

 

Na blacie biurka czekał na mnie nowiuchny, wypasiony komputer, w szufladach natomiast cała masa niespodzianek ( z laurką za 35-lecie pracy włącznie). Rzuciłam się do zajęć z dziką rozkoszą. Pamięć służbowa wróciła błyskawicznie. Coś mi się tam kołatało po głowie o jakiejś głębokiej wodzie, ale machnęłam ręką. Przecież ja panicznie się jej boję. Zwłaszcza głębokiej!

 

Eeee tam… nie jest jeszcze tak źle. Czasami po powrocie z urlopu trudniej się aklimatyzuję.  Mówiąc kolokwialnie -  w firmie roboty teraz huk. Plusem tej sytuacji jest możliwość oderwania się choć na parę godzin od bezsilnego spoglądania na zniedołężniałą mamę.

 

Od piątku wróciłam także na UTW. Powitanie było przesympatyczne. Wprawdzie już wcześnie czułam się na siłach, by prowadzić wykłady, wolałam jednak nie drażnić pewnych instytucji, które mogły wstrzymać mi L4.

 

W temacie maminym także cos drgnęło. Leciutko, ale zawsze…

Po pierwsze – kupiliśmy materac przeciwodleżynowy. Nie miałam już sumienia czekać, aż znajdzie się coś do wypożyczenia (a przede wszystkim nie mogły czekać rany na pośladkach). Walka z lekarzem domowym o wystawienie zlecenia na refundację także się nie uśmiechała. Iwonka wyszperała w necie i podsunęła mi pod nos gotowe oferty. Wybraliśmy taką, do której dołączano roczną gwarancję na sprzęt. No i nie musieliśmy zaciągać pożyczki ;-)

 

Po drugie – odleżyny próbujemy leczyć (albo przynajmniej zmniejszyć) specjalnymi plastrami piankowo-hydrożelowymi. Używamy na zmianę Granuflexu i Hydrocool sacral (plaster Hartmanna o kształcie idealnie dopasowanym do okolicy krzyżowej). Oba mogą pozostawać przyklejone przez kilka dni. Świetnie izolują od moczu i kału. W zetknięciu z raną uwalniają preparat przyspieszający gojenie. Utrzymują konieczne do tego wilgotne środowisko. Są świetne, tylko ta cena…

 

Granuflex o wymiarach 10cm x 10cm (8 zł) podlega refundacji, ale jest na tyle mały, że najrzadziej może być stosowany. Szkopuł w tym, że powinien być większy od zmienionego chorobowo miejsca o co najmniej 2-3 cm z każdej strony. Większy Granuflex (15cm x 15 cm) to już koszt 16 zł i brak refundacji. Mały Hydrocool sacral (dodam, że zbyt mały), to już wydatek rzędu 35 zł. Skąd na to wszystko brać? Najlepiej byłoby z odkładanych przez całe zawodowe życie składek ZUS… 

 


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 704  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207704
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2437 dni

Lubię to