Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 126 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Solidarność małżeńska

czwartek, 31 marca 2011 21:49

 

Mój brzuch ogłosił jawny bunt. Jakiś czas temu oprotestował ostatecznie szpikowanie go tzw.niesterydowymi lekami przeciwzapalnymi. Pewnie pokłócił się z kolanami i postanowił dać nauczkę ich właścicielce.

Stop lekomanii.

Czas nauczyć się żyć z bólem.


Broń wytoczył najgorszą z możliwych. Moja czujność była osłabiona (wszak nigdy nie dawał mi powodów do ostrożności). Mówiło się, że żołądek mam jak koń, to i pierwsze objawy jego buntu przyjęłam stwierdzeniem „grypa żołądkowa”. Po dwóch dniach (dopiero!) dotarło do mnie, że to nie grypa, tylko Dicloratio retard – tabletki, które od dobrych paru lat ratowały moje kolana.

Tyle tytułem wprowadzenia.

 

Sześciotygodniową kurację jakimś specyfikiem skończyłam z wynikiem dostatecznym. Rodzinna doktorka zleciła dodatkową diagnostykę. Test na helicobakterię, panendoskopię, kolonoskopię… brrr… zimno mi się zrobiło od samych nazw.

Helicobakteria odpadła w przedbiegach. Wynik ujemny. Niby trzeba się cieszyć, ale… ale łykałbym sobie spokojnie jakieś antybiotyki (plus preparaty antygrzybicze) i nie musiałbym katować się wziernikowaniem różnych otworów mojego ciała.

 

Skoro jednak powiedziało się „a”, przyda się powtórzyć cały alfabet. Próba zarejestrowania się na badania przyniosła mierne efekty:

- gastroskopia najwcześniej w lipcu… niech będzie… skoro inaczej się nie da

- kolonoskopia w czerwcu… i jak tu się leczyć? Brzuch nadal zbuntowany (chociaż w mniejszym stopniu, ale kłopotliwe to jednak jest).

 

Pani w rejestracji przyszedł do głowy program badań przesiewowych dla wczesnego wyrywania raka jelita grubego. Czas oczekiwania na badanie? Dwa dni.

Skierowanie schowałam w kieszeń. Wypełniłam tylko stosowną ankietę, otrzymałam leki potrzebne do dokładnego oczyszczenia się i… towarzyszący mi Małżonek zrobił to samo. Zapisał się na kolonoskopię razem ze mną. Na ten sam dzień, tylko 1,5 godz. później. Nie ma to, jak małżeńska solidarność.

 

No i wtedy się zaczęło. Powszechna w narodzie psychoza kolonoskopowa spowodowała spory zastrzyk adrenaliny. Jak tu wytrzymać tyle czasu na głodniaka? Jak wlać w siebie w ciągu 4 godzin 4 litry płynu z rozpuszczonym lekiem? Jak nie zabić się potem na trasie do kibelka? Przecież oboje „latać” będziemy w tym samym czasie.

 

Oczami wyobraźni ujrzałam wannę… nie śmiejcie się…

Kiedyś Małżonek był razem ze swoją Mamą w odwiedzinach na kujawskiej wsi. Jako gościńczyk dostali kaczkę. Żywą. Przyjechali z tym ptaszydłem późnym wieczorem, więc Teściowa (wraz z kaczką) zostały u nas na noc. Teściowa w sypialni. Kaczka w wannie. Rano wszyscy zabrali się w drogę dalszą, a mnie została „zasłana” (żeby się nie wyrażać) wanna. Jak to się mówi – „zasłana” po wręby. Jak taki mały ptak mógł wyprodukować tyle guana w jedną noc?!?

 

Obawiałam się, że teraz może być podobnie…

 

Wieczorem nawiedził nas Kuzyn. Wyjątkowo nietowarzyscy byliśmy (a on tylko się śmiał).

Jakoś obyło się bez kolizji (choć postulowałam wystawienie drzwi od kibelka). I wanna też ocalała…

 

Na dzisiaj wzięłam urlop. Małżonkowi odstąpiłam pierwsze miejsce w gabinecie. Na wypadek, gdyby potrzebne było znieczulenie. Wtedy zanim skończyliby ze mną, on już by otrzeźwiał na tyle, by dowieźć nas z powrotem do domu. Kazano przyjść z osobą towarzyszącą, to przyszliśmy – ja z nim, on ze mną. Taka mała małżeńska solidarność.

 

Przez cały czas badania gadał. Wyszedł jak skowronek. Mówił, że oszukali go tak samo jak z laparoskopią. Wtedy tylko porobili dziurki w brzuchu (dla zmyłki), a teraz wepchnęli w niego 2 cm jakiejś rurki mówiąc, że weszło 1,2 m. Pocieszał mnie, że to jak gastroskopia, tylko od drugiej strony. Wynik doskonały. Kolejne badanie za 10 lat.

 

Następna pacjentka nie gadała, tylko krzyczała. Wyprowadzili ją słaniającą się na nogach. Ona dojrzewała po „głupim Jasiu”, mnie rosło ciśnienie. Kolejną panią w ogóle uśpili. Anestezjolog już czekał. Małżonek nadal mnie pocieszał…

 

Po fakcie stwierdzam, że strach ma wielkie oczy. Najgorzej, kiedy człowiek (czyli ja) się wcześniej nasłucha. Badanie da się przeżyć i warto je zrobić. Na następne mam przyjść dopiero za 5 lat. I pójdę z pewnością.

 

Zaczynam się bać gastroskopii….


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

pouczająca wycieczka

środa, 30 marca 2011 19:39

 

Opowiem dzisiaj o miejscu, które poruszyło mną do głębi. Zainteresowało nas z kilku powodów:

- po pierwsze – budowle o oryginalnym kształcie powstały już w XIX w. i nadal spełniają swoją funkcję

- po drugie – zwykłemu śmiertelnikowi niełatwo się tam dostać

- po trzecie – mocno utrwaliło się w świadomości narodowej jako miejsce martyrologii wojennej i powojennej

- po czwarte – wydaje się być jedynym ciągle żywym symbolem swego miasta. Czy aby na pewno?

 

Pewnie już się domyślacie, że chodzi o więzienie we Wronkach.

Z dużym trudem udało się nam wejść do środka i – co najważniejsze – wyjść stamtąd po niecałych 2 godz. Pouczająca wycieczka tkwi we mnie do dziś (choć minęły niemal 2 tygodnie). Z rozmów ze współuczestnikami wiem, że nie tylko ja jestem poruszona. Wyjątkowo ponure to miejsce i w dodatku przepełnione dziwacznym zapachem. Trudny do nazwania, niespotykany… Gonia powiedziała o nim „zapach strachu” i chyba to najtrafniejsze określenie.

 

Mimo, że grupa liczyła więcej osób, do więzienia weszła nas siedemnastka; każdy indywidualnie wywołany i sprawdzony. Tylko tylu, ponieważ do wysłanej wcześniej prośby o umożliwienie zwiedzania dołączona być musiała lista zawierająca nasze dokładne dane osobowe. Solidnie umotywowane podanie czekało na akceptację samego naczelnika.

 

Później czekała nas procedura wejścia. Przez bramkę przechodziliśmy pojedynczo, zostawiwszy uprzednio w samochodach aparaty fot., telefony, plecaki, torebki i całą niemal zawartość kieszeni. Dalej – zupełnie jak w filmach – lekki rozkrok, wyciągnięte na boki ręce i badanie wykrywaczem. Każde piknięcie trzeba udokumentować (zegarek, zamek, napa, portfel). Niektórym z wrażenia „pikały” nawet ciastka w kieszeniach. Musieliśmy tłumaczyć, że cukrzyk musi mieć ze sobą coś na ząb. Jakoś poszło.

 

Podzieleni na dwie grupy udaliśmy się na dziedziniec. Opiekunowie każdej, od razu sformułowali nieprzekraczalne zasady: Poruszamy się zwartą grupą. Nie oddalamy się nawet na krok. Siedzą tu bardzo niebezpieczni przestępcy.

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Na dziedzińcu pierwsze zaskoczenie. To, co zza murów wydaje się być kościelną wieżą, jest nieodłączną częścią korpusu głównej więziennej budowli i centralnym punktem całego kompleksu. Wewnątrz kilka kondygnacji korytarzy rozchodzących się w kształcie krzyża od centralnie umieszczonego „szybu”. Na jednym z jego ażurowych pięter siedzi strażnik i uderzeniem w specjalny gong reguluje ruch. Dwa podwójne donośne dźwięki oznaczają „Kryj się. Będą przeprowadzali szczególnie niebezpiecznego więźnia”. Kompletnie nikt nie ma prawa przebywać w tym czasie na korytarzu.

 

Co poza tym? Kraty oddzielające poszczególne segmenty, siatki rozciągnięte pomiędzy piętrami, rzędy pozamykanych drzwi…

Trochę zaskakuje nas tabliczka „Biblioteka”.

 

Oglądamy jedną z cel tzw. porządkowych (oczywiście pustą). Izoluje się tu na jakiś czas tych, co to na bakier są z regulaminem. Znacznie gorsze jest pomieszczenie dla szczególnie krnąbrnych i niebezpiecznych.

 

Nie ma tu także (jak w amerykańskich filmach) stołówek ani świetlic. Jedzenie dostarcza się bezpośrednio do cel w plastikowych pojemnikach. Sztućce też są plastikowe.

 

Wrażenie przygnębiające. Jestem przytłoczona. Na plecach czuję dreszcz. W życiu nie chciałabym się tu znaleźć! Nawet jako pracownik.

W to miejsce powinno się organizować specjalne wycieczki dla „młodych gniewnych”. W ramach profilaktyki antyprzestępczej.

 

Idziemy na oddział półotwarty, lżejszy. Tu przez kilka godzin dziennie nie zamyka się cel. Strażnik czujny i spięty. A ja… wcale nie czuję się tam lepiej.

 

We Wronkach znajduje się największy i jeden z najcięższych zakładów karnych w naszym kraju. Do 1956 r. bezpieka pastwiła się tu nad więźniami politycznymi. W stanie wojennym było to jedno z miejsc internowania.


 

Na miejscowym cmentarzu pochowano prawie 200 więźniów z lat stalinowskiego terroru. W latach 1960-70 większość tych mogił została zlikwidowana. Pozostało niewiele ponad 60. Oznaczono je tabliczkami „Grób chroniony. Więzień Wronek – ofiara politycznych represji okresu stalinowskiego”

 

Photobucket

 



Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

tajemniczo, magicznie, astrologicznie...

wtorek, 29 marca 2011 16:15

 

Do astrologii zawsze podchodziłam z ostrożną nieufnością. Dziedzina wiedzy ciekawa, tylko… trącająca  nieco szarlatanerią. To jakby wróżbiarstwo usankcjonowane naukową otoczką. Trochę kojarzyła mi się z alchemią i pewnie to w jakiś sposób warunkowało moje odczucia.

 

Dziś traktowana jak pseudonauka, kiedyś – ceniona wysoko (nawet astronomia była jedynie dodatkiem do niej). Dopiero w XVIII w. relegowano ją z uniwersytetów.

 

Królowie, książęta i władcy wszelakiej maści lubili mieć na swoich usługach  nadwornego astrologa. Czasami zostawała nim osoba biegła w badaniu wpływu ciał niebieskich na ludzki żywot, a czasami tylko sprytny oszust albo zdolny psycholog. Funkcja niewątpliwie odpowiedzialna, bo łatwo można było stracić głowę (w przypadku wyjątkowo nietrafnej prognozy) i jednocześnie kusząca – wielu chciałoby stać się z dnia na dzień niewyobrażalnie bogatym (w przypadku dokładnie odwrotnym).

 

Dzisiaj uprawianie tego zawodu wydawać by się mogło zabawne, jednak… astrologowie nadal istnieją. Figurują nawet na oficjalnej liście zawodów uprawianych w kraju (pod kodem nr 5150201) w grupie o nazwie „nauczanie, wychowanie i działalność kulturalna”. Posługują się często bardziej współczesnymi tytułami „kosmobiolog” lub „astroterapeuta”.

 

Astrolog brzmi jednak mocno archaicznie (chociaż niektórym się podoba). Adepci szkolą się nie w Hogwarcie ale w oficjalnych szkołach psychortonicznych i znajdują później wielu klientów.

 

Miałam ostatnio możliwość skonfrontować swoje dotychczasowe odczucia z rzeczywistością. Wyczytałam w lokalnej prasie o spotkaniu z astrologiem. Miało odbyć się w otwartej niedawno kafejce Corto Cafe. Gdyby nie nazwisko prelegenta, z pewnością nie zwróciłabym uwagi.

 

Wybraliśmy się rodzinnie. Szczerze przyznam, że zdecydowałam się tylko ze względu na Pawła (astrologa). Męża nie musiałam długo namawiać. W końcu Pan Astrolog to niemal nasze dziecko. Znamy go od pieluch, a nawet jeszcze wcześniej. Wychowywał się razem z naszymi Latoroślami i często bywał w naszym domu. Dzieliło nas od siebie raptem 2,5 m wysokości (trochę po skosie).

 

Zaraz po wejściu każde z nas otrzymało własny kosmogram urodzeniowy.

 

Photobucket Photobucket  Photobucket

 

Przez 2 godziny rozpracowywaliśmy je pod fachowym okiem. Okazało się to dość interesujące i jednocześnie niesamowicie skomplikowane. Samo poznanie symboliki i cech, które przypisuje się poszczególnym ciałom niebieskim może spowodować zawrót głowy.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Mój kosmogram przypomina teraz brudnopis. Usiłowałam jak najwięcej na nim zanotować. Mało czytelny się przez to zrobił.


Photobucket

 

Hmmm… jakie wrażenia?

Paweł mi zaimponował. Ma ciekawe hobby i uprawia je z powodzeniem od 10 lat. Ma otwarty,  sprawny umysł i musi bez przerwy poszerzać swoje horyzonty.


Photobucket

 

Astrologia – jak się okazuje – nie jest zgrzybiałą staruszką. Ona  nie pozwala spocząć na laurach. Uprawiając ją, trzeba mieć sporą, dość szeroko pojętą wiedzę o świecie, ludziach, historii, filozofii, literaturze, psychologii…no i trzeba mieć sporo czasu.


A latoroślom swoim warto sporządzić kosmogram urodzeniowy chociażby po to, by potem lepiej zrozumieć, dlaczego interesuje je bardziej muzyka niż matematyka, albo krawiectwo niż kucharzenie.

 

Prawdziwy astrolog (taki z powołania i zamiłowania) to nie szarlatan. To człowiek z doskonale rozwiniętą wyobraźnią i zdolnością interpretacji, a przy tym niezły psycholog.

 

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

francuski łącznik :-)

poniedziałek, 28 marca 2011 20:45

Francuskiego nie znam ni w ząb. Po głowie kołacze się zaledwie kilka słów. W mowie rozumiem drugie tyle, w pisanym kojarzę nieco więcej, ale tez nie jest to porażająca ilość słówek. No i nie zmienia to faktu, że osób na co dzień używających tego pięknego języka kompletnie nie rozumiem.

 

Z podróży do Francji zapamiętałam, że jej mieszkańcy nie różnią się specjalnie od nas. Albo nie znają obcych języków, albo doskonale tę znajomość ukrywają (chcąc zmusić obcokrajowców do opanowania francuszczyzny). Jakiekolwiek pytanie zadane w języku Szekspira lub Goethego (że o Mickiewiczu nie wspomnę) zbywają milczeniem, albo… odsyłają w miejsce dokładnie protiwpołożne do szukanego. Doświadczyliśmy tego bez dwóch zdań.

 

Jedynie Murzyn handlujący torebkami u stóp Wieży Eiffela zdawał się posiadać zdolności lingwistyczne.

- Darmo, darmo – zawołał na nasz widok

- Jak za darmo, to biorę – zdecydowała się Koleżanka

- Po co? W domu masz taką samą – zaoponował Mąż Koleżanki

- Ne taki samy. Ne taki samy! – święte oburzenie w jego oczach było zauważalne. Znaczy zrozumiał słowiańskie szeleszczenie. I to dobrze zrozumiał.

 

Wyniósłszy takie wspomnienia (fakt, że sprzed wielu lat) sama sobie się dziwię, że podjęliśmy decyzję wysłuchania francuskojęzycznego wykładu. Organizowane są w naszej książnicy co roku, w ramach Dni Frankofonii, ale jakoś nigdy nas nie ciągnęły. Do czasu. W ubiegłym roku skusił nas temat „Rowerem dookoła Bałtyku”.

 

Photobucket Photobucket

 

Prelegent okazał się znakomitym gawędziarzem z „owsikowym” zacięciem. Znaczy – swój chłop. Opowiadał ciekawie i zabawnie, często wtrącając polskie słówka. Znaczy – reformowalny (później dowiedziałam się, że od 10 lat spędza w naszym kraju do kilku miesięcy rocznie; jest nawet członkiem – uwaga! - Koła Gospodyń Wiejskich).

Żeby wszelcy (podobni nam) językowi analfabeci rozumieli o co chodzi, wykład tłumaczono na bieżąco, w sposób równie zabawny i zajmujący.

Wtedy to właśnie zetknęłam się z Robertem Barthe po raz pierwszy. Zauroczył mnie. To niesamowity człowiek.

W tym roku szliśmy już w ciemno. Skoro o polsko-andegaweńskiej wspólnej historii miał opowiadać właśnie On – pewne było, że nikt na Sali się nie znudzi.

 

Kim jest Robert Bartne?

Globtroterem przemierzającym świat w oryginalny sposób - najczęściej pieszo lub rowerem. Na pokonanie trasy z Paryża do Londynu (pieszo i wpław przez kanał La Manche) potrzebował tygodnia. Szwajcarskie góry zdobywał na jednokołowym rowerze (z pełnym obciążeniem). Pływając w basenie przez okrągłą dobę pobił rekord Guinnessa. Co ciekawe - wszystkie swoje niecodzienne wyczyny łączył z akcjami propagującymi walkę z groźnymi chorobami cywilizacji.

To zresztą tylko niektóre z jego oryginalnych pomysłów.


Photobucket



Sportowiec, wyczynowiec, pieśniarz, bajarz, podróżnik, żongler, instruktor sportowy i teatralny, aktor teatrów ulicznych, klaun, społecznik, wychowawca młodzieży, człowiek pogodny i niezmordowany, przyjaciel ludzi i zwierząt... doskonały ambasador Francji na świecie.

 

 Świetnie śpiewa akompaniując sobie na zabawnym, małym akordeonie. To pewnie instrument turystyczny, bo nigdy się z nim nie rozstaje. Spotkanie z nami również zakończył śpiewająco.

 

Nagranie trochę nie najlepszej jakości, bo po zgraniu z telefonu trzeba je było przekonwertować na format możliwy do przesłania na You Tube. Całe popołudnie przy tym spędziłam. Przetestowałam wszystkie możliwe formaty i we wszystkich głos rozjeżdżał się z obrazem, a obraz wyraźnie tracił na jakości.

Trudno.

Możecie słuchać z zamkniętymi oczami. telefon;-)


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

4 lata!

niedziela, 27 marca 2011 9:28

Młodsza z naszych wnuczek właśnie osiągnęła dojrzały wiek przedszkolny.

4 lata to nie-byle-co.

 

Jest urocza, bezpośrednia i bardzo szczera w swoich wypowiedziach. Gniewać się na nią nie sposób. Wystarczy, że spojrzy swymi pięknymi oczętami i zrobi minkę jak Kot w Butach (ten ze Shreka oczywiście)… nie wiem, kto pierwszy opatentował to spojrzenie… pewnie Kot, bo starszy, ale w wykonaniu Oleńki… majstersztyk.

 

Królewna zawsze ma własne zdanie, nie wyłączając nawet kwestii urodzenia. Cały okres jej rozwoju pod maminym sercem był jednym pasmem niespodzianek. Tak potrafiła zbajerować lekarza (i ultrasonograf), że do ostatniej chwili w łonie matki mówiliśmy o niej Igor.

 

IgorOla

Kiedy wreszcie na świat przyszła, starsza siostra na pytanie:

- Kogo ci mamusia urodziła?- odpowiadała – Siostrzyczkę.

- A jak ma na imię?

- Igor.

 

Właściwie to nie wiem, dlaczego Nowonarodzona nie mogła zostać IgorOlą.

Skoro mężczyźni z upodobaniem korzystają z damskiego imienia „Maria” (jako drugiego oczywiście), to Oleńka – choćby na pamiątkę tych wszystkich pierepałek – mogła zatrzymać „Igora”, prawda?

 

Została Aleksandrą. Aleksandrą Odważną. Aleksandrą Czarującą.

Nikt tak pięknie jak ona nie potrafi odezwać się do spotkanego w kościółku księdza:

- Cześć księciu. Ja jestem Ola, a ty?

 

Dziś obchodzi urodziny.

Wszystkiego najlepszego Słoneczko!

Ola


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

wtorek, 24 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 153  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214153
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2532 dni

Lubię to