Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 027 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

piękna kobieta o sarnich oczach...

czwartek, 22 marca 2012 17:34

 

…już się nie męczy. Dzisiejszego ranka wybrała się w najdalszą z dróg… taką, z której powrotu już nie ma.

Uwielbiała poezję.

Nikos Chadzilikolau na tomiku swych wierszy napisał dedykację:

„Pani Irenie…aby Jej piasek w klepsydrze nigdy nie przesypał się do końca”.

 

… dziś rano właśnie się przesypał…

… znowu jest młoda…

 

 

Photobucket 

(…) cóż z gwiazdą uczynić,

która spadła za domem?

Znam jej drogę.

Dlatego pójdę inną,

choć łatwo o poślizg.

Wtedy poczuję ciebie

jak ból zamykający oczy

na świadomość utraty.

 

(Nikos Chadzinikolau)

 

... śpij spokojnie... Mamo...

 


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

zielonogórskiej palmiarni czar...

wtorek, 20 marca 2012 23:34

Jak na urodzoną gorzowiankę przystało, nie powinnam zachwycać się niczym, co zielonogórskie. Wewnątrzlubuska wojenka to taka lokalna tradycja, którą wypada popierać… choćby i z przymrużeniem oka. Najwięcej fermentu sieją politycy i fanatyczni kibice żużla. W końcu obie lokalne stolice znane są z silnych klubów speedwaya, a przecież nie od dziś wiadomo, że „gdzie kucharek sześć, tam…” konflikt murowany 

:-D

 Kiedy jednak wziąć problem pod lupę, okazuje się, że wcale nie jest tak źle. Można współistnieć pokojowo i nawet – o zgrozo – zaprzyjaźnić się z przedstawicielami wrogiego (teoretycznie) obozu.

 

Zielona Góra kojarzy się powszechnie nie tylko z Falubazem, ale także – zwłaszcza  starszym obywatelom - z festiwalem piosenki radzieckiej i oczywiście z Winobraniem. Tymczasem, ( choć trudno w to dziś uwierzyć) tradycje winiarskie posiadają obie lubuskie stolice. Dawnymi czasy rozległe winnice  powstawały nie tylko w Zielonej Górze. Winorośl pokrywała gęsto również nasłonecznione zbocza nadwarciańskie. Dziś pozostały tylko wspomnieniem, Grűnberg  natomiast  zadbał, by na swoim Winnym Wzgórzu utworzyć miejsce kultowe. 

 

Photobucket Photobucket  Photobucket

 

Patrząc na nie z dołu, trudno uwierzyć, że przeszklona budowla na szczycie jest jednym z czterech zachowanych domków winiarza. W okresie świetności było ich tu aż 726. Te pierwsze, powstające w XVIII wieku, były drewniane. Służyć miały tylko do przechowywania narzędzi i sprzętu winiarskiego. Z czasem zaczęto budować coraz większe chatki – część pomieszczeń nierzadko otrzymywała funkcje mieszkalne (żeby rodzina winiarza daleko nie musiała chodzić), a w piwnicach leżakował w beczkach boski napój. Pod koniec XIX wieku, wraz z rozrastaniem się miasta, winiarskie domki zaczęły znikać z lokalnego krajobrazu. Ten, który w 1818 r. powstał na najwyższym ze wzgórz – miał się dobrze. Postawił go tam ongiś August Grempler – założyciel pierwszej w Niemczech wytwórni wina musującego. Pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, że 140 lat później, jego składzik na narzędzia, beczki i zbiory przepoczwarzy się w szklarnię, a wreszcie w Palmiarnię z kawiarenką, restauracją, salą konferencyjną, powierzchnią wystawienniczą i kilkoma tarasami widokowymi.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  Photobucket Photobucket

Palmiarnia – jak na rasową kobietę przystało – zmieniała się pięciokrotnie. Z przedostatniej wizyty ( prawie 10 lat temu) zapamiętałam zgarbionego pod stropem daktylowca. Wyrósł niebotycznie, więc aby go ratować, trzeba było nadbudować dach. W przypadku obiektu wypełnionego egzotycznymi i ciepłolubnymi roślinami, nie jest to wcale prosta sprawa. Najpierw trzeba wznieść szklaną konstrukcję zewnętrzną, a dopiero potem można rozebrać tę wewnątrz. Wykonano to fachowo i nowy obiekt oddano do użytku w roku 2008. Jest zupełnie inny i o wiele większy od dotychczasowego. Daktylowiec może już rosnąć swobodnie.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

Przed głównym wejściem powitała nas oryginalna fontanna z czarnego granitu. Pilnuje jej jeden z zielonogórskich Bachusików. Rozbrykany, z uśmiechem – śmiało rzec można „obleśnym” -  zabawny w całej swej satyrzej  postaci. Rękę wyciąga niczym po jałmużnę….tośmy mu dali… niech się cieszy… niech nie mówi złego słowa na gorzowiaków.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

W holu wejściowym cichutko szemrze strumyk. Drewniana kładka doprowadza nas do podświetlonego wodospadu (dopiero wizyta na wyższej kondygnacji odkrywa przed nami, że woda spływa spod stóp Bachusa – milion razy urodziwszego od rozbrykanych członków jego orszaku). Mijamy wielgachne akwaria i wchodzimy do wnętrza restauracji. Palmy, żółwie, storczyki, imponujące alokazje (panamężowe „okazje”, ale o tym innym razem) i sto-kilkadziesiąt innych gatunków roślin. Zewsząd dobiega świergot ptaków.

Do Edenu trafiliśmy?

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Siadamy pośród tropikalnej roślinności. Zamawiamy iście rajskie delicje: tartę nasączoną ostrą jak brzytwa czekoladą z chili (+konfitura wiśniowa i kulka lodów) i lody o oryginalnej nazwie „pijana zebra”. 

 

Photobucket Photobucket 

 

Czas leci, jak z bicza strzelił, ale… czuję na ramieniu czyjeś uparte spojrzenie. Rozglądam się dyskretnie…. ups… jakieś dziwne indywiduum wbija we mnie oczodoły.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

To surrealistyczny Erich von Patisohn – urodzony w Grűnbergu (1856) filozof, twórca i teoretyk kabaretu, historyczny patron zielonogórskiego zagłębia kabaretowego. Można go kupić na allegro, a dochód ma zasilić festiwal Flying Mole. Na razie towarzyszy mu pośród palm Heidi – dziewczyna „nie z takich, które można kupić”. Współczesnym Dżepetto, czyli ojcem obu postaci jest Władysław Sikora. Wyprodukował je z surowców wtórnych, stąd ich… hmmmm… nienachlana, dość oryginalna uroda…

 

 

dobranoooc Miłych snów     Photobucket


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Jak ja lubię ten czas przedwiosenny…

poniedziałek, 12 marca 2012 21:12

Przyroda budzi się do życia leniwie. Jakby od niechcenia. Jakby z wahaniem. Co z tego, że wiosna już za progiem stoi, kiedy zima w każdej chwili może jeszcze pokazać swoje pazurki. Ostrożność jest cnotą bogów i w każdym przypadku bywa wskazana. Stare przysłowie nie od parady głosi znaną prawdę „w marcu, jak w garncu”.

 

Kiedy jednak niedzielny ranek budzi się tak przejrzysty, że z perspektywy dziewiątego piętra wieżowca rozlewiska pod Santokiem mienią się diamentowym blaskiem, wtedy…

… wtedy żadna siła nie utrzyma „owsika” w domu.

 

Krótkie zastanowienie nad taką organizacją dnia, by udało wykroić się z niego chociaż dwie godzinki w plenerze. Bławatkowe niebo, miejscami przechodzące w granat lub indygo; słońce ostre jak brzytwa - to potężna inspiracja. Już każdy „drobiazg”z osobna wywołuje delikatne owsikowe mrowienie. Wszystkie razem działają jak potężny przekaz wewnętrzny.

 

Nie ma to tamto. Jedziemy na wały. Tam pewnie gałęzie buchają baziami, dźwięczy klangor żurawi… No i te klucze gęsi, łabędzie (uparcie nazywane przez mnie bocianami ), cała masa innych pierzastych stworzeń, podtopione łąki, rozlewiska skrzące się bajecznie, sarny, bobry, konie, krowy…. Sielsko, że HEJ!

 

Tym razem wybieramy lewobrzeżną koronę tego cudu XVIII-wiecznej techniki melioracyjnej. Dotrzemy do Świerkocina, a stamtąd już normalnie, po ludzku wrócimy do domu. Prawobrzeżny wał zostawiamy na inny raz.

 

Na początek plantacja wierzby w Ulimiu. Pomarańczowe, powykręcane w esy-floresy witki jeszcze śpią. Pomiędzy równymi rzędami krzewów połyskują mniejsze lub większe bajorka. Nie zachęcają do spacerów (butów szkoda), jedziemy więc dalej.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

Rosochate wierzby na poboczu ogłowiono dokładnie. Ciekawe, czy przywałowe krzaczory również wytrzebiono? Podziurawiony przez bobry ziemny nasyp bardziej przypomina zardzewiały durszlak, niż budowlę z założenia już mającą chronić przed powodzią.

 

Photobucket

 

Wspinamy się na nasyp. Wietrzysko duje niesamowicie. Wcale nas to nie odstrasza. Wręcz przeciwnie – to ono rysuje na powierzchni rozlewisk przedziwne wzory. Mienią się różnymi odcieniami niebieskości, hipnotyzują. Nurt Warty za to upodobnił się do morskiej toni – fale kotłują się, kipią… ech… cudnie jest.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

Na wodzie - gęsto niczym puch z rozciętej przypadkiem poduchy - przycupnęły łabędzie. Obok nich dostojnie kroczą połączone na zawsze w pary gęsi. Barwne kaczuchy i maleńkie kurki wodne dopełniają całości. Płochliwe czaple zastygły w bezruchu, ale wystarczy tylko zatrzymać się na chwilę, by natychmiast przeniosły się dalej.

 

 

Photobucket Photobucket  Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

Bazi nie ma prawie wcale. Pewnie czekają do Wielkanocy. Puchata, srebrzysta forpoczta nieśmiało wystawia noski do słońca tylko na czubkach drzew. Nie ukrywamy zaskoczenia – pokryte kotkami gałązki prężą się przecież w naszym wazonie już od tygodnia.

 

Photobucket

 

Fantazyjne kształty rosochatych wierzb działają na wyobraźnię. Szkoda, że tylko na naszą. Cóż z tego, że dodają okolicy uroku, kiedy wcale nie powinno ich tu być. To przez nie giną całe bobrze rodziny, uwięzione we wnętrzu wału w trakcie rozpaczliwej akcji powodziowej. Człowiek - ratując własne siedziby – zatyka szczelnie wyloty korytarzy, którymi wędrują zwierzęta.

 

Skarpy nasypu po obu jego stronach gęsto upstrzone są fragmentami wypełnionych piaskiem worków. Nic na to nie poradzę, że białe strzępki wystające z ziemi kojarzą mi się z wielkim cmentarzyskiem. Gdyby nie rosły tu żadne krzaki, bobry same wyniosłyby się w inne miejsce, a tak… składają swe życie na ołtarzu ludzkiej niefrasobliwości.

 

Poza tym krajobraz sielski-anielski. Błotne krowy wyglądają na szczęśliwe. Brodzą wprawdzie w wodzie, ale przecież innego życia nie znają. Koni tym razem nie widać. Może dla nich jeszcze za mokro? Są za to sarny. Dla nich międzywale to istny raj na ziemi. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Co ja zresztą będę się tu rozgadywać. Wystarczy zerknąć na zdjęcia.

Podobno w szkolnych lekturach nie ma nic nudniejszego ponad opisy przyrody. Na szczęście ja do kanonu lektur nie trafię.;-)

 

Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

sopockie impresje

czwartek, 08 marca 2012 21:58

Krótki wypad nad morze nie był zamierzony. Nikt raczej nie planuje podróży na Niebiańskie Błonia, ale kiedy już się w nią udaje… nie można go nie odprowadzić. Nadmorski stryj – choć oficjalnie w rodowodzie trochę oddalony (bo to stryjeczny brat mego ojca) – dzięki naszej przygodzie z genealogią stał się jednym z ulubionych członków rodziny. Pokłady dobrego humoru posiadał niezmierzone, toteż zafundował nam mocno nietypową i – wbrew wszystkiemu – rozweselającą ceremonię. W szczegóły wdawać się nie będę… może to zabrzmi jak herezja, jednak miłe uczucie odprężenia nie opuszczało nas aż do wieczora.

 

Rodzinne spotkanie postanowiliśmy zakończyć kameralnym spacerem we dwoje. Być na morzem i bryzy nawet nie powąchać, to przecież nie w naszym stylu.

Zmierzchało, kiedy dojechaliśmy do sopockiego Monciaka. Delfina o żabich oczach zaparkowaliśmy w pobliżu kościoła garnizonowego.

Potężna świątynia pięknie prezentowała się na tle wieczornego nieba.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Ulica Bohaterów Monte Cassino. Kiedyś często tu bywaliśmy, potem – przez kilka lat – pozostawała z boku naszych wojaży. Zmieniła się przez ten czas. Wypiękniała.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Poczesne miejsce wśród monciakowskich ciekawostek zajmuje Krzywy Domek – budowla jak z pijanego snu architekta. Można dopatrzeć się w niej inspiracji Gaudim, Hundertwasserem czy Gehrym. Rzeczywistość okazuje się o wiele prostsza: architekci (było ich siedmioro) wzorowali się na bajkowych rysunkach Szancera i Dahlego.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Z zewnątrz zakręcona niczym świński ogonek, w środku normalnieje. Zwiedzanie ograniczyliśmy do parteru. Jest tu kilka kawiarenek, pubów i… bardzo oryginalna wewnętrzna uliczka. Jedna jej strona nosi nazwę Alei Agnieszki Osieckiej, druga jest już Aleją Franciszka Walickiego (dziennikarz, publicysta, propagator muzyki rockowej uważany za pierwszego polskiego impresaria). Jak na menagera artystycznego z prawdziwego zdarzenia przystało – ściana opatrzona nazwiskiem Walickiego jest jednocześnie „ścianą sławnych podpisów”. Swoje autografy złożyło na niej wiele znanych osób, m.in. sam Franciszek Walicki, zespół Czerwone Gitary, Marek Kamiński, Olga Lipińska, Piotr Adamczyk, Jerzy Gruza, Jose Torres, Marek Niedźwiecki, Maja Ostaszewska, Magdalena Zawadzka, Krzysztof Kolberger, Marta Lipińska, Zbyszek Zamachowski, Marcin Kydryński, Maria Pakulnis, Jerzy Hoffmann i wielu innych. Chętnych do składania podpisów jest oczywiście więcej, stąd dla gawiedzi… zakaz pisania po ścianie.

:-D

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Monciak prowadzi prościutko na sopockie molo. „Przedstawiać” go nie trzeba. Wszyscy je znają i wszyscy przecież wiedzą, że to najdłuższy drewniany pomost w Europie. Spacerowanie po nim o tej porze roku ma swoje plusy. Może jest nieco chłodniej, ale za to jest to przyjemność darmowa (od października do końca kwietnia), a – po drugie – nie ma tu jeszcze tradycyjnie letnich tłumów. Cichutko, kameralnie… jod wdychamy na potęgę (moja tarczyca zaciera radośnie łapki), leniwie pstrykamy fotki… wprawdzie statyw w autku pozostał, jednak dla Pomysłowego Bodziomira nie ma rzeczy niemożliwych.;-)

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

On – wierząc w stalowy spokój swoich dłoni - kombinuje długimi czasami naświetlania, ja używam mało finezyjnego trybu „auto”. Coś tam wychodzi nam obojgu, tyle że na Bodziankowych fotkach wnikliwy obserwator dojrzy zawirowania ciał astralnych.

o:-)

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Molo jest po remoncie. Obrosło w przystań jachtową – puściutką teraz niczym bank pomysłów na uzdrowienie gospodarki. Wybudowana niemal na końcu pomostu ekskluzywna knajpka świeciła wprawdzie pustkami, ale za to malowniczo prezentowała się na tle wieczornego nieba. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Białe mewy przypominały plastyczną aplikację, odstającą delikatnie od granatowo-liliowego nieboskłonu. 

 

Photobucket Photobucket

Żegnajcie ślicznoty. Wrócimy do was jutro.

 

I wróciliśmy…

 

 Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

prokrastynacja i... koty :))

niedziela, 04 marca 2012 11:29

W USA obchodzony jest dziś dzień o śmiesznej nazwie Zrób Coś. Bardziej naukowo nazwano go Dniem Walki z Prokrastynacją.

 

Mało kto potrafi nazwać po imieniu to obezwładniające uczucie, by wszystko to, co można zrobić teraz – zrobić jutro, pojutrze, popojutrze, albo najlepiej…wcale. Wikipedia nazywa prokastynację „patologiczną tendencją do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia”. Nic dodać, nic ująć – trzeba z tym uczuciem walczyć i to nie tylko dzisiaj.

 

Prokastynacja nie jest zwykłym lenistwem, a mało jeszcze znanym zaburzeniem psychologicznym i dotyka najczęściej tych najlepszych i najzdolniejszych. Jest jak objaw zmęczenia wszechobecnym wyścigiem szczurów. Oby nie stała się chorobą cywilizacji. Zróbmy więc Coś. 

0:-)

Na początek zapraszam na wycieczkę. Tym razem mało krajoznawczą… raczej dla oczu pocieszenia niż fizycznego zmęczenia. W niedzielne przedpołudnie jak znalazł 

 

Photobucket Photobucket 


Tydzień temu zawitała do mojego miasta wystawa kotów rasowych. Wdepnęliśmy tam właściwie przelocie, w drodze do szpitala, a że calutki tydzień obfitował w moc wydarzeń wszelakich, nie było nawet kiedy o tym wspomnieć.

 O kotach rozpisywać się nie będę. Podrzucam tylko trochę zdjęć do pooglądania.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Co do Mamy… no cóż… jeszcze leży w szpitalu i ma się chyba lepiej. Wbrew temu, co mówią lekarze - ciągle trzyma się życia. Temperatury już nie ma, więc pewnie po niedzieli uda się zabrać ją do domu. W świetle ostatniej diagnozy („chora przewlekle umiera i nie może umrzeć, a właściwie nie wiadomo, dlaczego tak jest i skąd w ogóle ma tyle sił”) najlepiej będzie jej u siebie. 

 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

niedziela, 23 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 858  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207858
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2440 dni

Lubię to