Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 571 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

kiedyś trzeba wrócić

sobota, 30 kwietnia 2011 11:21

 

Do stałego lądu dobiliśmy w czwartek mocno późnym wieczorem. Do domu było jeszcze ponad 350 km, więc piątek powitał nas na trasie. Tydzień minął błyskawicznie. Przyznam szczerze, że wcale nie chciało nam się wracać.

 

Lubię Danię. Każda z tamtejszych wysp ma własną specyfikę. Dotychczas poznaliśmy najlepiej największą z nich – Zelandię. To na niej przebywamy najczęściej. Nijak nie można tam trafić bez dodatkowych opłat.

 

Drugą co do wielkości – Fionię – łączy z lądową Jutlandią bezpłatny Most Małego Bełtu, ale przejażdżka  18 km mostem (Dużego Bełtu) wymaga już opłacenia myta. Można także skorzystać z połączeń promowych – wówczas dociera się na Lolland albo Falster i stamtąd kilkoma pomniejszymi (pięknymi i już darmowymi) mostami dociera się na stołeczną wyspę. Jeżeli dysponuje się czasem - z Falsteru warto wyskoczyć na chwilę na fosolkowego kształtu wysepkę Møn. Gwarantuję, że widok tamtejszego klifu bałtyckiego pozostanie pod powiekami na zawsze.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Zelandzkie krajobrazy wpływają na mnie wyciszająco. Drogi są porządne, ludzie jacyś mniej nerwowi i rzadko spotyka się tu wariatów za kierownicą. Mnóstwo za to pasących się owiec, koni, krów… rzadziej kóz. Kolorowe (najczęściej żółte lub czerwone) domy ustawione są razem z budynkami gospodarczymi w czworobok – zapewne dla ochrony przed wiatrem. Dachy kryte strzechą są na porządku dziennym. Wjeżdżając w czwartek na prom, widzieliśmy zjeżdżające z niego samochody wypełnione trzciną – pewnie ta zagraniczna jest nieco tańsza.

 

Opisanych w fachowej literaturze i źródłach historycznych kurhanów (i pojedynczych dolmenów) jest tu tak dużo, że każda okrągła góreczka kojarzy się tylko z jednym.

 

Wracając do domu postanowiliśmy tym razem poplątać się trochę po zminiaturyzowanej Afryce, czyli duńskiej wysepce Falster. Znajduje się na niej najdalej na południe wysunięty punkt Danii, nazwany Hestehoved (czyli "głowa konia").

Photobucket (na fot. Gedser Odde)

Planowaliśmy wybrać się na sam jego koniuszek – przylądek Gedser Odde, ale wietrzysko było tak potworne, że obawialiśmy się wywiania wprost w morskie fale. Poczekaliśmy grzecznie w porcie Gedser (ok. 1,5 godz.) na swoją kolejkę, by w końcu - niczym Jonasz w paszczy wieloryba - zanurzyć się w otwartej czeluści promu o nazwie Prins Joachim.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Tym razem pasażerów było sporo, a bujało tak bardzo, że utrudniało nam przemieszczanie się po pokładzie. Przez prawie 2 godziny mieliśmy istne wesołe miasteczko – żadne zdjęcie nie wyszło prosto. Nie ma się co dziwić – burty przechylały się do rytmu 7 w skali Beautforta. Wesoło było… cały pokład nasz. Zaśmiewałyśmy się spacerując promowym korytarzem od ściany do ściany. Bodek nie opuścił ładowni i próbował spać w samochodzie. Niewiele mu z tego wyszło – fale waliły o burty, w samochodach włączały się alarmy… ale chęci miał szczere.


Photobucket

 

Do Rostoku dopłynęliśmy o tej samej porze, o której wypływaliśmy z niego tydzień wcześniej. I proszę - dzień wydłużył się na tyle, że jeszcze względnie jasno było

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

O duńskich atrakcjach jeszcze poopowiadam. Sporo ich było. Na razie próbuję przystopować galopujący czas. Tyle ma się dziać w najbliższym czasie…

 

Ale wczoraj nie wytrzymaliśmy.

Piątek (wiadomo – po podróży zalatany) zakończyliśmy… kolejnym wyjazdem. Tym razem pognało do Wolsztyna, bo tam już po raz piąty organizowano niesamowite widowisko pod hasłem „Para, dźwięk światło”. Kto raz na nim był, nie opuści już następnego.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Opowieści z trollowego lasu

środa, 27 kwietnia 2011 20:58

 

W legendarnych czasach podobno mieszkały tu trolle, ale  wystarczy dokładnie przyjrzeć się  dziwacznie ukształtowanym drzewom, by i dzisiaj dojrzeć wśród nich bajkowe istoty.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Las poskręcanych drzewisk rozłożył się na wydmach nad Kattegatem (pomiędzy Tisvildeleje a Liseleje). Komu marzy się spotkanie nos w nos z baśniowymi stworami powinien uzbroić się w cierpliwość. Najpierw czeka go ok. 2 km spacer świetnie utrzymanym i oznakowanym śródleśnym traktem. Wrócić można plażą – wiatr od morza schłodzi przy okazji rozpaloną wyobraźnię.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Troldeskoven (Las Trolli) jest obszarem chronionym. Oznacza to, że jakakolwiek ludzka ingerencja (oprócz podziwiania) jest w nim zabroniona. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Rosną tu karłowate drzewa i całkiem spore sosny powyginane w groteskowe kształty. Pośród nich leżą obalone huraganem Anatol niesamowite okazy. Anatol szalał w Skandynawii w 1999 r. Z siłą 184 km/h przewracał wszystko, co spotkał na swojej drodze. W Danii spowodował 6 ofiar śmiertelnych i ponad 800 rannych.


Photobucket Photobucket Photobucket

 

Nadmorskie wydmy próbowano zalesić już na początku XIX w. Obsadzono 500 ha. Część drzew została zaatakowana przez wyniszczającą chorobę.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Przypuszcza się, że fantastyczne kształty trollowego lasu wypracować pomogły larwy małego motyla, które niszcząc młode pędy drzew spowodowały powstanie zadziwiających form.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Cokolwiek miało wpływ na te drzewa, zrobiło to doskonale.

 

Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Fyr = latarnia

wtorek, 26 kwietnia 2011 13:27

 

Duńskie święta wielkanocne są zdecydowanie mniej świąteczne. O ile jestem w stanie zrozumieć prace na polu (cała masa traktorów się uwijała), o tyle ciężki sprzęt równający skarpę nieopodal naszego domu trochę mnie zaskoczył. No cóż - co kraj, to obyczaj.

 

Mnóstwo tubylców odpoczywało za to na campingach, grillowało, spacerowało, pogrillowaliśmy w otoczeniu tutejszej Polonii także i my. Po południu postanowiliśmy odszukać kilka lokalnych ciekawostek. Odnaleźliśmy kolejne ruiny potężnego średniowiecznego zamczyska i dotarliśmy nad brzeg Kattegatu. Wprawdzie tu zewsząd blisko do jakiegoś brzegu, bo nawet z położonego w centrum lądu miejsca do wybrzeża odległość wynosi maksymalnie 50 km, tym razem jednak skusiła nas dość oryginalna latarnia. Na razie jeszcze sporo ich stoi, ale niedługo – z racji coraz powszechniejszego stosowania nawigacji satelitarnej – zaczną pewnie znikać z powierzchni lądów.

 

Wyspiarski kraj siłą rzeczy posiadać powinien wiele latarń morskich. Ile dokładnie wybudowano w Danii, nie udało mi się wyszperać. Wiem tylko, że do roku 1950 powstało ich 197 i, że oprócz nich kraj mógł się poszczycić latarniowcami – specjalnymi statkami spełniającymi rolę świateł nawigacyjnych. Za ojca duńskiego latarnictwa uważa się króla Fryderyka II, który już w 1560 r nakazał wzniesienie w Skagen, Anholt i Kullen wież oświetlających przebiegający w ich pobliżu morski trakt.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Ta, którą wczoraj odwiedzilismy - Nakkehoved Fyr  - wyznaczała wejście z cieśniny Kattegat do Øresundu. Położona jest w północnej Zelandii w pobliżu rybackiego miasteczka Gilleleje. Ze szczytu  33 m urwiska (sporego, jak na Danię) spogląda na szwedzkie Kullen. W 1772 r. zbudowano tu dwie, niezbyt od siebie odległe latarniane wieże – wschodnią i zachodnią. Zachodnią zmodernizowano i wspólnie z tą na szwedzkim (widocznym stąd) brzegu działa po dzień dzisiejszy. Wschodnia przestała pracować ok.1882 r. Dziś jest jedną z nielicznych zachowanych na świecie latarń zasilanych węglem.

 

W średniowieczu, palono ogniska w specjalnym palenisku zwanym garnkiem Wulkana, umiejscowionym na szczycie kamiennej wieży. Paliwem było drewno, świece albo olej roślinny. W XVI w. ktoś wpadł na pomysł, by do garnka Wulkana wsypać węgla kamiennego. Okazał się bardziej ekonomiczny i dawał lepsze światło.

 

Pierwszą, w której już w 1561 r. zastosowano węgiel jako paliwo, ­była latarnia Kullen (znajdująca się wówczas w Królestwie Danii). Do XVIII. w. uważano, że umiejętnie obsługiwane otwarte palenisko węglowe jest (pod warunkiem odbijania światła przez chmury) dobrze widoczne nawet z odległości 10-12 km. Później zaczęto paleniska obudowywać przeszkloną kopułą chroniącą ogień od wiatru. Nazywano je laternami.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Nakkehoved Fyr (fyr= latarnia) to naprawdę urocze miejsce. W pobliżu umieszczono muzeum latarnictwa, w budynkach gospodarczych utworzono restaurację z tarasem widokowym. Długie ale wygodne schody wiodą na kamienistą plażę ze śmiesznym molo i schodkami prowadzącymi prosto w wody łączącego się tu z Øresundem Kattegatu. Opalać się na kamieniach trochę niewygodnie, można za to zbudować z nich wspaniałe trolle. Zapamiętaliśmy takie z wizyty w okolicach norweskiej Drogi Orłów i Drogi Trolli, po naszych wczorajszych nabrzeznych manewrach pozostała więc w Nakkehoved cała trollowa rodzinka.

 

Photobucket  Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  Photobucket Photobucket Photobucket

 

Tuż przy latarni rośnie sporo dziwnie powykręcanych drzew. Niektóre z nich -  rozłożyste i niesamowicie przez naturę ukształtowane - z powodzeniem zastąpić mogą dziecięcą twierdzę albo zamek. Kiedy zazielenią się do końca, staną się doskonałą kryjówką.


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Dziś wybieramy się ponownie do ruin zamczyska Søborg. Pogoda prawdziwie letnia. Mamy zamiar spedzić czas przy kociołku, a w drodze powrotnej może uda się odnaleźć Las Trolli? 



Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Påske, czyli święta po duńsku

poniedziałek, 25 kwietnia 2011 9:28

 

Prawdziwy Duńczyk Wielkanocną Niedzielę rozpocząć powinien od zjedzenia (jeszcze w łóżku) jabłka – to dla zdrowotności, ponieważ zapewniało to ochronę przed chorobami wszelakimi. Jeszcze przed śniadaniem należało także obmyć się w zimnym strumieniu dla zapewnienia sobie pięknej i zdrowej cery aż do następnej Wielkanocy, a potem wskoczyć do tej samej wody, żeby ciału – oprócz urody – zapewnić także sprawność fizyczną.

 

Photobucket

 

Z wielkanocną duchowością trochę tu na bakier, ale to chyba syndrom naszych  czasów. Niemal wszystkie sklepy (w tym supermarkety) były wczoraj normalnie otwarte.

 

 Dawne duńskie zwyczaje nie odbiegają wiele od ogólnie przyjętych w chrześcijańskim świecie. Ciekawostką jest specjalna Wielkoczwartkowa zupa ugotowana z dziewięciu rodzajów kapusty. Była panaceum na wszelkie choróbska, a święta liczba „9” symbolizować miała brzemienność Maryi i narodziny Chrystusa po dziewięciu miesiącach.  Ponieważ zdobycie tylu różnych kapuścianych odmian o tej porze roku graniczyło z cudem – zupę gotowano z „kapustopodobnej”  zieleniny (przy czym podobieństwo ograniczało się jedynie do koloru). Rolę tego warzywka doskonale pełniły najróżniejsze kiełki. Czy tradycja jest nadal respektowana – pojęcia nie mam, ale taka zupa chroniła przed urokami i potworami przez calutki rok, więc warto było poświęcić trochę czasu na szukanie kiełków i pitraszenie z nich polewki. Wielki Czwartek był niezwykle ważny, bo na wieczorną mszę przychodziły nawet wiedźmy i dręczące ludzi za dnia jędze. Aby je łatwo rozpoznać, każdy starał się mieć  w kieszeni talizman - pierwsze jajko zniesione przez młodą kurę.  Pierwsze jajka kur miały  niezwykłą moc – poświęcone wcześniej przez pastora i zakopane na polu, gwarantowały urodzaj .

 

Owsikowa tradycja wielkanocna wygania nas od stołu niemal zaraz po świątecznym śniadaniu. Zapakowaliśmy się całą ósemką w dwa auta i pojechaliśmy nad największe duńskie jezioro w nadziei, że tutaj będzie wiało nieco mniej niż nad morzem.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Dawno temu Arresø było fiordem cieśniny Kattegat i dopiero ostatnie zlodowacenie odcięło je od wielkiej wody tworząc akwen o powierzchni 3987 ha i średniej głębokości 3,1 m. Nad jego brzegami znaleziono najstarsze w Danii ślady osadnictwa ludzkiego, tutaj lokalizowano pierwsze warowne zamki i chrześcijańskie klasztory. Dziś dookoła rozłożyły się urocze miejscowości, a dla wygody ich mieszkańców przygotowano cały szereg łąk z dostępem do wody.  Można tu powędkować (karta wędkarska do kupienia na poczcie), wyhasać psa i … gołębie. Można poucztować przy stolikach, przy których my rodzinnie graliśmy w Sabotażystę.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Photobucket Photobucket Photobucket

 

 

No i Dzieciaczki mogły wreszcie – jak wszystkie Maluchy na całym świecie – poszukać w trawie jajeczek i czekoladowych zajączków.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Po  kilku godzinach zabawy na świeżym powietrzu połączonych z dość obfitym połowem odbębniliśmy jeszcze wizytę w starym młynie w Melby

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

na królewskim (choć trochę zrujnowanym) dworze  i na plaży nad Kattegatem.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Photobucket Photobucket 

 

W Dronningholm (ruiny zamku) spotkaliśmy nawet zaklętego w żabę Księcia,

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

...

ale o tym wszystkim opowiem trochę później, bo dom zaczyna się budzić i pewnie bez polskiej tradycji lanoponiedziałkowej jednak się nie obędzie…


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

a rano zatańczy słońce

sobota, 23 kwietnia 2011 23:29

 

Pokarmy poświęcone, pisanki pomalowane...


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

... dzieci wykąpane, pogoda jak drut – prawie już gotowi jesteśmy do świętowania, a – jako że przygotowujemy się do tego w prawdziwie wyspiarskim kraju – słów kilka o Danii. Jej powierzchnia wynosi nieco ponad 43 tys. km². Większość terytorium  rozłożyła się na 443 wyspach („ø” to po duńsku „wyspa” -  rewelacyjnie, prawda?). Z całego tego bogactwa większych lub mniejszych lądów wyłaniających się spośród morskich fal - zamieszkałych jest tylko 76.

 

Populacja kraju liczy niespełna 6 mln mieszkańców. Większość (77%) to luteranie (praktykuje zaledwie 2-3%). Skupieni są w 2000 parafii. Katolików jest 0,64 %. Do swojej dyspozycji mają 100 kościołów. Listę wszystkich mogliśmy sobie zabrać z kopenhaskiego Sankt Antoni Kirke. Wyczytałam z niej, że msze w języku polskim odprawiane są raptem w 12.  Trzy najbliższe nam (w tym wspomniany kościół św.Antoniego) znajdują się w Kopenhadze. W dwóch odbywają się msze po polsku, w trzecim – po ukraińsku. Ze święconką musieliśmy dojechać na 11.00, 12.00 lub 13.00. Wybraliśmy tę ostatnią opcję, ponieważ od stolicy dzieli nas 60 km.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Gdyby nie GPS, pewnie w ogóle minęlibyśmy kościół. Budynek raczej świątyni nie przypominał. Wnętrze bardzo siermiężne, ale wypełnione wiernymi do ostatniego centymetra. Ksiądz wody święconej nie żałował – ani w środku, ani na zewnątrz kościoła, a nawet osobiście wrócił do koszyczków naszych wnucząt, które podczas świecenia (wnuczęta i koszyczki) stały niepocieszone w samym kąciku, koło organów.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

(na ostatnim zdjęciu - mały pokoik, w którym można po mszy wypić sobie spokojnie kawę)

 

Wprawdzie większość wyspiarzy od dawna juz traktuje Wielkanoc jako dwa wolne od pracy wiosenne dni, ale zgodnie ze starą tradycją Niedziela Wielkanocna uważana jest za dzień szczęśliwości. Słońce wtedy tańczy z radości, że Chrystus zmartwychwstał.


Popatrzcie rano uważnie – u nas także powinno zatańczyć.


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 625  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207625
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2437 dni

Lubię to