Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

...a tańczących parowozów żal...

poniedziałek, 30 kwietnia 2012 21:09

…nawet nie wiecie jak bardzo…

 

„Parowóz” to rodzaj męski. Dziwne… mnie kojarzy się zdecydowanie żeńsko, tylko jak go tu po babsku nazwać?  Może „paromanka’”? (od furmanki).

Każdy, kto choć raz zobaczył taki pojazd na wybiegu, z pewnością przyzna mi rację. W końcu nie wybiera się w Wolsztynie mistera, tylko miss parowozów.

I kto nią został w tym roku (tradycyjnie zresztą)?

Piękna Helena!

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Krótkie wspomnienie z lat minionych:

Leciwe, buchające parą damy wynurzające się z powoluchnu czeluści swej parowozowni wywoływały owacje na stojąco i  myślę, że nie ma na świecie istoty, której nie marzyłby się choć raz w życiu taki aplauz (dedykowany tylko jej osobie). Gapie otwierali z zachwytu usta, a parowozy (paromanki)… dobrze się bawiły. Tu wesoły gwizd, tam popuszczony niechcący kłąb pary – aż dech w piersiach zapierało.

Bez personifikacji ani rusz. Zwinnie kręcące się na obrotnicy parowozy naprawdę wyglądały, jakby przymierzały coraz to nowe sukienki. Feeria barw, wspaniała muzyka… najprawdziwszy Bal w Operze!

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

Tak było.

Podziwialiśmy widowisko, stojąc pośród tłumu takich jak my zbzikowanych pomyleńców. Przyjeżdżaliśmy kilka godzin naprzód, aby na specjalnie podstawianej platformie znaleźć dogodne do fotografowania miejsce. Międzynarodowe życie towarzyskie kwitło. A wieczorem – jęki zachwytu przerywane trzaskiem zwalnianych migawek, rzucanymi w przestrzeń  instrukcjami najlepszego ustawienia parametrów aparatu… tego nie da się opowiedzieć. Tam trzeba być!

 

W tym roku wymyślono zupełnie inną formułę. Pomyleńców z aparatami zepchnięto gdzieś tam, w niebyt. Platformy widokowej nie było. Teren przy obrotnicy obstawiono krzesełkami tylko dla wybranych. Tylu strażników w życiu nie widziałam! Gawiedź niech sobie na telebimach podziwia przygotowane przez Wołoszańskiego inscenizacje.

Niedoczekanie!

Filmy to ja lubię oglądać w kinie albo w domu, siedząc w wygodnym fotelu z piwkiem lub kieliszeczkiem ulubionej nalewki w dłoni. My (i nie tylko my) nastawialiśmy się na focenie oryginałów, a nie obrazu z telebimu! No to… zabraliśmy swoje zabawki i - jak wielu nam podobnych – wróciliśmy do domu.

Kto ciekaw, może zerknąć tutaj – nogi nie bolą, nikt nie zasłania (tylko zapachu pary brak)

http://www.youtube.com/watch?v=3tvchyLSeNw (you tubowe filmiki jakoś nie chcą ostatnio wchodzić, albo ja nie potrafię ich wstawić, dlatego proponuję po rostu klinąć w link)

 

Mimo wszystko do Wolsztyna warto jeździć. Mam nadzieję, że  Parady Parowozów będą nadal organizowane (bo różne słuchy na ten temat chodzą). O olbrzymiej popularności imprezy świadczyć mogą winogronka gapiów, zwisające z każdego możliwego podwyższenia, na które tylko można było się wdrapać. Widoczki niczym z Indii lub Pakistanu :-D

 

Photobucket Photobucket 


Piękne maszyny gnające po torze w te i wewte - z gwizdem, z fasonem, w kłębach pary -  nie wyglądały na wycofywane z użytku staruszki. To tak, jak z ludzkim schorzeniem „siądem”  zwanym. Niby powinien doskwierać, ale… jak tu się skarżyć, skoro z każdym nowym rokiem lat ubywa (do stu oczywiście, bo „siąd” to nic innego, jak skończone 50 lat).


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Zwariowane drezyny (w tym ciągle spadająca z szyn ticozyna) także wywoływały uśmiechy na ustach. W życiu nie widziałam tylu zadowolonych ludzi na raz. Mimo nieznośnej spiekoty i ścisku dookoła, dopóki pokaz trwał - nikt nie narzekał.

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

Photobucket Photobucket Photobucket 

A później? Później można było powspominać stare czasy w salach Muzeum, no i pobuszować po zbudowanej w 1907 r. parowozowni. Wielka, zapraszająca szeregiem wachlarzowo ustawionych wrót szopa - garaż, pełna jest tajemniczych zakamarków. Podłoga lepi się (zwłaszcza w upale) od wsiąkających w nią przez ponad wiek smarów i olejów, pomiędzy kanałami naprawczymi stoją wiekowe piece Hohenzollerna. Jeszcze piękniejszy, żeliwny ogrzewacz stoi w pomieszczeniu spawalni. Stara wieża wodna (1907) jest ciągle sprawna, a żurawie wodne z 1901 r. należą do najstarszych w Polsce.


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 


Mało tego! Wolsztyńska Parowozownia to jedyny taki skansen w Europie. Jedyny, bo ciągle działający! Codziennie wyjeżdża stąd na trasę do Poznania pociąg ciągnięty przez wesoły parowóz. I potem jeszcze z Poznania wraca. Ha!

 

Ps. Piękna Helena - tak miała na imię żona jednego maszynistów. Myślę, że gabarytów była nieco mniejszych od odnoszącej sukcesy na kolejowych torach imienniczki :-D:-D:-D

 

 

Photobucket 

 


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

pokrzyżackie cudności

poniedziałek, 23 kwietnia 2012 20:20

Kiedy Konrad Mazowiecki sprowadził nam na kark Zakon Szpitalników Najświętszej Panny Maryi, pojęcia nie miał, że w końcu całkowicie wymkną się spod kontroli. Pewnie gdyby taka myśl przemknęła mu kiedyś przez koronowaną głowę, wolałby się w nią najpierw po plebejsku puknąć, a do swoich utarczek z Prusami wynająć kogoś innego. Może wybrałby ostrożną przyjaźń z plemionami zamieszkującymi wtedy północ dzisiejszej Polski? I stałoby się tak, że po Ziemi Chełmińskiej ciągle chodziliby ludzie władający pruski dialektem?...

 

Ech… nie czas żałować róż, czas za to skończyć gdybanie, bo jakoś mało melodyjnie brzmi ;-) 

 

Faktem jest niezaprzeczalnym, że Krzyżakom nowe tereny do gustu przypadły, oj przypadły… W krótkim czasie utworzyli na nich szereg komturii i pobudowali sporo warowni. Malbork znacie wszyscy, a o Bierzgłowskim Zamku słyszeliście?

 

Photobucket Photobucket


Pewnie już niekoniecznie, a miejsce i urody cudnej, i w piramidzie historycznej umiejscowione dość wysoko.

 

   Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

W końcu to właśnie tutaj znajduje się najstarsza z najstarszych gotycka, ceramiczna płaskorzeźba powstała na terenie krzyżackiego państwa. Starszej od niej nie ma ponoć w całej Europie.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Nie jest zbyt imponująca i łatwo można ją przeoczyć. Na przełomie XII i XIII w. ozdobiono nią otwór bramny. Zrządzeniem losu (i Konrada Mazowieckiego) wejściem tym można było dostać się na wewnętrzny dziedziniec krzyżackiego zamczyska.

 

Trochę nieudolnie odwzorowanej postaci rycerza na koniu towarzyszą dwaj „spieszeni”, acz uzbrojeni we włócznie i miecz giermkowie. Nie wiem czy ci „giermkowie” to nie moja nadinterpretacja, bo tak do końca nikt do dziś nie wie, kogo płaskorzeźba ma przedstawiać. Jedni skłaniają się ku stwierdzeniu, że jest to krzyżacki mistrz w towarzystwie swoich rycerzy, inni uważają, że tryumfalnie wjeżdżający do Jerozolimy Chrystus. Za drugą teorią przemawia chyba rumak. Przyjrzyjcie się dokładnie. Czyż nie przypomina muła?

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Krzyżacki kompleks warowny składał się z zamku wysokiego, otoczonego międzymurzem i fosą kapitularza oraz podzamcza. Historia nie obchodziła się z nim najlepiej – przechodził z rąk do rąk, dokuczały mu pożary, to popadał w ruinę, to próbowano go odbudowywać. Kiedy na początku XX w. pruski rząd odkupił go od prywatnego właściciela, prace rekonstrukcyjne ruszyły pełną parą. Powierzono je znawcy architektury państwa zakonnego – Konradowi Steinbrechtowi, temu samemu, który odtworzył warownię malborską.

 

Obecnie mieści się tu Diecezjalne Centrum Kultury. Całość naprawdę zadbana. Kiedy – sporo lat temu - byliśmy z pierwszą wizytą w Bierzgłowskim Zamku, ograniczyliśmy się jedynie do spaceru po dziedzińcu i podziwiania stareńkiej rzeźby. Akurat wtedy odbywały się rekolekcje, nie wypadało więc przeszkadzać. Wczoraj udało nam się trafić w czasie wolnym od wszelakich uroczystości. Obowiązkowo skorzystaliśmy z okazji, by wejść i do kaplicy. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  Photobucket 

Wychodzić już się nie chciało - ten klimat, stalle, sklepienia, wąskie okna… brakowało jedynie odbijających się od murów dźwięków gregoriańskiego zaśpiewu.

Nawet mego Bodzianka uduchowiło tak bardzo, że skrzydełek dostał

:-D:-D:-D

 

Photobucket 

 

Do parku, niestety, nie weszliśmy. Bramę zamknięto z uwagi na toczące się za nią jakoweś remonta. Fragmenty fosy podziwialiśmy jedynie przez siatkę, a zamku od drugiej strony zobaczyć się nie udało. 


Photobucket

 

Jest powód, by tam wrócić po raz kolejny. Może wtedy nie doścignie nas już krzyżacka klątwa (bo to, co działo się z naszym pojazdem podczas powrotu do domu wyglądało dokładnie jak gotowy scenariusz z księgi anatem wszelakich, ale  to już zupełnie inna opowieść...)


Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Dwie wieże…

czwartek, 19 kwietnia 2012 22:04

… chociaż ani Tolkien, ani „Władca pierścieni” nie mają z nimi nic wspólnego, mnie zwyczajnie zauroczyły :-)

Myślę, że i wam się spodobają. Spójrzcie tylko… 

 

Photobucket Photobucket

 

Obie od kilku wieków stoją sobie spokojnie na południu lubuskiego (a obiegowa opinia głosi, że to najmniej turystyczny region).

Obie czegoś strzegły.

Pierwsza (w Witkowie) strzegła granicy między księstwem żagańskim a głogowskim.

Druga (w Dzietrzychowicach) - traktu wiodącego z kasztelanii żagańskiej do nowogrodzkiej

Mieszkalne wieże rycerskie.

Średniowieczne.

Obie są urokliwe i obie są obecnie własnością prywatną. 

 

Pochodzą z XIV/XV w. i chociaż wielokrotnie je potem przebudowywano, nie utraciły swego charakteru. Powstały z kamienia polnego, uzupełnianego z czasem cegłami. Witkowska wieża była nawet otynkowana i ozdobiona sgraffito. Jego resztki są jeszcze widoczne. Nie zachowały się natomiast elementy zdobnicze z piaskowca… tzn. zachowały się… w piwnicy. Złożono je tam (bardzo mądrze) na przechowanie, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero po otwarciu piwnicznych drzwi. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wnętrze wieży w Witkowie zaskakuje. Sądząc po stanie gontowego dachu, nie spodziewaliśmy się w środku specjalnych atrakcji (poza oczywiście opisywanymi w źródłach resztkami średniowiecznych fresków). Zastaliśmy pięknie odnowione komnaty a nad oknami malowidła jak marzenie. Ech – wychodzić się stamtąd nie chciało. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

To jeszcze nie koniec atrakcji, jakie zaserwowała nam piękna wieża (mówi się, że najlepiej zachowana w naszym województwie). Kiedy w poszukiwaniu oryginalnych sklepień udaliśmy się do piwnicy, ciemne korytarze wyprowadziły nas… do sąsiedniego budynku. Tyle się mówi o podziemnych tunelach. Niemal każdy szanujący się zbytek powinien takowe posiadać, tyle, że najczęściej są to tylko legendy, tymczasem tu - proszę – sami w niego wdepnęliśmy :-D Wrażenie…niesamowite…

 

Photobucket Photobucket 

Dzietrzychowicka budowla jest troszkę inna. Przede wszystkim nieco wyższa, a po licznych przybudówkach zostały tu już tylko fundamenty. Tym sposobem nie udało się sprawdzić legendy o tajemniczym korytarzu-tunelu wiodącym pod stawem (!). Wprawdzie jakieś schody prowadzące pod ziemię odkryliśmy, ale… pod nieobecność gospodarzy nie wypadało z nich korzystać.

W przeciwieństwie do poprzedniej budowli – ta posiada odnowiony strop i dach. Komnaty – póki co – pozostają raczej w domyśle.

 

Photobucket Photobucket  Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wieże są przewspaniałe, a w dodatku mało znane tzw."szeroko pojętemu turyście". Leżą w wioskach na uboczu. Mało kto je odwiedza. Może to i lepiej?

 


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

tradycyjny wielkanocny spacer - fort Sarbinowo

poniedziałek, 09 kwietnia 2012 22:13

…a właściwie wycieczka wielkanocna...

...bo przecież - jak na „owsiki” przystało - musiała się odbyć. Nie mogliśmy sprzeniewierzyć się tradycji rodzinnej, tym bardziej, że kolejne pokolenia winny nią systematycznie nasiąkać.

Plany wyjazdowe były odrobinę inne.

No i co z tego?

Wszelkie plany są po to, aby je weryfikować. Z podpoczdamskiego Beelitz wykiełkowało podkostrzyńskie Sarbinowo. Tam ruiny i tu ruiny. Te drugie bliżej, więc chociaż bywaliśmy tam już wiele razy, właśnie ta „nieodległość” przeważyła szalę. Tym bardziej, że zamiast zapowiadanego przez synoptyków śniegu przywitało nas rankiem prześliczne słońce, niebieściutkie niebo z mnogością białych baranków i przejrzystość powietrza niemal idealna. A że niewiosennie chłodno, to co? Wystarczy ubrać się na cebulę.

I tyle:-D


Wielkanocne śniadanie - z racji swojej świąteczności obfitsze niż zazwyczaj – najlepiej spalić w niezbyt ugładzonym terenie. Fort w Sarbinowie po temu idealny. Obszar solidnie pofałdowany, sporo schodów, trzeba się trochę powspinać, trochę pogimnastykować (z latarką w ręku) i przede wszystkim mieć oczy dookoła głowy. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Kiedyś wjeżdżaliśmy do jego wnętrza samochodem, dziś wita wszystkich tablica informująca, że wstęp tam (raczej) wzbroniony, bo obiekt grozi zawaleniem. Na razie jednak trzyma się dość mocno.

 

Fort jest monumentalny, niezwykle efektowny. Co tu dużo mówić – robi wrażenie nawet na ludziach, których raczej nie można zaliczyć do miłośników fortyfikacji. Potężne pomieszczenia zrujnowane są w różnym stopniu.  Na wyobraźnię działa najbardziej miejsce, gdzie ze schodów i stropów rozdzielających piętra zachowały się jedynie niewielkie ich fragmenty (tuż przy ścianach).

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wybudowano go w latach 1883-89 niemal równolegle ze znajdującym się po drugiej stronie Odry (nieco mniejszym) fortem Gorgast. Ten drugi zachował się w stanie niemal idealnym.

Oba miały osłaniać Kostrzyn. Chichotem historii można nazwać fakt, że już w momencie zakończenia budowy były zwyczajnie przestarzałe. Techniki artyleryjskie rozwijały się wówczas błyskawicznie. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket  Photobucket Photobucket Photobucket 


W następnych dwóch latach próbowano go wzmocnić. W efekcie powstały w nim dość solidne magazyny amunicji i prochownie (niektóre zachowały się w niezłym stanie).


W latach pierwszej wojny sarbinowski fort nadał się idealnie do utworzenia w nim obozu jenieckiego. Po jej zakończeniu przejściowo ulokowano w jego pomieszczeniach niemieckich uchodźców, którzy zmykali z terenów, jakie na mocy traktatu wersalskiego przypadły II Rzeczypospolitej.


Czas drugowojenny to adaptacja fortu na filię słońskiej fabryki amunicji, a po wojnie przez jakiś czas detonowano w jego wnętrzach niewypały… nie pozostało to bez wpływu na stan jego ścian i stropów… 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 


Obserwując dziś zmagania tenisistów na paryskich kortach Rolanda Garrosa w turnieju jego imienia, warto wiedzieć, że to właśnie w murach sarbinowskiego fortu (w obozie jenieckim) słynny as lotnictwa spędził dwa lata. W dodatku nie była to jedyna sławna osoba, której śladów można tutaj szukać. W Sarbinowie osadzono także Wiliama Leefe Robinsona – angielskiego pilota, który jako pierwszy zestrzelił sterowiec bombardujący Londyn oraz Michała Tuchaczewskiego - późniejszego marszałka ZSRR. Mało tego, Tuchaczewski wspólnie z Garrosem próbowali stamtąd uciec przy pomocy własnoręcznie wykonywanego podkopu. 

 

Dzisiejsi mieszkańcy frotu to pierwsze wiosenne kwiatki i... owady. Całkiem sympatyczne towarzystwo...:-)

 

Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

wielkanocnie… z jajem i w dodatku kresowo (ciutkę)

piątek, 06 kwietnia 2012 22:56

Wielkanoc nadchodzi nieubłaganie.

Jako, że Święta z założenia powinny być radosne, życzę wszystkim wiosny w sercu i pogody w duchu, a reszta już sama przyjdzie.


Wielobarwność Wielkiej Nocy jest niekwestionowana… nooo… iii … jej wielka „jajowość” ;-) Zdarza się, że przez cały rok nie skonsumujemy tylu jaj, co podczas nadchodzących dwóch dni. Wielkanocne bitwy pisankowe dostarczają tak wielu kalorii i cholesterolu, że aż strach pomyśleć. Ale co tam! Święta nie są od myślenia, a tym bardziej tradycja :-]. Tradycję się kultywuje i tyle.

 

 Nie wiem jak u was, ale w naszym domu amatorów trykania się pozornie kruchymi „czubkami” i „dupkami” jest aż nadto. Najpierw następuje wnikliwy przegląd wszystkich wylegujących się na talerzu pisanek, kraszanek, malowanek, wyklejanek – pod kątem ich twardości oczywiście – a potem w jednej chwili trzask-prask i ulotne piękno pozostaje na talerzyku w formie mało artystycznej kupki skorupek.

 

W terminie okołowielkanocnym ożywają szufladki mojej pamięci. Wypycha się z nich bez pardonu wielkie jajo. Robi to z bardzo prostego powodu -  jest największą pisanką świata, którą osadzono (grubszym końcem) przy ulicy Czornowola w Kołomyi. Budowano ją – bagatela – tylko trzy miesiące, a środek wypełniono dziesiątkami tysięcy miniaturowych arcydzieł. To Muzeum Pisanek – obiekt z gatunku „szczękoopadających”. 

 

Photobucket 

W życiu nie widziałam takiej różnorodności. Feeria barw (czasami kłujących w oczy), mnogość technik wszelakich, nieustająca pochwała ludzkiej pomysłowości. Dwupiętrowe, wysokie na 13,5 m jajo samo w sobie jest oryginalnie ozdobioną pisanką. Moja wyobraźnia nigdy nie podjęła się wizualizacji ptaszyska, które mogłoby być ewentualną mamusią tego ukraińskiego cudu.

 

A wiecie, że pierwsze pisanki powstały przed pięcioma tysiącami lat w Persji? Aż do dzisiaj trwa wyścig – kto piękniej ozdobi drobiowe jajo, bez różnicy kurze, kacze, gęsie czy strusie. W Kołomyi zebrano prawdziwe dzieła sztuki z Huculszczyzny, Pokucia i reszty świata. Są egzemplarze z Japonii, Chin, Sri Lanki, są egipskie, izraelskie, kanadyjskie… trudno wymienić wszystkie, ale polskich nie zabrakło.

 

Te najbardziej tradycyjne pokryte są delikatnymi wzorkami, a wzorki są zaczarowane bo… mówią. Tu nie tylko rysunki, ale nawet ich ułożenie ma – zgodnie z ludowymi przekazami – ogromne znaczenie. Tyle tego, że nie sposób spamiętać. Jedyne, co utkwiło w mojej głowie, to falista linia zwana bezkonecznikiem. Miała symbolizować nieskończoność ludzkiego istnienia (ale także wodę). Zgodnie z ukraińskim zwyczajem, obdarowanie kogoś pisanką z bezkonecznikiem gwarantowało mu całoroczne bezpieczeństwo. Żadna zła siła nie mogła go dopaść. Falista linia odgrywała rolę czarodziejskiego wiru – cokolwiek raz w niego wpadło, miało jak w banku, że nigdy nie zdoła się uwolnić...

 

Życzę Wam wielkanocnie abyście otrzymali od Zajączka pisankę z bezkonecznikiem, a jeżeli nie ma u was zwyczaju obdarowywania malowanymi jajkami – sami sobie taką sprokurujcie. Będzie lepsza od bodyguarda  :-D


Podczas ozdabiania jajecznej skorupki możecie powtarzać znany w przedwojennej Polsce wierszyk:


Kołomyja to stolica

każdy człek się nią zachwyca

zna ją także zagranica

Kołomyja słynna jest

 

albo

 

Kołomyja nie pomyja

Kołomyja miasto

a dziewczyny tam smakują

jak najlepsze ciasto

 

(a tak na marginesie – do Kołomyi właśnie sięgają korzenie mojego ulubionego, śpiewającego taksówkarza – pisałam kiedyś o nim)

 

Dziękuję też pięknie Wszystkim za słowa otuchy i za to, że jesteście przy mnie nawet wtedy, kiedy mnie tu nie ma…serce

 

 


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  208 003  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 208003
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2441 dni

Lubię to