Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 963 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Tam, gdzie templariusze i joannici bywali - Lubów

wtorek, 31 maja 2011 12:47

 

Urodziłam się przy zachodniej granicy. Miejsc z polską historią związanych może tu nie za wiele (ale są), mnóstwo za to potemplariuszowskich i pojoannickich pozostałości. Niektóre znane w świecie (np. moje ulubione Chwarszczany, albo Słońsk), inne kompletnie nieznane, jak chociażby niepozorny kościółek w Lubowie (powiat sulęciński, gmina Torzym). Kto by pomyślał – patrząc na tę budowlę - że ongiś krążyły o niej przysłowia?


Lubów

 

Sama wieś należała początkowo do templariuszy. Po głośnej kasacie zakonu sporą część ich dóbr przejęli – zgodnie z wolą papieża Klemensa V – joannici. Lubów już od 1350 r. wymieniany jest w źródłach pisanych jako własność joannitów ze Słońska.

 

Lubów

 

Stojący mniej więcej pośrodku wsi kościół pw. Bożego Ciała zbudowano w stylu gotyckim ok. 1520 r. Świątynia – jak na mały wiejski kościółek – jest dość szczególna. W końcu niewiele z nich posiada piękne, sieciowe sklepienie.


Lubów-wnętrze Lubów - sklepienie

 

Niezwykły jest też dach budowli –bardzo, bardzo stromy, wysoki, kryjący przebudowaną wprawdzie, ale nadal średniowieczną więźbę dachową. Wnętrze więcej niż skromne.  Wchodząc trzeba uważać, ponieważ poziom gruntu dookoła budowli znacznie się przez wieki podniósł i do środka kościółka sprowadzają schody, których zupełnie się tu nie spodziewamy.

 

Lubów-wejście do kościoł

 

Typowo ewangelicki ołtarz ambonowy usunięto po 1945 r. Po bokach nowego ołtarza powieszono obrazy namalowane przez miejscowego twórcę. Takiej Matki Boskiej nie widziałam nigdzie.

 

Lubów-ołtarz

 

Na bocznej ścianie znajduje się zatynkowana tablica pierwszowojenna, poświęcona poległym pod Verdun mieszkańcom Lubowa. Podobno są na niej tylko trzy nazwiska (a właściwie jedno, tylko imiona różne). Ufundowała ją rodzina poległych, której przedstawiciele konno pojechali do Verdun po prochy swoich bliskich.


Lubów - miejsce tablicy pierwszowojennej

 

Maleńkie boczne okienka doświetlające sugerują, że nad wejściem (od strony zachodniej) musiał kiedyś znajdować się chór. Empor bocznych z pewnością nie było (wskazuje na to brak większej ilości małych okienek).


Lubów-okienka sugerujące istnienie empory

 

Kamienno-ceglana, otynkowana świątynia otoczona jest murem z kamienia. Na terenie przykościelnym urządzono lapidarium XIX w. nagrobków z dawnego cmentarza ewangelickiego. Zgodnie zabrali się do tego mieszkańcy wsi.


Lubów-lapidarium

 

Świątynia pierwotnie była bezwieżowa (i tak też jest dzisiaj). Później wieżę dobudowano od strony zachodniej. Ząb czasu nadgryzł ją do tego stopnia, że w latach 40. XX wieku została rozebrana. Dziś, żeby sprawdzić kondycję więźby dachowej (dodam, że bardzo kiepską), trzeba po drabinie wspinać się do małych drzwiczek nad wejściem. Miejscowa ludność zabiera fundusze a remont. Oby im się udało.

 

 Jeszcze ciekawostka:

Źródła pisane donoszą, że ściany kościoła niemal w całości pokryte były malowidłami pochodzącymi z okresu jego budowy. Podobno okoliczna ludność długo używała żartobliwych określeń w odniesieniu do nadmiernie ozdobionych domów, albo … gospodyń. Wymalowałaś się jak kościół w Lubowie, albo Wymalowany jak lubowski kościół – mawiano. Przekazy ludowe skłoniły konserwatorów do próby ustalenia, czy rzeczywiście ściany świątyni pokryte były freskami.


Lubów - odkrywki podtynkowe

 

Dokonano szeregu kilkucentymetrowych odsłonięć warstw farby na ścianach. I co się okazało? Freski na sklepieniu zachowały się z pewnością i to w niezłym stanie. Niestety… im bliżej podłogi, tym gorzej 


Cdn. 


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Na luzie

poniedziałek, 30 maja 2011 18:02

czyli życzeniowo dla Wszystkich, a co :-D


Dzień rozpoczął się od wesołego sms-a. Wczorajsza solenizantka pisała: „Dziś jest Fajniedziałek (to z bajki Gabrysia)”

Jedno słówko i od razu uśmiech wypełza na oblicze.

A gdyby tak zastosować ten klucz do nazwania pozostałych dni tygodnia?

Mogłyby nazywać się np.:

 

Fajniedziałek

Fajtorek (albo Fajorek lub nawet Fajniorek)

Fajroda

Fajartek

Fajątek

Fajota

Fajdziela

 

Przy takim nazewnictwie caluchny tydzień powinien przebiegać radośnie, prawda?
To co? Robimy fajnistą rewolucję?

Tylko jak ją nazwać – Fajolucja? Fajsurekcja? Fajewolta?

 

U mnie Fajniedziałek całą gębą – po trzech długich tygodniach Mężuś do domu powrócił 0:-)


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

dwukategoryjnie, czyli imieninowo-cytrynówkowo (ze wskazaniem na ważniejszą okoliczność)

niedziela, 29 maja 2011 12:59

 

7.00

Jako, że dziś dzień podwójnie świąteczny – wypadało zebrać się w sobie i wpis jakowyś poczynić jeszcze przed południem. Postanowienie postanowieniem, ale WP miała coś naprzeciw wszystkim moim pomysłom. Do siebie zalogować się nie mogłam (nie wspominając, że całkowity brak wpisów ogłoszono). 

U innych podobnie – albo wpisów brak, albo informacja, że zostały ukryte bądź skasowane, albo jeszcz to, co lubię najbardziej – biała kartka z informacją „Jest 866 100 blogów”. Photobucket Chwalipięty! I co z tego???

 

Postanowiłam sobie odpuścić.

Wpis przygotowałam na brudno. Wstawię, jak się uda, a póki co za porządki się zabiorę. Małżonek jutro wraca z kuracji, a w domu tylko „dziada z babą brakuje”. Tzn. baba już jest i musi jakoś to wszystko poukładać. Czuję się trochę jak Herakles przed wejściem do stajni Augiasza... albo jak Syzyf u podnóża góry Photobucket


 

12.45

Jest dwunasta z kawałkiem. Z bólami, ale coś tam w mieszkanku porobiłam. Na „po piętnastej” zmykam do mamy, dlatego – raz kozie śmierć – próbuję teraz wrzucić swoje trzy grosze.

 

 

Wpis właściwy brzmi tak:

 

Pierworodna Latorośl imieniny dziś obchodzi., a ponieważ trochę daleko mam do Niej – kwiatki przesyłam wirtualne


z najlepszymi zyczeniami :))

 

i na dodatek mądrość chińską z gatunku tych, co warto zapamiętać na całe życie, a regularne jej stosowanie może przynieść wymierne efekty:

Jeśli zdobędziesz się na cierpliwość w jednej chwili gniewu, zaoszczędzisz sobie sto dni przykrości.

… tylko jak to zrobić? Kiedy człowiek zły, cierpliwość schowana daleko…

 

 

Druga dzisiejsza okazja, to Międzynarodowy Dzień Cytrynówki. Wypromowali go krakowscy żacy„zauroczeni aromatem świeżych cytryn”, ale świętować może każdy rozmiłowany w tym oryginalnym trunku (oczywiście własnej roboty). Z doświadczenia wiem, że nalewki wszelkie o miodowo-cytrynowym zapachu doskonale sprawdzają się na towarzyskich imprezach (z nadchodzącym Zjazdem Kielaków włącznie). Jeśli po powrocie od mamy uda mi się wygrzebać jakąś buteleczkę z otchłani własnego barku – poświętuję wieczorkiem… czego i Wam życzę…


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

eksponaty muzealne...

sobota, 28 maja 2011 22:27

 

Są takie eksponaty, które potrafią zachwycić, takie, które potrafią zadziwić i takie, które potrafią zawstydzić. Są drogocenne i są nie posiadające na pierwszy rzut oka żadnej - poza sentymentalną - wartości. Jedne dostojne – budzące respekt z racji wieku lub kunsztowności, inne zabawne – pewnie dlatego, że dawno już wyszły z użycia, a jeszcze inne zwyczajnie rozczulające. Te ostatnie najłatwiej znaleźć w izbach pamiątek regionalnych.

 

Odbyłam dziś bardzo pouczającą wycieczkę śladami templariuszowo-joanickimi (mnóstwo ich w okolicznych wioskach i miasteczkach). Wydawało mi się, że dobrze już te miejsca znam i oto moja pycha została ukarana. Po raz kolejny przekonałam się, że człowiek zdobywa wiedzę przez całe życie. Im więcej pochłania informacji, tym bardziej niedoinformowanym się okazuje.

 

Poopowiadam o tych ciekawostkach troszkę później i pewnie w wielu odcinkach. Dziś króciutko i o zwykłych, ludzkich radościach. Takich, co to do aż do muzeum zawędrowały…

 

Historia pierwsza.

Dawno się działa i na drogiej sercu memu zabużańskiej ziemi. Działa się naprawdę. To historia miłości szczęśliwej. Nie znałam ludzi, o których opowiadam. Do dzisiaj nie wiedziałam nawet o ich istnieniu.

Młoda dziewczyna i młody chłopak. Poznali się gdzieś w poleskiej ziemi, pokochali… postanowili resztę życia spędzić razem. Okazało się jednak, że ślub, to wcale nie taka prosta sprawa. Od marzeń, do realizacji droga daleka.

 

Chłopak nalegał, dziewczyna zwlekała… chłopak naciskał, dziewczyna wiła się jak piskorz… Nie, żeby go nie miłowała… przecież, kiedy nie było go w pobliżu, czuła się, jak ryba bez wody, ale… ale jak tu boso przysięgać dozgonność? Panny naprawdę nie było stać na obuwie.

 

Jak to się mówi - prawdziwa miłość zawsze znajdzie rozwiązanie: chłopak uplótł dla swej miłej łapcie z łyka lipowego. Przeszkoda została pokonana, a najszczęśliwsza pod słońcem dziewczyna, traktowała je od tej pory jak relikwię. Ślubne łapcie miała na nogach jeden, jedyny raz. Później leżały w domu na honorowym miejscu. Kiedy działo się coś złego, dziewczyna wyciągała swoje łapcie i – ściskając je kurczowo – modliła się. Kiedy rodziły się dzieci – z łapciami w ręku wypraszała dla nich u Pana Boga łaskawą przyszłość.

 

Zabrała je ze sobą na podróż w nieznane… hen, na ziemie, o których wtedy mówiono „odzyskane”. Szczęśliwe łapcie były z nią do końca jej ziemskiej drogi, a potem… potem prawnuk dziewczyny przyniósł je do muzeum… małej izby pamiątek regionalnych. Leżą w gablocie i uśmiechają się. Nie wierzycie? Popatrzcie….

szczęśliwe łapcie

 

Historia druga - równie prawdziwa.

Działa się mniej więcej w tym samym czasie… młody człowiek za szczęściem do Hameryki popłynął. Narodowości pewnie nie był naszej, bo z ziemi nowomarchijskiej pochodził, ale przecież nie o narodowość tutaj chodzi. W świat wielki popłynął z nadzieją na lepsze jutro i z jedną, jedyną walizką… Układając sobie życie za wielką wodą, traktował swoją walizkę ze szczególną estymą, prawie tak samo, jak poleska dziewczyna swoje łapcie. Kiedy kres jego ziemskiej drogi nadszedł, walizki nie wyrzucono. Prawnuki chłopaka przywiozły ją do miasta, gdzie się urodził. Takie było jego pragnienie. Walizka stoi dziś w małym muzeum regionalnym (kilkanaście kilometrów od miejscowości, w której oglądałam łapcie szczęścia)

 

szczęśliwa walizka

 

Historia trzecia.

Trochę zaskakująca (w każdym razie dla mnie). W tej pierwszej muzealnej sali, niedaleko szczęśliwonośnych łapci znalazłam… coś.

 

Sandow’s Symmetrion

 

Pojęcia nie miałam, co to jest. Dziwny jakiś przyrząd, który z pewnością widziałam po raz pierwszy raz w życiu. Próbowałam wydedukować, do czego mógł służyć… hm… na podstawie załączonej instrukcji sprzed co najmniej 100 lat (z elegancką damą w roli głównej) mogło to służyć na przykład do… wiązania gorsetu (tu się chyba trochę zagalopowałam, ale to wszystko przez Krysin kręgosłup i niedawną dyskusję o gorsetach i taliach osy.;-)

Poddałam przyrząd wnikliwym oględzinom. Nazywa się Sandow’s Symmetrion – cóż to takiego? Rzeczywistość okazała się prozaiczna

sposób ćwiczenia z Sandow’s Symmetrion

 

Sandow’s Symmetrion to po prostu specjalny przyrząd dla pań „spełniający wszystkie wymogi kształtowania idealnej sylwetki. Gwarantujący doskonałe zdrowie oraz wypracowanie harmonijnych kształtów i symetrycznej figury ”.

 Czegóż chcieć więcej?

Postępowe damy z końca XIX i początku XX wieku dbały – jak widać – o swoją tężyznę fizyczną. Przyrząd służył do ćwiczenia bioderek.

Sandow’s Symmetrion

 

A wszystko za sprawą człowieka uważanego za ojca nowoczesnej kulturystyki. Jego nazwisko – Sandow – stało się marką samą w sobie.

 

Powtórzę za Wikipedią:

Eugen Sandow, właśc. Friederich Wilhelm Müller (ur. 2 kwietnia 1867 w Königsbergu, zm. 14 października 1925 w Londynie) – siłacz ery wiktoriańskiej, uznawany za pioniera nowoczesnej kulturystyki. Od jego nazwiska jest nazywana „sztanga Sandowa”. Statuetka z jego sylwetką i sztangą Sandowa jest od 1965 roku wręczana zwycięzcy najbardziej prestiżowych zawodów kulturystycznych na świecie - Mr. Olympia

 

Trochę więcej informacji można znaleźć tutaj: http://artec.lap.pl/sandow/Eugeniusz%20Sandow.htm

 

 

Dla mnie to absolutne nowości. I pomyśleć, że do wyszperania ich skłonił mnie dziwaczny i intrygujący eksponat muzealny.

 

Swoją drogą – kto by pomyślał, że na początku ubiegłego wieku panowie tak śmiało odkrywali swoje ciało…:-D


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Belweder = bello (piękny) + vedere (widzieć)

piątek, 27 maja 2011 21:54

 

Niedaleko poczdamskiego Cecilienhofu wznosi się zielone wzgórze Pfingstberg.  Jest najwyższym punktem „wyspy Poczdam” (76 m n.p.m.). Dawniej zwano je Żydowskim (Judenberg) – od rozłożonego u jego stóp kirkutu - ale kiedy nastały czasy niezwykłej popularności miejsc widokowych, na których stawiano budowle zwane belwederami, awansowało do nowej roli i… nowej nazwy.

 

Przełom wieków XVIII i XIX to czas panowania romantyzmu. Daje się to łatwo zauważyć w architekturze krajobrazu. Bardzo modna staje się wtedy „włoszczyzna”, czyli wszelkie odwołania architektoniczne do cudownej Italii.

 

Widok z Judenbergu spodobał się już Fryderykowi Wilhelmowi II (temu od pruskiej Pompadour) i chociaż marzyła mu się budowa wieży widokowej na wzgórzu sąsiadującym z Nowym Parkiem, plany spełzły na niczym. Powodem były szybko rosnące ceny ziemi.

 

30 lat później za realizację pomysłu dziadka zabrał się Fryderyk Wilhelm IV. Zainspirowany włoskimi klejnotami architektury, takimi jak pałac w Capraroli czy rzymska Villa Medici, osobiście stworzył szkic podobnej budowli. Umyślił sobie postawić na Pfingstbergu letni pałac, a specjalnie zaprojektowane tarasowe ogrody i kaskadowe fontanny łączyć się miały z Neuer Garten.

 

Belweder na Pfingstbergu

 

Realizację pomysłu rozpoczęto od zbudowania kwadratowego korpusu głównego (1847-63), do którego dostawiono dwie 25 m wieże. W wieżach ulokowano gabinety (rzymski i mauryjski).


Belweder Belweder

 

Połączono je arkadowym przejściem.

 

Belweder Belweder na Pfingstbergu Belweder

 

Długie boczne kolumnady (perystazy) otaczały dziedziniec z basenem, który zaplanowano jako rezerwuar dla kompleksu fontann. Do dziś zasilany jest wodą z jez. Panieńskiego (za pomocą stacji pomp ulokowanej w cesarskiej mleczarni Neuer Garten).  

 

Belweder

 

Kiedy już malowniczymi parkowymi alejkami wskrabiemy się na wzgórze, to - zadzierając głowę – ujrzymy najpierw skrzydlate rumaki. Pewne jest, że nas obserwują. Zupełnie, jakby pełniły tu straż.

 

Belweder na Pfingstbergu

 

Po przekroczeniu wejściowego trójłuku, przywitamy się z pięknymi, dwubiegowymi schodami… Pozostaje tylko kupić bilet i… wdrapać się na szczyt jednej z wież. Można to robić pomaleńku – najpierw obejrzeć wystawę zdjęć obrazujących odbudowę Belwederu, potem podziwiać rzeźbiarskie zdobienia, na zakończenie dopiero zachwycić się poczdamsko-berlińską panoramą. Pięknie jest. Bez dwóch zdań.

 

Belweder na Pfingstbergu Belweder na Pfingstbergu Belweder na Pfingstbergu  

Belweder Belweder Belweder Belweder widok z belwederu kierunki widokowe widok z belwederu widok na Poczdam widok na Berlin

 

Za czasów wilhelmowskich chodziły słuchy, że to najromantyczniejsze widoki w całej Brandenburgii. A teraz widać o wiele, wiele więcej… np. berlińską wieżę telewizyjną.

 

No i nie wybudowano tu w końcu pałacu. Trochę przeszkodziła temu śmierć Fryderyka Wilhelma IV, trochę problemy finansowe. To, co dziś oglądamy, zaplanowane było raptem jako pałacowa fasada. W efekcie powstało tu modne miejsce spotkań elity, (ale także zwykłych mieszkańców Poczdamu). Na początku XX w. belweder był ulubionym miejscem spacerów. Umieszczano go na wielu pocztówkach. Ciekawostką jest, że w dostojnym miejscu przestrzegano dostojnych obyczajów – nie wolno tu było palić tytoniu, ani przyprowadzać psów.;-(

 

 Po wojnie z bardzo prozaicznego powodu stracił na popularności – znajdował się zbyt blisko granicy i strefy militarnej. Podglądanie Berlina Zachodniego i umocnień granicznych było zakazane. Bardzo niekorzystnie odbiło się to na kondycji belwederu. Zdewastowany, ale jednak przetrwał. Odbudowano go w latach 1992 – 2005 bazując głównie na darowiznach.  Dziś zachwyca turystów.


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 036  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214036
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2530 dni

Lubię to