Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 571 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Tam, gdzie proboszczował Jan Kochanowski

czwartek, 24 maja 2012 0:16

…bo przecież każdy wie, że wielki nasz poeta doby renesansu, zanim zasiadł na dłużej pod ulubioną lipą – przez 10 lat pełnił, jako prepozyt poznański - zaszczytną funkcję proboszcza w niedalekim Kicinie. Tytularnego wprawdzie, ale zawsze proboszcza.

 

Mając – jako kleryk - cztery niższe święcenia nie mógł co prawda odprawiać liturgii, jednak w objęciu kościelnego urzędu już to nie przeszkadzało … tym bardziej, że nie musiał sprawować go osobiście. Obowiązki duszpasterskie pełnił pleban, beneficjami zarządzał „prokurator”, Kochanowski zbierał profity i… mógł poświęcić się przekładowi „Psałterza”. To się nazywa mieć szczęście!

 

Ostatecznie jednak postanowił rzucić popłatną posadę, ożenił się i… ciąg dalszy znamy.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Drewniany kościółek kiciński stoi na niewielkim wzgórku. Oficjalnie mówi się, że to dawne grodzisko (choć badań archeologicznych, jak dotąd, nie przeprowadzono). Miejscowa legenda baja o rycerzach, co to gród – zgodnie z wolą królowej Jadwigi wzniósłszy – udali się na mszę do mitycznej świątyni cysterek na Dziewiczej Górze. Tam zapadli w sen głęboki i po dziś dzień czekają na sygnał do ewentualnej walki. Szkopuł w tym, że gród – jeżeli istniał – musiał być sporo starszy od królewsko-jadwińskich czasów.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Świątynia jest wspaniała, a literackie koneksje dodają jej tylko pewnej tajemniczości.  O wnętrzu mówi się, że jest typowo wielkopolskie. Na tytuł ten zasługuje zwłaszcza królująca w ołtarzu głównym siedemnastowieczna kopia obrazu Matki Boskiej Gostyńskiej. Rokokowe, srebrno-złote zdobienia ołtarzy bocznych, odrestaurowana polichromia, wspaniały, kremowy konfesjonał… wszystko to - i pańskie, i wiejskie jednocześnie – wywołuje niekłamane uczucie wzruszenia. Popatrzcie sami.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Z ciekawostek dodam jeszcze, że Kicin i opisywaną wcześniej Wierzenicę łączyła kościelna unia personalna, a to znaczy, że proboszczowie siedzieli jednocześnie na obu parafialnych stołkach.

 


Podziel się

komentarze (25) | dodaj komentarz

Raz do roku w…

poniedziałek, 21 maja 2012 0:35

… w Skiroławkach?

Powiem przekornie - a właśnie, że nie :-D

Proponuję inną wersję - raz do roku w Neuhardenbergu.

 

To raptem 30 km od Kostrzyna (nad Odrą) i dwa razy tyle od Berlina. Wieś, w której ściera się wspomnienie wielkiego pruskiego reformatora, księcia Carla Augusta von Hardenberga z widmem honeckerowskiej socjalistycznej wsi wzorcowej (przechrzczonej swego czasu na Marxwalde, czyli Las Marksa).

 

Lubimy tam jeździć. Niezwykłej urody kompleks pałacowo-parkowy jest dumą Brandenburgii. Klasycystyczny pałac i pobliski kościół są sztandarowym dziełem Carla Friedricha Schinkla, a dworski park projektowali równie uznani architekci krajobrazu: Peter Joseph Lenné i Hermann książę von Pückler Muskau.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kilka słów wprowadzenia o samym miejscu, później – o tym, co nas tam wczoraj sprowadziło.

 

Barokowy pałac zbudowano za sprawą Joachima von Prittwitza. Majątek, nazywany wówczas Quilitz został mu podarowany przez Fryderyka II. Był dowodem wdzięczności za uratowanie monarszego życia (pomoc w ucieczce z pola bitwy pod Kunowicami). Po wielkim pożarze w 1801 r. rezydencję gruntownie przebudowano, wykorzystując do tego talent wybitnych (wymienionych wyżej) przedstawicieli swojego fachu. 

 

Kiedy Prittwitzowie zdecydowali przenieść się na Dolny Śląsk, Fryderyk Wilhelm III podarował majątek zasłużonemu kanclerzowi Prus, zmieniając (w hołdzie dla von Hardenberga) nazwę Quilitz na Neu-Hardenberg. Był rok 1814. Nowi właściciele odcisnęli na tym miejscu trwały ślad. Ciekawostką (o ile można to tak nazwać) jest dziś … serce kanclerza Carla Augusta von Hardenberga wystawione na widok publiczny w oszklonej gablocie za mensą ołtarzową. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

W 1944 r. potomek Carla Augusta - Carl Hans - postanowił poprzeć plan zabicia Hitlera. Gdyby zamach stanu się udał, kolejny von Hardenberg pełniłby funkcję premiera. No cóż, kiedy operacja Walkira upadła, Carl Hans został wywłaszczony i - po nieudanej próbie samobójczej - osadzony w Sachsenhausen. Przeżył. Powrócił do rodzinnych włości, by chwilę później salwować się ucieczką poza strefę wpływów komunistycznych.

 

Neu-Hardenberg stał się Marxwalde. Park zdziczał, pałac planowano wysadzić w powietrze (bronił go własną piersią jeden z miejscowych nauczycieli). Ostatecznie ulokowano w nim szkołę. Na pobliskim lotnisku stacjonowała eskadra rządowego pułku lotniczego NRD (do osobistej dyspozycji Ericha Honeckera), a w 1981 r. koncentrowano tu dederowskie wojska na wypadek ewentualnej konieczności przekroczenia naszych granic w obronie jedynie słusznego ustroju. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Po zjednoczeniu Niemiec powrócono do przedwojennej nazwy usuwając z niej jednocześnie myślnik. Hardenbergowie odzyskali swoją własność. W 1997 r. odsprzedali ją Zrzeszeniu Kas Oszczędnościowych i Żyrowych. Obiekt poddano rewitalizacji. Od tego czasu działa tu Fundacja Pałacu Neuhardenberg. W oficynach urządzono hotel, muzeum, restaurację. Są sale wystawiennicze i konferencyjne. Park ponownie dopieszczono.

 

Raz w roku Fundacja organizuje mega-widowisko. Całkowicie darmowe i z pewnością zapadające w pamięć. Przedziwne teatry wywodzące się z różnych krajów europejskich urządzają show na nocnym niebie (i nie tylko). Tematyka zawsze inna – z pogranicza jawy i snu, na poły baśniowa, na poły rzeczywista. Sceną jest teren parku i przestrzeń ponad nim. Zabawa, przeplatana występami folkowych zespołów trwa wiele godzin. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Dwa lata temu podziwiliśmy podniebne akwarium. Ubiegły rok odpuściliśmy (nie zawsze można być tam, gdzie by się chciało). Wczoraj trafiliśmy prosto do szalonego i dość makabrycznego snu, który toczył się jednocześnie w różnych zakątkach pałacowego parku. Towarzyszyła mu intrygująca, równie niesamowita muzyka. Zmory, majaki, dziwolągi… jak dobrze, że w moich snach takie cudaki nie goszczą. Zabawiano nas w ten sposób długo jeszcze po zapadnięciu zmroku.

 

Photobucket  Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kiedy ściemniło się dostatecznie, ponad naszymi głowami rozpoczął się spektakl.

Aktorzy na szczudłach ucharakteryzowani na istoty spoza naszego wymiaru, dziwaczne maszyny, mnóstwo kolorowych świateł, klatka z kolejnymi aktorami, zawieszona na długachnym ramieniu potężnego dźwigu … sceną był teren wokół nas. Na opisanie całości zwyczajnie brakuje słów. Widok jest jedyny w swoim rodzaju.  

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Do tradycji imprez w Neuhardenbergu należy też doskonale zsynchronizowany z dźwiękami muzyki pokaz fajerwerków. Przygotowany zawsze z rozmachem godnym wcześniejszych aktorskich popisów. Całość… niepowtarzalna. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Szczerze zachęcam do odwiedzenia tego miejsca, ale… już w roku przyszłym. Tegoroczna impreza przeszła do historii.

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Mały, drewniany, gontem kryty… prawdziwa wyspa skarbów! Kto nie wierzy, niech jedzie do Wierzenicy :-0)))))

czwartek, 17 maja 2012 19:32

… a tam, na niewielkim wzniesieniu znajdziecie kościółek. Prawdziwe śliczności. Sfotografować go niełatwo, bo gęsto drzewami obrośnięty, jednak obejść dookoła trzeba KONIECZNIE. Zdziwicie się solidnie, widząc różnej wysokości przybudówki, wieżę, wieżyczkę i wielopołaciowy, gontowy dach. 


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket


Kościół właściwie od zawsze nosił wezwanie św.Mikołaja. To „zawsze” jest nie byle jakie, ponieważ świątynia plasuje się w pierwszej dziesiątce najstarszych drewnianych obiektów sakralnych Wielkopolski (a lista obejmuje grubo ponad 200). Jej historia sięga przełomu XII i XIII w.

 

Najstarsze fragmenty oglądanej przez nas budowli datowane są „przed 1589 r.” O jej późnośredniowiecznym pochodzeniu świadczyć mogą chociażby okna – umieszczono je w sposób charakterystyczny dla tego okresu, bo tylko od wschodu i południa.

 

Photobucket Photobucket 


Wchodząc do środka przez niziuchne drzwi boczne, mimowolnie skłaniamy głowę. Naprawdę jest przed czym. Trywialnie mówiąc - „szczęka opada” i to całkiem dosłownie. Wnętrze łączy w sobie w sposób doskonały ludową prostotę z „pańskim” zmysłem smaku Augusta Cieszkowskiego. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 


Mamy tu dzieła klasy europejskiej – jak choćby marmurowy nagrobek hrabiego i słynne Drzwi Lenartowicza oraz sprowadzoną z Włoch, wzorowaną na pracach Correggia Madonnę przewijającą Dzieciątko (XVII w.)


Photobucket


Z drugiej strony siedemnastowieczny ołtarz główny. Barokowy, drewniany, a pomalowany tak sprytnie, że do złudzenia przypomina marmur. Po prawej stronie znajdują się w nim maleńkie drzwiczki (niezauważalne na pierwszy rzut oka). Kiedyś prowadziły do równie niedużej zakrystii umiejscowionej za ołtarzem.


Photobucket

 

Wychodzący przez nie kapłan uderzał w dzwonek ogłaszając tym samym, że pora skończyć drzemkę. 


Photobucket 

 

Uśmiechającą się z ołtarza Matkę Boską Wierzenicką namalowano w 1636r. Obraz jest unikatowy (przynajmniej w Wielkopolsce). Dlaczego? Ponieważ u stóp Najświętszej Panienki wymalowano drobniutką postać mężczyzny. Nieopodal - dwa woły i karczmę, a pomiędzy nimi napisano na wieki, co następuje (pisownia oryginalna):

Na kościół Wierzenicki ten obras sprawiono,

Za Barthłomieja z Kłecka Boga by proszono.

Kołodziej był, na karczmie mieszkał tu lat kilka,

Przed śmiercią na tę sztukę oddał parę bydłka.

Vmarł 1632

Malowany 1636”.

Fundator i owszem, ale żeby z gminu, to rzadkość prawdziwa. 


Photobucket 

 

Wizerunek Panny Maryi przesłaniał niegdyś obraz św.Mikołaja (podnoszony tylko „od wielkiego dzwonu”). Dziś to (również siedemnastowieczne) malowidło zdobi boczną ścianę kościoła.  


Photobucket 

 

Stojąca przy jednym z bocznych ołtarzy drewniana chrzcielnica ze złoconymi ornamentami – piękna snycerska robota – datowana jest ok.1700 r. 


Photobucket 


Belka tęczowa również przedstawia się nietypowo. Zamiast zwyczajowej grupy pasyjnej oglądamy na niej dwa aniołki. Niegdyś mieszkały na ołtarzu.  


Photobucket 


Jestem pełna podziwu na miejscowego proboszcza i jego parafian. Wierzenica, jako wioska popegeerowska nie należy przecież do najbogatszych, ale o zabytki kościelne dba z prawdziwą starannością. Odnawiane są konsekwentnie i nieprzerwanie w myśl ulubionego powiedzenia księdza Przemysława: Wierzeniczanie jako depozytariusze tego miejsca powinni odnosić się do tego, co pozostawiły poprzednie pokolenia z należytym szacunkiem. I dokładnie tak robią.

 

O Wierzenico, z szlachetności rysów

całaś jest warta pędzla i opisu,

z płodności gleby, z łąk zielonej krasy,

z wysokopiennej twych urody lasów,

z bystrości rzek twych, rozległości stawów,

całaś jest godna i pochwał i sławy (…)” (Kazimiera Iłłakowiczówna)

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Moje zaskoczenia – Lenartowicz odkryty na nowo

czwartek, 10 maja 2012 21:01

Człowiek (czyli ja) uczy się przez całe życie. Dobitnie przekonałam się o tym w minioną sobotę… i… trochę mi wstyd.

Dlaczego?

Zadam wam tylko jedno małe pytanie:  Teofil Lenartowicz. Znacie go?

 

Ja w swojej pysze uważałam, że znam i to nieźle, tymczasem…

… dla nas Lenartowicz to poeta romantyczny, takie na przykład cudności piszący:

 

W szczerym polu na ustroni

Złote jabłka na jabłoni,

Złote liście pod jabłkami,

Złota kora pod liściami.

Aniołowie przylecieli

W porankową cichą porę:

Złote jabłka otrząsnęli,

Złote liście, złotą korę (…) (fragment „Złotego kubka”)

 

Dla Włochów i reszty Europy nasz Teofil jest natomiast uznanym rzeźbiarzem. Wiedzieliście o tym? Bo ja – nie. Zdaję sobie sprawę, że to tylko moje lenistwo, w końcu wystarczyło bodaj do Wikipedii zajrzeć, no… ale skoro człowiek (czyli ja) uważa, że romantyczny poeta, poetą jest i basta, to po co mu tam szperać? Po nosie dostałam i to solidnie 0:-))

Wszystko za sprawą wizyty w małym, drewnianym, podpoznańskim kościółku.


Photobucket 


O samej świątyni będzie innym razem. Dziś skupię się na Lenartowiczu i jego niesamowitym dziele, które w Wierzenicy odkryliśmy. Przewspaniałe, unikatowe Drzwi. Na pierwszy rzut oka wydają się obce dla swego otoczenia. Ciemny, gontem kryty kościółek, a we wnętrzu, na bocznej ścianie - jasny portal z białego marmuru, z którego wychyla się sam August Cieszkowski. Poniżej hrabiowskiego popiersia błyszczy „najcenniejsze dzieło polskiej romantycznej rzeźby nagrobnej”.

 

Dzieło ma formę drzwi (180 na 87 cm) wiodących do grobowca Augusta. Drzwi misternie plastycznych. Tylko poeta mógł w taki sposób przedstawić ciągłość ludzkiego żywota i jego odradzanie się w lepszym ze światów.  Poeta, który - udawszy się na emigrację – by nie zostać nędzarzem, zająć się musiał zgoła inną twórczością. Trzeba przyznać, że rzeźbiarzem okazał się utalentowanym…


Photobucket Photobucket Photobucket 


Skąd owe Drzwi wzięły się w Wierzenicy? Otóż podróżujący po Włoszech hrabia Cieszkowski postanowił wznieść tam dla swojej matki (Zofii z Kickich Cieszkowskiej ) wyjątkowy nagrobek. Wybór padł na Santa Croce we Florencji - jeden z piękniejszych kościołów, w którym pochowano wielu znamienitych obywateli. Przekuciem pomysłu w dzieło sztuki miał się zająć mistrz Teofil. Trwało to dwa lata. Efekt jego pracy tak zachwycił innych florenckich rzeźbiarzy, że namówili Lenartowicza, by wysłał Drzwi (jeszcze przed ich zamontowaniem) na wystawę światową do Wiednia, a tam… zaginęły!!!

 

Cóż było robić? Szybciutko wykonano drugi odlew galwanoplastyczny (czyli po prostu odbitkę w brązie glinianego modelu autorstwa naszego poety). Kiedy już był gotowy, zguba się odnalazła :-D.

Zdobyła nawet Medal Zasługi. Po zakończeniu wystawy trafiła do kościółka w hrabiowskim majątku, a w Santa Croce zamontowano replikę. 


Photobucket Photobucket 


Grobowe wrota są opowieścią o śmierci i zmartwychwstaniu. Ich prawe skrzydło mówi o ziemskim etapie, zamykanym przez unoszącego się nad morską tonią Anioła Śmierci. Na lewym szybuje już radosny Anioł Zmartwychwstania. 


Photobucket 


Dziecko przy jego skrzydle symbolizuje rozpoczynającą nowe życie duszę. Rozcinająca oba skrzydła bordiura zawiera dziewięć (ułożonych od dołu do góry) scen, ilustrujących modlitwę „Ojcze Nasz”. 


Photobucket 


Najbardziej zaskakujące jest to, że piękne Drzwi nie prowadzą wcale do grobowca. Wejście do krypty znajduje się całkiem niedaleko, w… kościelnej podłodze. 


Photobucket Photobucket Photobucket 


Mylicie się myśląc, że na tym koniec niespodzianek.

Kryta gontem kaplica grobowa Cieszkowskich to widok… jedyny w swoim rodzaju 0:-))))), a sam kościółek wart jest osobnego wpisu. 


Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (25) | dodaj komentarz

…a ja was na Górę Dziewiczą zapraszam…

poniedziałek, 07 maja 2012 19:08

Choć na wysokość wzniesienia patrząc (145m n.p.m.) bardziej to Wzgórek Dziewiczy niż góra :-DW tak zwanej Koronie Wielkopolski zajmuje jednak szacowne, dwudzieste (na 35 możliwych) miejsce. W podpoznańskiej morenie czołowej jest nawet drugim z najwyższych wzniesień. Plasuje się  tuż po Górze Moraskiej (154 m n.p.m.) – tej samej, którą tak sobie ongiś upodobał meteoryt, że postanowił zostać w tym miejscu po wsze czasy.

 

Ponieważ lądowanie miał raczej twarde, pozostawił po sobie jedynie piękne kratery - całych siedem sztuk (największy ma ok. 60 metrów średnicy i 11 głębokości). W ich okolicy znaleziono ponad 300kg odłamków gwiezdnego gościa (niektóre całkiem spore). Dziś utworzono tam rezerwat, ale ja wcale nie o nim chciałam mówić. Rzecz miała być o Dziewiczej Górze. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Pokryte wspaniałym lasem wzniesienie tuż przy podpoznańskim Czerwonaku nazwano tak pięknie na cześć cysterek z pobliskich Owińsk. W pierwszej połowie XIII w. teren ten podarował im Przemysł I, a one urządziły tu regularną (można powiedzieć - przemysłową) hodowlę owada zwanego czerwcem polskim. W średniowieczu byliśmy potęgą na skalę europejską w produkcji karmazynowego barwnika zwanego dziś koszenilą. Wytwarzano go z larw owada (czerwiec polski) o błyszczących skrzydełkach, nieco tylko większego od dokuczliwej meszki. Owad to w gruncie rzeczy pluskwiak, który upodobał sobie składanie jajeczek w szyjce korzeniowej mikrej roślinki z gatunku goździkowatych o nazwie – a jakże – czerwiec. Jego żeńskie larwy przypominały ciemnofioletowe nasionka (dlatego początkowo mylono je z rośliną).


Czyż może dziwić, że miesiąc koszenilowych żniw nazwano czerwcem? I że jedno z zapomnianych przysłów głosi „W czerwcu, czerwiec pod czerwcem siedzi”?


Ta mało raczej znana gałąź staropolskiego przemysłu straciła rację bytu, kiedy odkryto Amerykę. Wraz ze zdobyciem nowego terytorium odkryto także owada o nazwie czerwiec kaktusowy, żyjącego na opuncjach i dwukrotnie bardziej wydajnego od swego europejskiego krewniaka. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Opuszczamy więc czerwce i cysterki. Wracamy na Górę Dziewiczą. W 2005 r. wybudowano na niej czterdziestometrową wieżę obserwacyjną. Fachowo nazywa się dostrzegalnią przeciwpożarową, a powstała po wielgachnym pożarze, który w 1992 r. strawił 250 ha pobliskiej Puszczy Zielonka. Na najwyższym jej tarasie dyżurują obserwatorzy, na niższym urządzono platformę widokową. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Trzeba tylko wdrapać się po 170 krętych schodkach i… voila… okolice Poznania widać jak na dłoni. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Nam wprawdzie przejrzystości powietrza zabrakło, by wzrokiem do Gniezna sięgnąć (podobno da się), ale kopułę stadionu Lecha – i owszem, dojrzeliśmy. ;-)

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Ciekawe, czy pasiasty bzyczek, który przycupnął w oczku siatki na wysokości 30 m nad ziemią także podziwiał okolicę, czy po prostu odpoczywał, bo wiatrzysko na tym poziomie było nieliche.

 

Photobucket 

 

Jeżeli kiedyś nogi zaniosą was do stolicy Wielkopolski, zróbcie sobie wycieczkę na Dziewiczą Górę. Naprawdę warto. Wyobrażam sobie, jak pięknie musi tam być jesienią…

 

Na marginesie jeszcze dodam, że czerwony barwnik do farbowania tkanin produkowano z suszonych i sproszkowanych larw czerwca. W niewielkich ilościach dodawano go także do potraw. Dziś pewnie produkuje się koszenilę syntetyczną, bo mimo wszystko – spożywając jogurt truskawkowy – wolałabym, by wymieniona wśród składników karmina, koszenila albo E120 nie powstała z zanurzonych we wrzątku, a później wysuszonych i sproszkowanych larw pluskwiaka. Brrr.

:-/

Dla zainteresowanych portret amerykańskiego czerwca zapożyczony z demotywatorów.

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 623  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207623
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2437 dni

Lubię to