Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 027 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

takie tam wspominki o wsi Ściechowem zwanej

czwartek, 30 czerwca 2011 17:54

 

Jest taka wioska odległa od Gorzowa o dwadzieścia parę kilometrów, ciągnąca się w przestrzeni niczym rozwijająca się wstążka. Nigdy tego nie sprawdzałam, ale źródła zbliżone do kościelnych donoszą, że „łączna długość osad tworzących aglomerację Ściechowa wynosi aż 9 kilometrów”. To jedna z dłuższych wsi w Polsce. Wprawdzie gdzie jej tam do Ochotnicy Dolnej (38 km) czy chociażby Zawoi (18 km), ale plasuje się chyba i tak w pierwszej dziesiątce. Zresztą to wieś typowo nizinna. Tu rzadziej budowało się tak długaśne ulicówki. Co innego w górach – tam czasami innej możliwości nie było.

 

Ściechów żadnych podwsi nie posiada, ale za to przysiółki obu Ochotnic (Górnej i Dolnej) „ochrzczone” bywają dość zabawnie (zacytuję tylko kilka: Chlipały, Dłubacze, Fisiorki, Pitki).

 

Ściechowskie aglomeracje (jak to pięknie brzmi w odniesieniu do śródleśnej wsi) dawno już tworzą ciąg niemal nieprzerwany. Bliziuteńko stąd do sporego (ponad 140 ha) i dość płytkiego  jeziora Marwicko. W jego pobliżu osiedlano się już w czasach przedhistorycznych. Znaleziska archeologiczne sięgają 1000 r. p.n.e. (cmentarzysko z glinianymi urnami).

 

Nie wiem ile w tym prawdy, ale mówi się, ze powojenna nazwa wsi od wczesnośredniowiecznej nazwy tegoż jeziora (Magna Stechow) pochodzi. Niemcy mówili Groβ-Fahlenwerder. Pierwsi przybyli tu z Palatynatu osadnicy byli kalwinami. Jeszcze w XIX w. stanowili znaczny odsetek wśród mieszkańców. Na początku (1747 r.), domy budowano tylko po północnej stronie sześciokilometrowej ulicy głównej. Dziś rozsiane są po obu jej stronach a od jednego do drugiego wcale nie jest daleko. Zupełnie nieolęderski  typ zasiedlania – widać wyraźnie, że osadnictwo z uprawą roli raczej niewiele miało wspólnego. W pobliżu była huta szklana. Obfitość lasów warunkowała powstanie węglarni i smolarni. Wybudowano wielki tartak. W okresie międzywojennym produkowane tu drewno rozprowadzano po całej Rzeszy. Tartak działa zresztą do dziś, tylko linia kolejowa w jego pobliżu nawet torów już nie posiada.

 

Ściechów - stary kościół

 

Koloniści zbudowali oczywiście i kościół. Już 1752 r. odprawiano w nim nabożeństwa. W ciągu wieku XIX świątynię przebudowywano. Nie będę się rozpisywać jak to wyglądało. W każdym razie ryglowe ściany stopniowo zastępowano murowanymi. Najpoważniejsza ingerencja w budowlę miała jednak miejsce latach 1976 – 80. Praktycznie na fundamentach starego powstał nowy kościół. Trochę mi żal, że tego dawnego nie znałam. Muszą mi wystarczyć Bodkowe opowieści - także o tym, jak płyty nagrobne z cmentarza używane były do umacniania szkolnego boiska. Takie to były czasy. Jedna ustawa i … myk… kawał historii znika. A ja się dziwię, że na białoruskich cmentarzach ani śladu po moich przodkach nie zostało. Może także płyty z ich nagrobków wzmacniają jakąś skarpę?

 

kościól po remoncie dawny pomik pierwszowojenny

Dlaczego o Ściechowie piszę? Bo mam do tutejszego kościoła sentyment.

32 lata temu, gdzieś w okolicach godz. 16.00, na podkościelny parking zajechało z fasonem Si-reno (w ojczystym języku Syreną zwane) i wysypała się z niego czwórka młodych ludzi. Dwoje z nich zdecydowało się właśnie tutaj – jak to się mówi – potwierdzić przed Bogiem zawarty rano związek małżeński.

 

 

Ściechów - ślub 1979 Ściechów 1979 Ściechów 1979

 

Czasy to były ślubów hurtowych, udzielanych taśmowo i tak jakoś… beznamiętnie. Fakt -  roczniki wyżowe zmieniały wtedy stan cywilny, ale czyż od razu musiało to oznaczać całkowity brak intymności?  Choć do miejskiej parafii beretem można było dorzucić, albo i przejść się pieszo, to jednak wiejski kościółek gwarantował zupełnie inną oprawę ceremonii. Trochę trudniej było tu dotrzeć, ale to już szczegół.

Naród jeszcze niezbyt powszechnie zautomobilizowany, za punkt honoru poczytywał sobie na nową drogę życia wkraczać w Mercedesie albo jakiej innej Audicy. Nie ma się co dziwić, że Kuzyn Panny Młodej poczuł się niesamowicie dowartościowany faktem wykorzystania jego Skarpety w formie ślubnej limuzyny. Wielkie oczy gapiów przed USC i komentarze typu  Skarpetą??? Do ślubu???!!! – warte były wszystkich pieniędzy :-D

 

Ta sama Skarpeta dowiozła nieco pogniecioną Młodą i wysztafirowanego Młodego do ściechowskiego kościółka. Tutejszemu księdzu nie przeszkadzał brak świadectwa bierzmowania u Nowopoślubionego. Wystarczyło, że w formie gościńczyka otrzymał nowe drzwiczki do szafki (tylko nie pamiętam już gdzie miały być zamontowane – na plebanii, czy w zakrystii). Pewnie do dzisiaj służą, chociaż proboszcz już inny.

 

Chciałam Wam tę piękną wioskę przedstawić i… oczywiście zdjęć niemal żadnych nie posiadam… Postanowiłam dzisiaj, że obfotografuję ją przy najbliższej okazji. I kościołek dokładniej, i wyczyszczony nieco poewangelicki cmentarzyk, a raczej to, co z niego zostało... Potem zrobię fotoreportaż...


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

staję się prawdziwą fanką jazzu

środa, 29 czerwca 2011 22:04

 

Województwo lubuskie powstało w 1998 r. Od roku następnego obchodzić zaczęło swoje święto. Zawsze był to dzień ciekawych koncertów i festynów w obu lubuskich stolicach. Ubiegłoroczne huczne obchody odbyły się w Zielonej Górze (transmitowane przez TVP2), w tym roku  - zgodnie z obietnicą marszałka województwa – miejscem centralnych uroczystości miał być Gorzów.

 

 

Marszałek się zmienił, więc i miejsce obchodów również. Gdzie dwie stolice, tam trudno dojść do porozumienia, a gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta…

 

No i skorzystał Łagów.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo w gruncie rzeczy piękna to miejscowość i znana, jednak…  większości imprez zwyczajnie nie uda się obejrzeć (mimo podstawiania darmowych autobusów). W końcu to prawie 60 km; nie urwę się z pracy, by wsiąść do autobusu gwarantowanego przez panią Marszałek (powrót o 23.30 + godzina dojazdu – kto za mnie pójdzie kolejnego do firmy?) Gdyby Bodzianek był na miejscu, to kto wie…

Może chociaż w niedzielę dotrzemy na imprezę pod nazwą „Fantastyczne Lubuskie” – czyli coś dla fanów Gwiezdnych wojen od 0 do 100 lat. Od niepamiętnych czasów zaliczamy się do nich i my.

 

 

 To były minusy.

Teraz czas na wielgachny plus.

 

 

Tegoroczne obchody trwają aż tydzień!

Jak na złość jest to tydzień nieobecności mojego małżonka, ale cóż… nie można mieć wszystkiego.

 

 

Jeden z koncertów odbył się wczoraj w gorzowskim teatrze. Przyznam bez bicia, że nazwa mającego tam grać zespołu – Full Drive – niewiele mi mówiła. Trochę więcej (jednak niekoniecznie dużo) mówiło nazwisko Miśkiewicz.

 

 

 Jako, że koncert świąteczny, rozdawano darmowe wejściówki. Cały cyrk z tym był. Najpierw nikt nie wiedział kiedy, ani gdzie będą rozdawać. Potem okazało się, że wejściówek jest aż… 25! Wyglądało to wręcz skandalicznie… szybko jednak okazało się, że upór potrafi cuda zdziałać. Mamy w swoim otoczeniu koleżankę, że tak powiem – mocno upierdliwą. Wydzwaniała do pani Rzecznik UW z pytaniami o wejściówki tak często i skuteczne, że w końcu sama Rzecznik oddzwoniła do niej – z informacją o kilkuset dodatkowych wejściówkach mozkliwych do odbioru w teatralnej portierni.

 

 

Poszłyśmy (co ja mówię – pognałyśmy galopem), a tam padło nieśmiertelne:

- Godność pań… – portier spoglądał na nas wyczekująco

- My bez godności – wypaliłam bezmyślnie.

- To znaczy godność swoją mamy – bystro poprawiła mnie G. – tylko chciałyśmy odebrać wejściówki na Miśkiewiczów. Zgodnie z sugestią pani Rzecznik zresztą…

No i odebrałyśmy…

 

 

Nadszedł długo wyczekiwany dzień. Trzy razy upewniałam się, o której koncert. Sprawdzałam rozkłady jazdy MZK, żeby jak najdogodniej dojechać do teatru. Zakodowałam sobie kurs o 18.30. Pasowało mi to, bo między 16.00 a 18.00 miał się pojawić fachowiec do odczytania stanu wodomierzy. Zdążę w sam raz…

 

 

Cóż, kiedy mnie w pewnym momencie odmóżdżyło (ma być od mózgu, więc chyba dobrze napisałam, chociaż poprawiacz błędów podkreśla to słowo uparcie). Odmóżdżyło mnie do tego stopnia, że w ostatniej chwili poleciałam na przystanek. Sprawdziłam od razu, czy przypadkiem nie dotarłam tam za późno. Dobra nasza. Najbliższy kurs 17.24. W porządku… (chociaż te 24 minuty po pełnej godzinie wydały mi się jakieś podejrzane; miało być równo wpół). Rozjaśniło mi się dopiero, kiedy już do autobusu miałam wsiadać.

Krótki telefon do bardziej rozgarniętej Koleżanki:

- A ten koncert to o 18.00 czy o 19.00?

- O 19.00!!!

- No to ja do domu wracam. Mam jeszcze godzinę.

 

No i wróciłam. Na drzwiach czekała na mnie karteczka „Proszę o pilny kontakt i telefoniczne podanie zużycia wody w ostatnim półroczu”. Nie było mnie raptem kwadrans…

 Kolejne wyjście na przystanek omalże przeoczyłam, do teatru dotarłam jednak na czas.

Full Drive Band Miskiewicz-0Kubiszyn Tercet Miśkiewiczowski Henryk Miskieiwcz Marek Napiórkowski Michał Miśkiewicz

 

Koncert był niesamowity! Full Drive Henryka Miśkiewicza zaprezentował różne formy jazzu – dla mnie wręcz wirtuozowskie. Była mieszanka swingu i soulu, funky i mojego ulubionego bluesa. Skład zespołu, to  Henryk Miśkiewicz (nawiasem mówiąc pochodzący z lubuskiego Kożuchowa) – saksofon, Marek Napiórkowski – gitary, Robert Kubiszyn – gitara basowa i tegoroczny Fryderyk za najlepszy jazzowy debiut oraz Michał Miśkiewicz – perkusja.

 

a to też moi jazzmeni :-D (pojęcia do tej pory nie miałam, że tak dobrze ich znam)

 

Towarzyszyła im przewspaniała wokalistka – Dorota Miśkiewicz. Wykonywała liryczne, nastrojowe utwory i pełne ekspresji jazzowe wokalizy. Wcześniej nie miałam pojęcia, że – jako jedyna oprócz Kayah  - została zaproszona do wspólnego śpiewania przez boską Cesarię Evora.

 

 

Echchchch… rozkołysali publiczność, rozklaskali… kiedy wyszli na bis, zaprosili nas do wspólnego śpiewania. „Yeyaliśmy” na całe gardło ile wlezie (ale oczywiście w odpowiednich, wskazanych przez Marka Napiórkowskiego momentach).

 

Wyrastam na fankę muzyki jazzowej. Późno, bo późno, ale człowiek przecież uczy się przez całe życie… to i ja mogę…   


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Są takie rzeczy na ziemi

wtorek, 28 czerwca 2011 16:30

 

Prawie rok temu opublikowałam na poprzednim blogu tekst o niezwykłej szkole. Takiej, w której chętnie rozpoczęłabym naukę i to od zaraz. Mało osób go wtedy czytało, ponieważ znajdował się (i nadal chyba jest) w serwisie raczej kompletnie nieblogowym. Postanowiłam wyciągnąć go na światło dzienne. Jest w nim trochę lokalnych ciekawostek… może nie wszystkim znanych…

 

Są takie rzeczy na Ziemi, o których się filozofom nie śniło.

Są takie miejsca na Ziemi, które od razu przypadają do serca.

Wcale nie trzeba ich daleko szukać. Chociażby drezdeneckie Gimnazjum nr 1. Mało prawdopodobne, bym na tyle „cofnęła się w latach”, aby do niego uczęszczać… ale piękne jest. Po prostu. W takiej szkole mogłabym się uczyć.


Photobucket Photobucket Photobucket

 

Gimnazjum mieści się w bodaj najlepiej zachowanym w naszym województwie osiemnastowiecznym pałacu. Pałac – wybudowany przez poznańskiego kupca Treppmachera – powstał na terenie brandenburskiej twierdzy z początku XVIIw. Sama twierdza podupadła po najeździe Szwedów (zdobyli Drezdenko w 1639 r.), a definitywnie straciła na znaczeniu po wojnie 7 letniej (1756-63).

 

Podczas budowy Treppmacher wykorzystał piwnice dawnego domu mieszkalnego. Powstał nad nimi barokowy pałac, z którego gościnności korzystali chętnie różni wielmoże i mężowie stanu (car Aleksander I i Wielki Książę Konstanty, pruski król Fryderyk Wilhelm III wraz z małżonką oraz następca pruskiego tronu Fryderyk Wilhelm).

 

Po bezpotomnej śmierci kupca, pałac trafił na licytację. Od tego czasu, stosownie do potrzeb kolejnych właścicieli, wielokrotnie go modernizowano. W czasie wojny nie ucierpiał zbytnio. Niestety po jej zakończeniu zaczął powoli marnieć. Nie były to dobre czasy dla perełek architektury. Nie bardzo wtedy było wiadomo, co z tym fantem zrobić. Wiele z nich zwyczajnie zniknęło z powierzchni ziemi. Pałacowi Treppmachera jednak się udało.

 

Przed dalszą dewastacją uratowała go decyzja z 1957 r. o utworzeniu tu szkoły podstawowej. W 1999 r. powołano gimnazjum im. Nojiego, które funkcjonuje do dziś. Po przytulnych wnętrzach oprowadzał nas sam dyrektor szkoły. Piękna, przelotowa sień nie jest już wprawdzie przelotowa, ale klatka schodowa pamięta jeszcze pierwszego właściciela. Przez lata szpeciły ją (i chroniły) warstwy farby. Teraz prezentuje się w całej swej snycerskiej doskonałości.


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Główne drzwi wejściowe do pałacu (dzisiaj nieużywane i od wewnątrz praktycznie niewidoczne) są misternie dekorowane motywami florystycznymi. Stolarka oryginalna, barokowa. Balustradę balkoniku nad nimi zdobi herb Treppmachera.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Portal robi wrażenie. Klimat tego miejsca jest naprawdę niesamowity. Klasy nieduże, czyściutkie. W oknach firany, udrapowane po pałacowemu, a w każdej niemal sali – nie uwierzycie - zachowany stary kominek: tu lustrzany, tam stiukowy bądź ceglany. Nie są już używane, ale pięknie dekorują klasowe pomieszczenia.


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Na niektórych ścianach widoczne są jeszcze fragmenty starych fresków. Zdjęcie jednego zrobiłam oczywiście w gabinecie historycznym.

 

Photobucket

 

W sieni (tej przelotowej) można podziwiać starą posadzkę i tablicę fundacyjną Treppmachera z 1766 r.,

 

Photobucket

 

a w sali tzw. multimedialnej, oprócz kominka i starych stiuków uśmiecha się ze ściany niemiecki kompozytor i poeta Adam Krieger. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Nawiasem mówiąc górne partie ścian – to oryginalne stiuki, dolne partie– domalowała jedna z nauczycielek. Według mnie, niczym się nie różnią.

 

Mistrz niemieckiej muzyki barokowej - Adam Krieger – urodził się w 1634 r w Grenzfestung Driesen (granicznej twierdzy Drezdenko). Niektóre obcojęzyczne encyklopedie podają, że miejscem jego urodzenia jest Drezno, ale wynika to tylko i wyłącznie z błędnego tłumaczenia nazwy Driesen. Przodkowie Kriegera pochodzili z Przynotecka (gmina Stare Kurowo), a jego ojciec stacjonował w drezdeneckiej twierdzy. Adam, mimo dość krótkiego życia (zmarł w 1666) wydał co najmniej 100 utworów religijnych, miłosnych, biesiadnych, studenckich. Niektóre z jego pieśni do dziś można znaleźć w śpiewnikach ewangelickich. Pomimo całego tego kompozytorskiego mistrzostwa, niezwykle jednak rzadko prezentowane są na koncertach muzyki barokowej. Szperałam po internecie i nie udało mi się znaleźć ani jednego kriegerowskiego utworu do posłuchania. Nic chyba straconego, ponieważ w miejscu urodzenia kompozytora podjęto starania o zorganizowanie polsko-niemieckiego festiwalu pieśni im. Adama Kriegera. Może się uda.  


Photobucket Photobucket

 

A kim był patron gimnazjum?

 

Józef Noji – polski olimpijczyk z lat 30. urodzony w pobliżu Drezdenka (w Pęckowie), rozstrzelany w Oświęcimiu za próbę przesłania grypsu. Długodystansowiec, rekordzista Polski. Był tak samo znany jak Kusociński, a dziś już niewielu kojarzy jego nazwisko. Może dlatego, że Kusociński w 1932 r. zdobył złoty medal olimpijski, a Noji był zaledwie piąty na igrzyskach w Berlinie w 1936. Obaj mieli startować w olimpiadzie cztery lata później. W roku olimpijskim 1940 Kusocińskiego rozstrzelano w Palmirach, trzy lata później Noji podzielił jego los w Auschwitz. Przez pewien czas funkcjonowało powiedzonko „befsztyk Nojiego”- równoznaczne ze słowem „wymówka”. Powstało po tej nieszczęsnej olimpiadzie berlińskiej, kiedy relacjonujący igrzyska Kusociński próbował wytłumaczyć kiepską formę kolegi faktem zjedzenia przez niego tuż przed zawodami krwistego befsztyka.

 

Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

o siedmiu rycerzach śpiących w dniu ras mieszanych

poniedziałek, 27 czerwca 2011 5:52

 

 

Podobno Niemcy obchodzą dziś święto Siedmiu Śpiących  a Irlandczycy to samo, tylko inaczej nazwane – Sjösofandi.  


Zgodnie z ludowymi przekazami, w krajach tych siedmiu braci przepowiada, ile tygodni popada.
Jaka pogoda w Siedem Braci Śpiących, taka przez siedem tygodni następujących.
Jak siedmiu braci zacznie sikać, na siedem tygodni trza pod strzechę zmykać.



Jaki z tego wniosek? Że trzeba bacznie obserwować to, co dziś za oknem będzie się działo… (u nas – póki co - nie pada. Niebo ma dziwny kolor, a słońce ostro odbija się od szyb sąsiedniego bloku)

Nasz klimat coraz bardziej upodabnia się do zachodnioeuropejskiego. Kiedyś mieliśmy o tej porze upalne lata, obecnie – zimno niby nie jest, ale jakoś tak mało letnio (nie mylić z małoletniością:-)) się stało. Zupełnie, jakby w tym roku święci zmówili się i prognozowali pogodę płaczliwą, tudzież wietrzną.

 

A teraz przenieśmy się na inny kontynent. W Brazylii - najbardziej zróżnicowanym rasowo kraju na świecie - świętują dziś Dzień Ras Mieszanych.

 

Bazując na oficjalnych statystykach śmiało można stwierdzić, że… mają co świętować!

 Wikipedia głosi, że:

55% mieszkańców kraju należy do rasy białej,

6% do czarnej,

38% to potomkowie par mieszanych,

1% sklasyfikowano jako „innych”.

 

Mniej oficjalnie:


Brazylia to prawdziwy tygiel narodów. Jeszcze w tej chwili zamieszkuje ją ponad 240 plemion indiańskich. Do tej rdzennej ludności dołączali kolejno Portugalczycy, Afrykanie (sprowadzani jako niewolnicy), nieco póżniej Hiszpanie, Włosi, Polacy, Japończycy, Niemcy i wiele innych narodów. Nieuchronną koleją rzeczy było krzyżowanie się wszystkich ras i proces ten trwa nadal.


Prawdziwy Brazylijczyk jest dziś istną „tęczą ras”. Jak trudne może być ustalenie tzw. czystości rasowej mogą świadczyć próby „naukowego” ustalenia hierarchii wartości obywateli w czasach kolonialnych (w 1854 r.):

Mulat lub Mulatka jest dzieckiem ojca białego a matki Murzynki, czyli czarnej.

Quarteron jest dzieckiem ojca białego i Mulatki.

Griffe jest dzieckiem ojca białego i matki Quarteron.

Guerssonne jest dzieckiem ojca białego i matki Griffe.

Mistive jest dzieckiem ojca białego i matki Guerssonne.

Na koniec dziecko ojca białego i matki Mistive jest zawsze białe, tak jak europejskie.  


 
Jeszcze ciekawsza jest „międzyrasowa” klasyfikacja Brazylijczyków Marvina Harrisa:   

Biały (branco),

 Mulat (mulato),

jasny Mulat (mulato claro),

 Mulatek (mulatinho),

Ciemny Mulat (mulato-escuro),

„Kawa z Mlekiem” (café-com-leite),

Metys-Kaboklo (caboclo),

Czarny z domieszką (preto de cabelo bom),

„Ciemnawy” (escurnho),

Ciemny (escuro).”


Naprawdę można dostać zawrotu głowy.;-)

I jak tu nie obchodzić Dnia Ras Mieszanych? :-D

 

(A na WP jak zwykle - teksty w eterze obijają się o siebie... publikuje po raz drugi i do pracy zmykam. Gdyby pojawił się dwa razy - wybaczcie. Wyrzucę jeden po powrocie do domu)


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Wycieczka z dedykacją – Bobowicko

niedziela, 26 czerwca 2011 15:20

 

Jakieś 4 godziny temu wysłałam tekst do publikacji. Jak zwykle zaświeciło na zielono, że wkrótce pojawi się na blogu. Dzisiejsze "wkrótce" trwa jednak bardzo długo. Podejrzewam, że mój tekst pływa sobie w eterze dookoła ziemskiego globu, użyźniając poletko z amerykańsko-rosyjskimi śmieciami.

A niech tam - opublikuję go po raz drugi. Może tym razem nie zginie. Gdyby dziwnym trafem pojawiły się oba - jeden skasuję. I tyle.

 

No więc....

 

Do Bobowicka zawitaliśmy wczorajszego popołudnia. Wcale, a wcale nie planowaliśmy tam jechać. Samo wyszło. Wybraliśmy się tylko do Międzyrzecza na rekonstrukcję zdobywania zamku przez Węgrów (1474 r.), a że zapas czasowy posiadaliśmy i do Bobowicka stamtąd przysłowiowy rzut beretem, więc… owsikowanie przecież nie boli :-D

 

Bobowicki pałac wabi tym bardziej, że raczej trudno do niego podejść. Położony na cyplu nad samym jeziorem i szczelnie ogrodzony, daje się zazwyczaj pooglądać jedynie z oddali. 

 

Photobucket (Zdjęcie nie moje. Niestety nie posiadłam jeszcze zdolności latania. Ściągnęłam je z archiwalnej już strony oferującej sprzedaż pałacu)

 

Przez drucianą bramę niewiele można dojrzeć. Kilka lat temu stanęłam na jego schodkach razem ze studentami UTW, których przywiózł tu konserwator zabytków (dobrze jest być „córeczką tatusia”, nawet trochę już leciwą ;-)).

 

Miejsce zauroczyło mnie już wtedy. Od tamtej pory kilkakrotnie czyniliśmy próby sforsowania bramy. Wczoraj była zwyczajnie uchylona. Weszliśmy. Miły uśmiech i grzeczna rozmowa skutkują prawie zawsze. Pospacerowaliśmy po obszernym dziedzińcu portretując to, co tam jeszcze pozostało. Pewnie nie wszystko uda się uratować. Od co najmniej 15 lat pałac jest własnością prywatną. Na jego przebudowę i dostosowanie do nowych funkcji potrzeba ogromnych funduszy, ale ma jeszcze szansę, by stać się w przyszłości np. klimatycznym hotelikiem lub centrum konferencyjnym.


Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

O wiele gorzej ma się dawna dworska oficyna. Nazywają ją starym dworkiem i trzeba przyznać, że dostojnie – mimo swojej kondycji – wygląda.


Photobucket

 

Grzebiąc w przeszłości Bobowicka, dokopać się można morawsko-czeskiego rodu rycerskiego Samsonów – do potomków tego rodu wieś należała w wieku XV. Nazwa miejscowości znana już była o wiele wcześniej - pojawiła się po raz pierwszy w 1257 r., w dokumencie paradyskich cystersów.

 

W średniowieczu była to wieś obronna. W wiekach późniejszych przyjęła pod swe skrzydła Braci Polskich, stając się prężnym ośrodkiem arianizmu. Polscy arianie wyłonili się ze zboru kalwińskiego w połowie XVI w., a już 100 lat później skazano ich – na mocy ustawy sejmowej z 1658 r. - na banicję (podobno za współpracę ze Szwedami w czasie Potopu). Wtedy własność bobowicka przeszła w ręce znanych rodów szlacheckich.

 

Oglądany przez nas barokowy pałac powstał w XVIII w. na podwalinach starszych budowli (pozostałości oglądać można w piwnicach). Wybudowała go rodzina Dziembowskich (właściciele posiadłości aż do 1945 r.). Początkowo był to dwór ryglowy, od chwili barokizacji stał się murowany. Wielokrotnie go przebudowywano dostosowując do nowych trendów i potrzeb.

 

Photobucket

 

Ostania interwencja w wygląd budowli miała miejsce ok. 1910 r. – pojawiły się portfenetry  - wielkie okna (typowe dla tego określenia powinny sięgać od podłogi do sufitu niemal – słowo powstało przecież jako zbitek wyrazów drzwi porte +okno fenêtre ), secesyjne balustrady, kandelabry. Pięknie musiało być.

 

Na stronie LWKZ znalazłam fotografię pałacu z roku 1939.


Photobucket

 

Po wojnie w pałacu ulokowano żeński internat Technikum Hodowlanego. W marcu 1971 r. wybuchł w nim pożar (zapaliły się przewody elektryczne). Po odbudowie uczennice już do niego nie wróciły.

 

Szkoła ma się dobrze – nosi obecnie nazwę Zespołu Szkół Rolniczych w Bobowicku im. Zesłańców Sybiru. Pałac ciągle czeka na swoje pięć minut.

 

Nad brzegiem jeziora Bobowickiego ustawiono przeniesione z niewielkiego rodowego cmentarzyku nagrobki Dziembowskich. Przyciągają oko swoim urokiem.

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  Photobucket 

 

Ps. .. a dedykacja jest oczywiście dla Zosi serce. Ona będzie wiedziała dlaczego.

 

Ps.2. Omal zapomniałam. Wczorajszy dzień obchodzony był w Rosji, Ukrainie i na Białorusi jako  Dzień Przyjaźni i Jedności Słowian. A my, co?? Nie Słowianie?? My od macochy??????. Wszystkiego najlepszego (choć spóźnionego) życzę Wszyskim Słowianom @)-->-->--!!


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

niedziela, 23 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 859  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207859
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2440 dni

Lubię to