Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 126 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Przystanek trzeci

piątek, 29 czerwca 2012 23:17

 

Trochę wyświechtany, bo kto żyw spośród mieszkańców mojego miasta już się na ten temat wypowiadał – jeśli nie pisemnie, to fotograficznie, ale ja przecież jeszcze nie… :-/. A nuż ktoś z was nie widział takich cudów.

No i przystanek jakby nieco dłuższy, w dodatku bezsamochodowy. Dokładniej: balkonowo-okienny. Można go nawet na trzy akty podzielić:

akt 1 – Dzień Niepodległości

akt 2 – Złocisty, albo Dzień Midasa

akt 3 – Mammatusy

 

Akt 1  brzmi trochę jak horror. Tak też wyglądał.

Najpierw przyszedł sms: „UNIQA informuje o zbliżającej się nawałnicy. Godz. 20.37 – 21.10 – komunikat dla obszaru 66-400”.

Skoro ubezpieczyciel dba o nasze autko, to jak najbardziej powinien i jego kierowca. Bodek posłusznie zjeżdża windą by pozamykać wszystkie lufciki (cały dzień grzało potwornie). Na szczęście drzew w pobliżu pojazdu nie ma, a porwać Multiplę raczej trudno ;-).

Wracając pod nasze niebo ( 9 piętro na krawędzi wzgórza to nie-byle-co,) ciągnie za sobą chmurę. Dosłownie tak to wygląda. Na dworze robi się czarno. O dach bloku zaraz zawadzi olbrzymiasty statek kosmiczny. Ani chybi inwazja Obcych („Dzień Niepodległości” się kłania). Ufff… przeszedł… płynie dalej…

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Gnamy na balkon. U jego podnóża drzewa przyjmują dziwaczne pozy czuprynami dotykając trawy. Młode są, to jeszcze potrafią. Stare pewnie by pękły z trzaskiem.

 

Photobucket  

 

„Statek” ciągnie za sobą kłębowisko chmur. Stalowo-szare, groźne ale i piękne. Przyciągają wzrok, fascynują, hipnotyzują. Z prawej strony, na drugim brzegu Warty wyraźnie leje, tu – ani kropli. Fragment tej kotłowaniny wydłuża się dziwnie w kierunku ziemi. Zupełnie, jakby powstawał lejek. Za chwilę otworzy się klapka i – albo pojawią się wreszcie ci Obcy, albo niczym z wiadra lunie woda.


Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Nic z tego. Leje już z prawej i z lewej. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

U nas tak sobie… popaduje zaledwie. Krople omijają balkon, wiatr się uspokaja. To juuuż? Konieeec? Łeeee…

Nie tak szybko… czas na akt 2.

 

Stoimy na zaciemnionym jeszcze balkonie, a z drugiej strony mieszkania ktoś chyba zapalił światło. Kto? - skoro wszyscy tłoczymy się na tej niewielkiej przestrzeni zewnętrznej? Złocistości zaczynają wylewać się dalej, wypychają chmurzysko. Niebo i świat dookoła – jak dotknięte dłonią Midasa – pokrywa ciekłe złoto. Wszystko w miodowym odcieniu – niebo, domy, drzewa… czysty surrealizm… 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Niczym bąbel pola siłowego nad miastem wyrasta podwójna tęcza. Pomiędzy dwoma łukami co i raz pojawiają się błyskawice. Próbujemy upolować te zygzaki – z marnym skutkiem. Lepiej chyba chłonąć świat dookoła nas, bo …jest… nieziemsko 0:-) 

Fantasy kłania się w pas, albo i jeszcze niżej. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Sąsiadka nad nami krzyczy – Widzieliście jakie śmieszne niebo z drugiej strony?  No, nie widzieliśmy, galopkiem więc do gabinetu. Tam dzieje się w najlepsze akt 3.

 

Złoto zniknęło całkowicie. Na niebie różowiuchny tiul i  sterczące w dół … hmmm… pupcie aniołków? Dosłownie, jakby wszystkie niebiańskie istoty jednocześnie wypięły na nas gołe pośladki. Po chwili zaczynają się wydłużać – coraz bardziej przypominają rozłożyste biusty. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

W oddali tworzą się nowe – już nie tak spektakularne – zwykłe „ waciki”. Świat wokół nas zmienia barwę na czerwoną.

Spektakl powoli dobiega końca. Tylko w oddali długo jeszcze rozświetlają mrok błyskawice.

 

 

Photobucket 

 

Cuda związane były z zapowiadaną nawałnicą. „Cycate” wypustki  na niebie noszą nazwę mammatusów (albo zjawisko Mamma) i towarzyszą burzowym Cumulonimbusom. Są bardzo tajemnicze, bo – mimo szeregu badań naukowych – nadal trwa „czeski film” z oryginalnymi chmurkami w roli głównej. Na pewno wiadomo jedynie, że powstają u podstawy Cumulonimbusa przy zderzeniu ciepłych mas powietrza z zimnymi, że składają się z kryształków lodu (albo ciekłej wody), że bąblują przepięknie. Reszta, to póki co spekulacje, hipotezy, opowiastki…

Lubię bajki, zwłaszcza tak cudnie ilustrowane.

 

Na zakończenie odrobina autopromocji :-)

Niedawno ukazał się pierwszy numer magazynu „Polska niezwykła” z podtytułem „na wakacje”. Wydrukowano w nim dwa popełnione przeze mnie teksty. Podobno można go nabyć na stacjach „Orlenu”, w wybranych salonikach Kolportera, w kioskach Ruch, księgarniach sieci Matras, salonikach inMedio i Relay. Zapraszam :-D

 

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Pobocza codzienności

środa, 27 czerwca 2012 22:37

Cywilizacja gna przed siebie w poszukiwaniu ciągle nowych wrażeń i rozwiązań.  Pędzimy z nią nie rozglądając się na boki… szkoda czasu na międzylądowania…

Czyżby?

Ja tam lubię postoje.

Najbardziej te niespodziewane, kiedy kątem oka złowimy nie-wiadomo-co.

A wtedy… prrr koniki… włączamy wsteczny…

 

Przystanek pierwszy. Żurawie.


Cel wytyczony, autko zgrabnie połyka kilometry, Pan Kierowca (hehe) bawi nas rozmową, po obu stronach drogi rozwijają się widoki jak malowanie: maki, rzepak, górka, dolinka, las, jeziorko, mostek, maki, rzepak, maki, chabry, zboże, żuraw, trawa, żuraw, żurawiątka… ŻURAW? ŻURAWIĄTKA?

 

Bodeeeek! Stawaj! Tam był żuraw z małymi!

Prrrrrr…

- Cholerka. Pewnie uciekną. Są przecież  bardzo płochliwe.

Zawracamy ostrożnie. Podjeżdżamy bliżej. Żuraw jest – na środku pola. Małych nie widać (a były przecież trzy). Przywidziało mi się? Bodek łapie aparat, zmienia obiektyw.

- Nie idź. Wypłoszysz.

- Coś ty. Jeśli mają małe – nie uciekną.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Ma rację. Mój żuraw kroczy dostojnie, oddala się jakby wcale nas nie widział. Z kępy trawy sterczy druga ptasia łepetyna, wyraźnie należy do dorosłego osobnika. Przyglądamy się dokładniej – jest i mniejszy łepek. Maluch. A gdzie drugi i trzeci?

 

Bodek trzaskając fotki podchodzi nieco bliżej. Tego żurawiowi już za wiele. Opuszcza kryjówkę, ale… w sposób dość nietypowy. Nie wygląda to na salwowanie się ucieczką tylko zamierzony spacerek. Oddala się równie dostojnie co jego partner (ka?) tyle, że w przeciwnym kierunku. Po chwili zauważamy, że w pobliżu długachnych rodzicielskich nóg plącze się maluch. Ależ szybko biegnie!

 

 

Photobucket Photobucket PhotobucketPhotobucket Photobucket Photobucket 

 

Ptaki udają że nas nie ma. Jesteśmy dla nich przezroczyści, ale… ale bezpiecznie i całkiem od niechcenia  wyprowadzają swoje dzieci poza zasięg ludzkiego wzroku. Żurawica z lewej także popędza przed sobą pisklę. Dopiero teraz je zauważyłam. Obiektyw mojego aparatu już nie.  Trzeci maluch pewnie siedzi nadal w trawie. Nie wiem, jak ona to zrobiła (żurawica oczywiście), ale taktycznie akcja była perfekcyjna

 

Photobucket Photobucket 

(autentycznego żurawiego malucha sfotografowliśmy jednak w zupełnie innym miejscu i kompletnie w innym czasie)

 

Przystanek drugi. Zaskroniec.

 

Jedziemy leśną drożyną, właściwie groblą – z jednej strony staw rybacki, z drugiej Kanał Kłodawski. Środkiem - przed delfinim dziobem autka – zygzakiem pędzi zaskroniec. Pędzi naprawdę. Chyba przed nami ucieka, a przy tym cudnie mieni się w zachodzącym słońcu

- Bodziankuuu! Zrób mu zdjęcie!

Prrrrrrr….

Bodzianek – jak zwykle - łapie aparat i…galopkiem z auta. Gratka to w końcu nie lada. Ja gramolę się zdecydowanie wolniej. Jakieś irracjonalne uczucie nakazuje  mi ostrożność. A przecież to żadna żmija, tylko nasz łagodny, polski wąż. Niejadowity, niebiesko-szary z „zaskroniowymi” (gdyby sterczały mu uszy, powiedziałabym „zausznymi”) plamkami. Czegóż tu się bać? 

 

Photobucket

 

Bodek strzela mu po oczach fleszem – przecież tak szybko się porusza, że migawka aparatu nie może nadążyć. Lampa też… z ładowaniem. Zaskroniec próbuje się ukryć. Nagle robi karkołomny przewrót przez głowę i gna prosto na mnie! Naprawdę! Moment i jest przy moich adidasach. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

- Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! – odskakuję, jak oparzona.

- Stójże spokojnie. On chce się ukryć. Nic ci nie zrobi!

Niby racja…

- A jak wślizgnie się w nogawkę?

- No coś ty! Po prostu stój!

No to stoję, a on… zwija się w kłębek u moich stóp. Dyszy. Ależ musiał się bać. W gruncie rzeczy… słodki jest :-)

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Dzielny był nasz model–  nie zwymiotował (żeby nas wypłoszyć) ani nie „strzyknął” cuchnącą wydzieliną z gruczołów analnych, ani ataku serca nie udawał (to się nazywa tanatoza – zaskroniec przewraca się na plecy, wiotczeje gwałtownie, wywraca oczęta i wywala język; słowem: trup-nieboszczyk; a kiedy tylko odwrócisz od niego uwagę – znika, gdzie pieprz rośnie. Spryciul:-D

 

 

Miał być jeszcze przystanek trzeci, no cóż... zostawiam go na osobny wpis. Jednym okiem obserwuję zmagania Portugalii i Hiszpanii - trudno się skupić ;-);-)

 


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Kiedy balony tańczą…

niedziela, 24 czerwca 2012 19:56

… świat jest jakby ze snu. Rzeczywistość nabiera zupełnie innego wymiaru. Jak w bajce.

 

Po tańczących parowozach kolej przyszła na balony. Nie – jakieś tam baloniki, tylko najprawdziwsze wielgaśne cuda napełnione ogrzanym powietrzem.

Gdzie takie można znaleźć? W balonowej stolicy Polski. W Szczecinku.

 

Wyprawa na iście wariackich papierach. Najpierw znajomy paralotniarz rzuca hasło. Pytamy wujka Google o bliższe szczegóły, no… i… mamy dylemat. Jechać? Nie jechać? Toż to prawie 200 km! Jechać tylko na parę godzin – głupota. Nie jechać – chyba większa, bo czyż mamy szansę zobaczyć gdzie indziej niebo utkane balonami? Wyprawa do Hameryki – nawet, gdybyśmy jakimś cudem dowiedzieli się o światowym zlocie – nie wchodzi w grę. Europejskie imprezy (Francja lub Niemcy) ciutkę bliższe, jednak również poza zasięgiem wariackich pomysłów, a tu… na wyciągnięcie ręki…

Widzieliście kiedyś z bliska taki balon? A dwa na raz? A dziesięć jednocześnie? A dwadzieścia i więcej?

No właśnie. To przeważyło. Nawet nie musieliśmy długo walczyć z myślami :-D

 

Dojeżdżamy do Szczecinka ok. 18.00, czyli godzinę przed planowanym rozpoczęciem imprezy, a tu… nikt-nic-nie-wie. Żadnych banerów, plakatów. Żadnego śladu!

By to kobyła (...) [:-|](…) Taki świat drogi i po nic? Niedoczekanie!

 

Jedziemy na OSiR. Z wyszperanej w internecie rozkładówki wynika – o 19.00 balony startują z dowolnego miejsca; w rejonie „Strefy kibica” biorą udział w rzucie na celność; ok.22.00 lądują (gdzieś w pobliżu) i rozpoczyna się nocny pokaz statyczny.

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Strefa kibica jest. Jakiś czerwony krzyż na ogrodzonym fragmencie murawy również. Zamawiamy piwo, siadamy, czekamy. Nadal mało-kto-coś-wie, ale pomału zbierają się gapie. Pojawia się także pan w pomarańczowej podkoszulce z logo „Trzeciego polsko-niemieckiego festiwalu balonowego” na piersi. Od słowa do słowa i okazuje się, że to konstruktor pierwszego polskiego balonu bezzałogowego. 7 m wysoki, 5 m średnicy. Kolos obsługiwany zwykłym pilotem. To jest coś :-]. Z powodu braku załogi w konkurencji udziału brać nie będzie, jednak przywraca nam wiarę w sens naszego przyjazdu.

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Deszcz podwyższa nam ciśnienie. Na szczęście padać przestaje, a nad drzewami pojawia się w końcu kolorowa kropka. Wywołuje prawdziwe poruszenie. Sunie majestatycznie w naszym kierunku i… znika. Konsternacja.

Na szczęście na niebie widać już następną. Ta również nas mija w oddali, jednak po przyciągnięciu obiektywem aparatu czytamy napis „Gazeta Lubuska”. Swoi! Super!!!

 

Nagle zaczyna robić się gęsto. Nadlatuje paralotniarz, potem drugi, trzeci, czwarty… Wykonują akrobacje tuż nad naszymi głowami. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Pomiędzy nimi pojawia się czasza balonu. Aaaleee wielkaaa! Jest ich coraz więcej – niebieskie, żółte, czerwone i w barwach Staleczki (niebiesko-żółte). Migają płomieniem, to wznoszą się, to opadają. Trzaskamy zdjęcia jak szaleni. Ludzie w gondolach też.:))

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Wrażenie niesamowite! Teraz już wiem, że przyjazd tu był dobrym pomysłem. Rzutu na celność próbuje tylko kilka załóg (resztę trochę za bardzo zniosło). Wygrywają Niemcy. Wszyscy w końcu znikają z pola widzenia. Znowu zaczyna padać.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

To co? Z nocnych pokazów nici? Do godziny ich rozpoczęcia jakieś 40 min. Wracać głupio. Poczekamy, może pogoda znów się odmieni. Oglądamy na telebimie mecz Hiszpania-Francja. Iberyjczycy strzelają gola. Jeeeest! Chociaż coś się dzieje.

W przerwie rozgrywek decydujemy się jednak przenieść na płytę pobliskiego boiska. Rzekomo tam mają odbyć się pokazy. 

 

 

Photobucket 

 

Nadlatuje pierwszy. Siada na trawie niedaleko telebimu. Wracamy. Wielki jest jak wieżowiec! A może większy? – kompletnie brak mi skali porównawczej, więc pewnie to wcale nie tak, jak się wydaje. 

 

Photobucket

 

Ochrona namawia, żeby jednak na to boisko pójść. No to idziemy. Stoi tam kilka samochodów, coś kolorowego „się pompuje”.

 

Nadjeżdżają kolejne pojazdy ciągnące za sobą nieduże przyczepki, nad którymi sterczą gondole. Niedaleko nas dźwiga się z murawy jakiś clown.  Ma wielkie oko, czerwony nos i sterczące, niebieskie ucho. Niemiecka ekipa rozwija długaśny pas jakiejś materii. Włączają sprężarkę i z paska robi się kiełbaska. Pęcznieje, pęcznieje aż… panie pilocie dziura w balonie! O, jest też druga! Eee tam, to chyba tak ma być, bo nikt (oprócz gapiów) się nimi nie przejmuje. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Rosnący olbrzym przesłania całkowicie to, co dzieje się za nim. Sprężarka staje, pojawia się płomień. Przytrzymywany linami kolos zaczyna się dźwigać. Robi wrażenie! Nagle okazuje się, że w międzyczasie za jego plecami nadmuchano kilka innych. Są ciut mniejsze, choć także ogromne. Szukamy clowna, ale zamiast niego znajdujemy szeroko uśmiechnięty samochód z niebieskimi kołami zamiast uszu 0:-). Jest też nasza „Gazeta Lubuska”.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Głos zabiera konferansjer. Dowiadujemy się, że spośród 30 załóg (+ dwa balony bezzałogowe) – 15 zgłosiło udział w pokazach. Są Polacy, Niemcy, Anglicy, Duńczycy.

Na podest wchodzi najprawdziwszy dyrygent. Rozbrzmiewa muzyka. W jej takt i pod dyktando dyrygenta balony to jaśnieją, to gasną. Zapominam natychmiast o bólu nóg (nie lubią stania). Jest pięknie, bajkowo. Ech… jak dobrze, że przyjechaliśmy.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Jeżeli komuś udało doczytać do końca –należy mu się medal za cierpliwość.

Kiedy szykowaliśmy się spać, świt nieśmiało próbował wstawać, a ptaki darły się oszalałe. Jak zmieścić to wszystko kilku słowach?

Niestety, ciągle jeszcze nie umiem się streszczać :-( (ale pracuję nad tym ;-))

 


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

Dzień pełen przygód

czwartek, 21 czerwca 2012 21:09

Zaplanowany w każdej minucie i dopięty na ostatni guzik już w marcu. Miał być niezapomniany i… jest ;-).


Dla mnie to dzień szczególny. Dzień Wycieczki Śladami Alfreda Kielaka. Zorganizowana przez Uniwersytet Trzeciego Wieku – dla uczczenia pamięci jednego ze swych założycieli i długoletniego profesora „katedry” turystyki . Byłam tzw. „honorowym uczestnikiem” i nawet zaopatrzyłam się na tę okoliczność w jeden dzień urlopu. Miłe to bardzo. Tato już trzeci rok po Niebiańskich Błoniach oprowadza (od niedawna towarzyszy mu mama), ale śladów zostawił niemało i w kraju i poza jego granicami. Starczy na wiele, wiele podobnych eskapad...

 

Wycieczka Alfredowa rozpoczyna się zawsze od zapalenia światełka pamięci i pogłaskania po nosie jej Patrona. Ma to zagwarantować odpowiednią pogodę i pomyślny przebieg podrózy. Zawsze się sprawdza.  Dawni słuchacze praktykują ten zwyczaj przed każdym dłuższym wyjazdem.

 

Photobucket 

 

Zadziałało i tym razem. Deszcz towarzyszył nam tylko do Wolsztyna. Temperatury utrzymywały się w specjalnej skali nie-za-gorąco, nie-za-zimno. Siostrzany oddział UTW ugościł nas po królewsku, zwiedziliśmy dwa arcyciekawe muzea (o nich innym razem) i wyruszyliśmy w dalszą drogę. W Lesznie czekał obiad oraz  kolejne ciekawostki, o które zadbali tamtejsi  „trzeciowiekowi”. Humory dopisywały.

 

Świat jednak rządzi się własnymi prawami. Jedno z nich głosi, że Nic nie jest tak dobre, by nie mogło się spieprzyć. Tym razem postanowił uczynić to pięćdziesięcioosobowy, luksusowy mercedes. Wziął i stanął. Nieodwołalnie. Nie pomogły wysiłki kierowcy ani sprowadzonego przez Prezesa mechanika.

Po trzech godzinach przyjechał po nas kolejny autokar (tym razem na leszczyńskich numerach), a nasz – małymi skokami – wrócił (mam nadzieję) do stajni.

 

 

Photobucket Photobucket

 

Dalszy program stanął pod znakiem zapytania. Poddać się zwyczajnie nie wypadało, ale oczekujący na nas Leszczynianie, oprócz zajmowania się nami  mieli także inne obowiązki. Krótka narada, szybka weryfikacja pomysłów. Stanęło na tym, że wyprawę do miasta króla Stasia należy powtórzyć na spokojnie. Skoro tu jednak jesteśmy, to choć pobieżnie wypada obejrzeć podstawowe ciekawostki miejskie. Ufff… nie spodziewaliśmy się, że jest ich aż tyle! Truchtem obeszliśmy Rynek i najbliższe okolice (pod super-przewodnictwem słuchaczki tamtejszego UTW), po czym udaliśmy się do Pawłowic.

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

A w Pawłowicach…

Pojęcia nie miałam, że stoi tam „najpyszniejszy pałac Wielkopolski” zwany Małym Rogalinem. Najautentyczniejszy pod słońcem przykład królewskiej architektury z czasów stanisławowskich. Zadziwia już jego bryła, niemieszcząca się w kadrze aparatu. Jest jaki jest dzięki staraniom rodu Mielżyńskich.

 

Photobucket 

 

Wnętrza?

Może oddam głos znanemu architektowi Tadeuszowi Stryjeńskiemu:

„We wszystkich apartamentach, zarówno parterowych, jak i piętrowych znajduje się wielka ilość cennych mebli (głównie Ludwik XVI i Empire), niektóre garnitury są złocone, inne wykonane z mahoniu i palisandru. Na ścianach wiszą liczne portrety rodzinne oraz dużo obrazów starych szkół, głównie włoskich i francuskich. Nadto wnętrza wyposażone są w wielką ilość pierwszorzędnych okazów przemysłu artystycznego (porcelana głównie saska, wielkie wazony chińskie, kandelabry, zegary z bronzu)” (1929., T.Stryjeński)

 

 

Photobucket Photobucket 

 

Czegóż tam nie było?

- 137 obrazów (głównie włoskie i francuskie z XVII i XVII w., Kossak, Barbier, Chabas i in.),

- 100 sztychów francuskich,

- rzeźby dłuta Władysława Marcinkowskiego (dwie stoją do dziś – wiejska dziewczyna i chłopak, podobno mają rysy rodzeństwa  Mielżyńskich – Krzysztofa i Heleny),

- sporo rzeźb marmurowych, z brązu a nawet z terakoty, alabastrowe wazy

- niezliczona ilość porcelany i fajansu z uznanych europejskich manufaktur;

- herbowe serwisy obiadowe (co najmniej na 120 osób każdy),

- herbowe szkło, kryształy, porcelanowe figurki,

- srebra (sztućce, kandelabry, lichtarze, „garnitury toaletowe”),

- pałacowe meble ( w stylu obu Ludwików, Empire, Biedermajer), oznakowane wymalowanymi na olejno literami MP (Majątek Pawłowice),

- kosztowności...

Słynna na całą Wielkopolskę (i nie tylko) biblioteka  w 1929 r. liczyła 10 tys. oprawnych w czerwony safian woluminów (okładki wyciskane złotem, wewnątrz herbowy exlibris).

Jako ciekawostkę dodam, że ten zbudowany w latach 1779-1783 zespół pałacowy był już w XVIII w. ogrzewany ciepłym powietrzem (płaskie kanały w ścianach) – jako jeden z pierwszych w całej Rzeczpospolitej.

 

 

Photobucket Photobucket 

 

Cóż pozostało?

Nic, oprócz stojących w holu rzeźb chłopaka i dziewczyny (dłuta Marcinkowskiego) oraz przebogatej sztukaterii. O taki stan rzeczy zatroszczyli się Niemcy. W 1941 r. ruchomościami zajął się główny konserwator Kraju Warty. „Zabezpieczono” je na tyle dokładnie, że dziś – oprócz wyżej wymienionych rzeźb – podziwiać możemy jedynie kryształowe zwierciadła, wspaniałe żyrandole i bajeczne stiuki. Te z owalnej Sali Balowej (na piętrze pałacu) zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. Nawet mi się śniły. Spójrzcie zresztą sami.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Do domu wróciliśmy późno. Odwiózł nas leszczyński autokar, a przemiły kierowca raczył po drodze lokalnymi ciekawostkami. Dowiedziałam się na przykład, że największym jajcarzem w Europie jest niejaki Woźniak. Należące do niego fermy produkują 3,5 mln sztuk dziennie! To się nazywa „facet z jajami”:-D

 

 

Każdy, kto choć trochę znał mego tatę wie, że nigdy nie przepadał za pompą i zadęciem. Nie lubił, gdy oficjalnie doceniano jego osiągnięcia, co skutkowało wszelakiej maści uroczystościami. Najchętniej nie przyznałby się wówczas do własnej osoby (choć do wstydliwych przecież nie należał). Może to i on zadbał o wycieczkowe atrakcje? Jego doświadczeń i tak nie pobiliśmy. Podczas jednej z ostatnich organizowanych przez niego wypraw, autokary zmieniano trzykrotnie. I to na Ukrainie :-]

 

Photobucket 

...kwiatki otrzymałam od swoich studentów.

Nie mogłam być osobiście na zakończeniu roku,więc zabrali je na wycieczkę:-)

Kochani są serce


Podziel się

komentarze (25) | dodaj komentarz

jej urokliwa kolcowatość (a może kolczastość?)

poniedziałek, 18 czerwca 2012 20:20

Jak przystało na szlachetnie urodzoną, nosi trudne do wymówienia (a tym bardziej do zapamiętania) nazwisko. Pewnie któryś z tych karkołomnych wyrazów można potraktować jako imię, ale dalibóg nie wiem, który?!? Przez wiele lat przebywała na wygnaniu i właśnie postanowiła się ujawnić. Oto ona – Echinopsis tubiformis picta


Photobucket 

 

Co wpłynęło na jej decyzję? Może… miłość do innego kłującego osobnika?

Nie będziemy zadawać jej żadnych niedyskretnych pytań. Chciała, więc się okwieciła. I tyle...

 

 

Photobucket Photobucket  Photobucket 

 

W każdym razie, kiedy pojawiliśmy się w szklarni uzbrojeni w aparaty z teleskopowymi obiektywami… (hehe… jak to brzmi… a ja tylko posiadam zwykłą cyfrówkę z zoomem dwadzieścia parę, a Bodzianek lustrzankę z wymiennym obiektywem)… no więc, kiedyśmy się tam pojawili z aparatami w dłoniach – dość szybko odnalazł nas Głównodowodzący.

 

- Wiecie państwo, że jak długo te szklarnie posiadamy, to zakwitła dopiero pierwszy raz?  Nawet zdjęcia nie zdążyłem jeszcze jej zrobić. A te wasze aparaty to jak szpiegowskie wyglądają ;-) 

 

- Eee tam szpiegowskie:-)  Szpiegowskie powinny być maluchne...

Jak się to cudo nazywa?

 

- Echinopsis tubiformis picta – (albo jakoś tak podobnie… spamiętać nie sposób)

 

Tośmy Księżniczkę opstrykali także :-D

 

Photobucket 

 

Królestwo kaktusów i przeróżnych sukulentów jest niemałe. Nic dziwnego, skoro liczy już sobie bez mała pół wieku (no, może przesadziłam, ale tylko troszeczkę).

Zaczęło się całkiem niewinnie, bo od hodowli parapetowej. A potem… potem powstała szklarnia – najpierw jedna, później druga, trzecia, czwarta… rośnie w nich teraz ponad 6 tysięcy gatunków! Ponad 2 miliony sztuk! Jedna w jedną piękniejsza i prawie wszystkie uzbrojone. Przekonaliśmy się o tym, wydłubując sobie później kolce z najmniej oczekiwanych miejsc na ciele. Czyżby nimi strzelały? Spacerować pomiędzy półkami trzeba jednak ostrożnie…

:-D

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Obok kwiatków najprzeróżniejszego autoramentu, barwy i wielkości przyczepionych do baniastych albo wydłużonych kaktusich brzuszków obejrzymy także roślinki nadrabiające brak tych kolorowych ozdóbek fantazyjnymi kształtami lub kolorami. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Ale są też pośród nich prawdziwe brzydkie kaczątka. Hmmm… jak inaczej nazwać te przypominające zajęcze bobki roślinki?    

 

Photobucket 

 

Jedno mnie tylko nurtuje… dlaczego one wszystkie nie mają polskich nazw?

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kaktusiarnię – największą w kraju i jedną z większych w Europie – można odwiedzać w Rumii przy ul.Partyzantów 2. Codziennie (oprócz niedziel). Co ważne – nie kupujemy tu żadnych biletów (zwiedzanie jest bezpłatne)

Jest też sklepik, w którym można nabyć kłujące piękności w różnych stadiach rozwoju, od oseska po piękną, kolorowo kwitnącą księżniczkę (lub księcia). Fajne Kolczaste Królestwo. Polecam :-)

 


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

wtorek, 24 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 148  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214148
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2532 dni

Lubię to