Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 027 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Między Bełtami

wtorek, 31 lipca 2012 22:41

 

Między Dużym i Małym Bełtem ulokowała się wyspa zwana „ogrodem Danii” albo nawet „duńską różą”. My znamy ją jako Fionię, Duńczycy nazywają Fyn, a Bodek – Fioną. Z tą ostatnią faktycznie może się kojarzyć z racji wszechpanującej zieloności. Obie – Fionia i Fiona – są bardzo, bardzo zielone :-D 

Podobno wyspa już w dawnych czasach słynęła z hodowli i nawet jej nazwa kojarzy się z fjon – pastwiskiem. 

 

Z reguły przejeżdżamy ją w poprzek - albo z zachodu na wschód (jadąc na Zelandię), albo ze wschodu na zachód (wracając do domu). Zawsze staramy się uszczknąć nieco z jej czaru. Tym razem padło na niezbyt odległe od mostu nad Dużym Bełtem, rybackie miasteczko Kerterminde, które  rozłożyło się pięknie w miejscu, gdzie łagodnym owalem kończy się długi Kertermindefjord. Urocze, niemal idylliczne, wypełnione starymi szachulcowymi domami… całe kwartały domków w kolorową kratkę. 

 

Photobucket 

 

Najprościej wybrać się na spacer wąskimi uliczkami i wszystkimi zmysłami chłonąć otoczenie. Rzędy niskich budyneczków przerywają co jakiś czas otwory bramne. W którykolwiek zdecydujecie się wejść,  traficie na przytulne, wybrukowane podwórko kończące się kolejną bramą albo malowniczym, ciasnym przejściem. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Wszystko otoczone zabawnie krzywymi ścianami, których asymetrię przerywają nieduże okienka (oczywiście bez firanek). Czyściutko, przytulnie, jakieś kwiatki, jakieś rozleniwione koty, wysiadujące na fantazyjnych stolikach lub ławeczkach, spokój… najchętniej usiadłabym na takim podwórku i zapomniała na jakiś czas o bożym świecie .

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Domki są stare XVII-XVIII wieczne i nadal (bez przerwy)  zamieszkałe. Nie byliśmy w środku, ale wygląda na to, że żadnych współczesnych udogodnień w nich nie brakuje. Nawet Danske Bank ulokowano w klimatycznym domeczku z 1690 r. Zabawnie wyglądają bankomaty wmontowane pomiędzy szachulec. Współczesność bezboleśnie miesza się z historią. 

 

Photobucket

 

A przy ulicy Trollowej (Trollegade) znaleźliśmy maleńki sklepik z niemal muzealnymi eksponatami wystawionymi na sprzedaż. 

 

Photobucket

 

Kilka ulic dalej, w dawnej farbiarni mieści się dziś muzeum. Ten dom zbudowano w 1630 r. 

 

Photobucket 

 

....Ciekawy natomiast pomysł miał ktoś, kto wymyślił inne muzeum (takie w wersji mini); skromniutkie, z kolekcją starych kapeluszy, parasolek, szelek, lasek, rękawiczek, krawatów i różnych pozornie niepotrzebnych drobiazgów. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Na ekranie telewizora przewijały się klatki z jakiegoś przedwojennego pokazu mody, na ścianie jednego z pomieszczeń umieszczono ryciny przedstawiające historię damskich kapeluszy od 1600 r. do współczesności, w innym – wystawkę zdjęć roześmianych i poprzebieranych gości muzeum. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Kiedy i my zaczęliśmy przymierzać cudne i prześmieszne nakrycia głowy, jak spod ziemi wyłonił się pan „kustosz” z aparatem w dłoni. Zapytał, czy on także może nas „opstrykać”. Każdą fotkę przedstawiał nam do akceptacji, wreszcie… oznajmił, że i my „zawiśniemy” na wystawie. ....

 

Photobucket

 

Tak więc drodzy moi, jeżeli ktokolwiek z Was zawita na piękną wyspę Fionię, do urokliwego rybackiego portu Kerterminde, polecam odwiedziny w  żółtym domu przy ul.Strandegade 3, opatrzonym okrągłą czerwoną „pieczęcią” z napisem Museum kunstforenlng.

 

Po pierwsze – dobrze będziecie się tam bawić, a po drugie – zobaczycie na zdjęciach znajome, rozbawione twarze. Nasze twarze :-D:-D:-D

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Taki sobie tekst… przedolimpijski :)

czwartek, 26 lipca 2012 19:50

 

Co mogłoby połączyć Londyn i Słubice? – oto jest pytanie…

Myślałam kiedyś, że Igrzyska Olimpijskie. No cóż – dałam się zwieść jednemu z mitów, ale nie żałuję, bo gdyby nie on, pewnie byśmy tam nie zawitali...
Ciekawość jednak była przemożna ;-)

 

Słubicki stadion.

Zawsze pozostawał z boku naszych wojaży. Wiedzieliśmy, że tam jest, ale skoro stał w miarę spokojnie prawie od początku XX wieku, cóż mogło mu grozić? Przetrwał wojnę, powódź stulecia w 1997 r., ostatnio nawet został wyremontowany. Postanowiliśmy go wreszcie odwiedzić i… stwierdzam z całą odpowiedzialnością: to naprawdę piękny stadion!

 

Uroda, urodą, jednak zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam. Mówią o nim „olimpijski”, bo miały się tu rzekomo rozgrywać niektóre konkurencje Olimpiady 1936 (Berlin). Chociaż żadne wnikliwe badania dotychczas tego nie potwierdziły, nikt mu tego przydomku już nie odbierze. Tak chce lokalna tradycja i już. Tak też piszą o nim encyklopedie. 

No i nikt nie może zakwestionować  olimpijskich wymiarów tutejszego basenu (50x25x2)...

:-D

A w dodatku ponad murawą pręży się najprawdziwszy znicz wsparty na pięciu charakterystycznych i – co tu dużo mówić - symbolicznych kołach. Wszystko tu nawiązuje do mitu berlińskich Igrzysk… nie tylko mi to nie przeszkadza, ale nawet dodaje specyficznego smaczku i nimbu tajemniczości.

 

Photobucket Photobucket

 

Kompleks sportowy (dzisiaj należący do SOSiR-u) ulokowany jest przy trasie wylotowej ze Słubic. Łatwo do niego trafić. Wystarczy tylko skręcić w ulicę tuż za targowiskiem i - minąwszy  tętniące niemieckojęzycznym życiem budy, budki i kafejki -  skierować się do Hotelu Sportowego. Po drodze miniemy pozostałości historycznego wiaduktu (i warto się przy nim zatrzymać, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero przy wejściu na płytę stadionu).


Autko można zostawić na przyhotelowym parkingu. Gwarantuję, że już w tym miejscu oczka się wam zaokrąglą ze zdziwienia.


Photobucket

 

No, bo… wiem, wiem – to bardzo niegramatyczne sformułowanie, ale zabrakło mi języka w gębie… Mało tego. Po opuszczeniu samochodu kompletnie zbaraniałam… z jednej strony taki sobie budyneczek kojarzący się z akademikiem albo hotelem robotniczym, z drugiej – niby normalne wejście na stadion, a nad tym wszystkim pięknie zadrzewione wzgórze, pełne uroku schody oraz plecy tajemniczej budowli. Nawet bez namiastki wiedzy o historii tego miejsca, już na pierwszy rzut oka skojarzyć się mogło z germańskim zamiłowaniem do pompatycznych form przestrzennych. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Przekraczamy progi stadionu. Po prawej stronie kompleks basenów (ładny), po lewej… najchętniej przyrównałabym to co widzę do amfiteatru. Ułożone półkoliście kamienne stopnie z przymocowanymi szeregami współczesnych, plastikowych krzesełek (o dziwo – wcale się to nie gryzie!).

 

Nad nimi góruje amfiladowa „świątynia”, a na jej szczycie prężą się białe sylwetki skamieniałych sportowców. Na frontonie przymocowano tarcze, na których zamieszkały dwa orły. Jeden z całą pewnością jest brandenburski – dzierży w pazurach listki koniczyny.

 

Photobucket Photobucket

 

Ładnie.

Tak… niestadionowo (choć pewnie w czasach budowy całkiem inny był standard).

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kompleks powstawał w latach 1914-1927 na frankfurckich terenach rekreacyjnych. Dzisiejsze Słubice, to przedwojenna dzielnica Frankfurtu nad Odrą nosząca nazwę Dammvorstadt (dosłownie przedmieście na wale). Projektant - Otto Morgenschweis – wzorował się na berlińskim Deutsches Stadion. Ponieważ początek budowy przypadł na lata I wojny, sporo najcięższych prac wykonywali rosyjscy jeńcy. Kolejne obiekty oddawano do użytku etapami.

 

Choć oficjalne otwarcie miało miejsce w 1927 r., już pięć lat wcześniej na boiskach piłkarskich rozgrywano mecze. „Olimpijskie” baseny pochodzą z 1926, tory kolarskie i infrastruktura lekkoatletyczna z przełomu 1927/28, a w 1935 dobudowano jeszcze salę konferencyjną i recepcję.

 

W 1930 r. sportowe obiekty gościły tysiące uczestników ( i jeszcze więcej widzów) przybyłych na wielkie lekkoatletyczne święto tej części Niemiec - Brandenburskie Zawody Gimnastyczne (Brandenburgisches Kreisturnfest). Natomiast w 1934 zorganizowano na bocznych boiskach targi wystawiennicze OGELA (Ostmarkschau für Gewerbe und Landwirtschaft). Do niedużej w sumie mieściny nad Odrą przyjechało ponad 100 tys. gości!  O 25 tys. więcej niż liczyła mieszkańców! Niemieckie źródła wspominają o „paradach, sztucznych ogniach i regatach wioślarskich”. To się musiało dziać!

 

Na okoliczność wystawy rolniczej zbudowano właśnie tę charakterystyczną kładkę, której wspomnienie mijaliśmy po drodze. Nazwano ją wiaduktem OGELA, ponieważ łączyła ponad drogą główne obiekty Stadionu Wschodniomarchijskiego z polami OGELA. W 2011 wiadukt rozebrano (umieszczając jednocześnie na  zachowanym filarze tablicę pamiątkową). Był w fatalnym stanie technicznym i ponoć zagrażał bezpieczeństwu. Dużo w tym prawdy, myślę jednak, że szalę przeważyła w tym przypadku zwykła codzienność. Po prostu nie mieściły się pod nim wysokie autokary zmierzające do Hotelu Sportowego. Szkopuł tylko w tym, że dojechać tam można także z innej strony…

 

Photobucket

 

Obiekty niespecjalnie ucierpiały w czasie wojny. Po jej zakończeniu znalazły się po polskiej stronie Odry. Do 1946 r. służyły za pastwisko dla zarekwirowanych przez sowietów zwierząt gospodarskich, a od 1947 powróciły na łono sportu.

 

Szesnastohektarowy kompleks (kiedyś podobno liczył 32 ha) należy dziś do SOSiR-u (Słubickiego Ośrodka Sportu i Rekreacji). W 2003 r. stadion przeszedł gruntowny remont a w 2009 r. – przeprowadzono remont jednego z boisk treningowych.

 

Całość jest zadbana. Pozostałości torów regatowych tworzą malownicze stawy...

 

 

Photobucket Photobucket

 

Prawda, że pięknie?

Odmeldowuję się. papa

 Od jutra kolejna Olimpiada :-)


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

I Kłopot bywa piękny

wtorek, 24 lipca 2012 18:49

 

Jeżeli nie wierzycie – zapraszam na przygraniczne tereny. Mój ulubiony Kłopot nad samą Odrą leży. Mówią o nim „bociania wioska” i nie kłamią. Na większości budynków zobaczycie zasiedlone gniazda (na niektórych nawet po dwa). Czy można się dziwić, że utworzono tu (jedyne w kraju) Muzeum Bociana Białego? 

 

Photobucket

 

Nie sposób do niego nie trafić  - stoi w samym środku wsi, mieści się w starej szkole z początku XX wieku. Pięknie urządzone dysponuje nawet pokojami gościnnymi (około 25 miejsc), a na podwórzu, nie dość, że jest miejsce na ognisko, to zbudowano jeszcze solidną wieżę widokową (do obserwowania bocianów oczywiście). Wewnątrz mnóstwo eksponatów, czasami nawet zaskakujących. Pojęcia na przykład nie miałam, że gdzieś tam w świecie kupić można „bocianie” napoje wyskokowe 

:-D

Photobucket

 

Odlot gwrantowany... Photobucket

 

W programie zwiedzania są i prezentacje multimedialne, i prelekcja (zdziwicie się, jak mało wiecie o tych pięknych ptakach), i obserwacja bocianiej kolonii. Warto skorzystać. Otwarte od kwietnia do września – za wyjątkiem poniedziałków – od 10.00. do 18.00. W pozostałe miesiące nieco krócej, bo do 16.00.

 

Photobucket

 

Nie samymi bocianami Kłopot jednak żyje. Ok 1,5 km za wsią majestatycznie toczy swoje wody Odra. Na jej drugim brzegu rozłożyła się dederowska „Nowa Huta”  - Eisenhüttenstadt. Doskonale widoczne są kościelne wieże i – w oddali - fabryczne kominy. Miasto-widmo, bo dziś wyludniło się niemal w 50% powstało w 1961 r. z połączenia przedwojennego Fürstenberga (dawny łużycki Przybrzeg – najbliższy sąsiad Kłopotu), Schönflieβ i założonego w 1950 r. robotniczego osiedla o mało sympatycznej nazwie Stalinstadt  (ale jak inaczej mogło się nazywać to miejsce, zbudowane w czasach głębokiego komunizmu specjalnie pracowników nowiuśkiej huty).

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kiedyś mieszkańcy obu nadbrzeżnych wiosek (Kloppitz i Fürstenberg) często spędzali wspólnie czas. Rzeka ich wcale nie dzieliła. Były przecież łódki, potem prom… wreszcie nowiuteńki betonowo-stalowy most. Do zbudowania zaciągnięto potężne kredyty, ale wznoszące się nad nurtem przęsło cieszyło oko. Oddano go do użytku w 1919 r. 

 

Photobucket Photobucket

 

Choć nie postał długo, trzeba przyznać, że pod koniec 1944 i na początku 1945 r. był wyjątkowo popularny wśród niemieckich uchodźców. Nieprzerwana rzeka ludzi poruszała się tędy w głąb Rzeszy aż do 4 lutego 1945. Tego dnia wycofujące się wojska niemieckie, chcąc odciąć drogę armiom sprzymierzonym, wysadziły środkowe przęsło… doskonale dziś wiemy, że niezbyt im to pomogło.

 

Photobucket

 

Akuratny i porządnicki germański naród szybko uprzątnął swoją stronę rzeki. Na „ich” brzegu nie widać nawet śladu mostu, za to u nas dumnie pręży się aż pięć betonowych łuków. Wyglądają trochę dziwnie, bo urywają się nagle wysoko nad taflą wody, ale… takiego punktu widokowego ze świecą szukać w innych częściach kraju. Mają  swoje molo Sopot, Międzyzdroje czy Kołobrzeg, to dlaczego nie może mieć Kłopot?

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Molo kłopotowskie jest jedyne w swoim rodzaju - miejscami dziurawe, trochę powyginane. Jego nawierzchnię porasta poprzetykana polnym kwieciem trawa, a dostępu – w miejsce budek bileterów – bronią równo rozstawione po bokach krzaki. Środeczkiem wiedzie wąska ścieżyna. Ci, którym kolana zginają się jak należy, mogą (z pominięciem dróżki) wspiąć się od razu na dawny chodnik. Dla mnie był jak Czomolungma.

 

Photobucket

 

Gdyby nie pomocne ramię Panamężowe, do dziś pewnie leżałabym jak żuczek na grzbiecie, przebierając wzniesionymi w niebo odnóżami…

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Dwustumetrowy spacer galerią widokową wyposażoną w nadprogramowe, oryginalne okienka kończy się  tarasem widokowym… trochę niebezpiecznym, bo pozbawionym barierki, można jednak zatrzymać się parę metrów wcześniej (wersja dla tych, którym życie utrudnia lęk wysokości). Bezpiecznie oparci plecami o betonową ściankę możemy do woli sycić oczy rozległym widokiem, a że nie widzimy machających nam przyjaźnie z drugiego brzegu ludzi, to już tylko nasz wybór…

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Jeszcze tylko rzut oka na  Kłopot 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

i można wracać :-)

A na zakończenie... tak prezentuje się nasze molo z niemieckiego brzegu


 

Photobucket


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Białkowskie spotkania z Polesiem (i nie tylko)

niedziela, 22 lipca 2012 16:21

Białków. Niby miejscowość, jakich wiele, ale… no właśnie to ale podziałało wczoraj tak, że oczy zapociły mi się do imentu .

 

Wieś o średniowiecznej metryce, należąca w przeszłości m.in. do von Waldowów (z potomkami których mieliśmy ostatnio przyjemność wspólnie zwiedzać pogranicze lubusko/wielkopolskie). Ciekawa, zadbana, z pałacem, folwarkiem, kościołem i  niedawno wyremontowanym dworkiem.

 

Photobucket 

 

Zabytki tym razem jakoś mało mnie interesowały. Powojenna część historii Białkowa – ta kresowa, poleska – zaabsorbowała nas całkowicie. Nie ma w tym nic dziwnego, że nazwa wsi kojarzy  się z Kresami i to  wielu ludziom.  Od czasu, kiedy zorganizowano tu pierwszy Krajowy Zjazd Byłych Mieszkańców Polesia i ich Potomków minęło już kilka ładnych lat. Białkowscy Poleszucy dumni są ze swego pochodzenia i to naprawdę widać. Ich dbałość o tradycje jest godna podziwu. 

 

Photobucket Photobucket

 

Moje korzenie także sięgają za Bug (Pińsk, Baranowicze), ale… wstyd się przyznać … ciągle nie mogliśmy do Białkowa dotrzeć. Szykowaliśmy się – jeszcze za życia Rodziców – jak przysłowiowe sójki za morze. Niby to tylko osiemdziesiąt parę kilometrów, zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie. W końcu udało się. Co prawda dopiero na kolejną imprezę (zjazd odbył się maju tego roku). Tym razem pojechaliśmy zobaczyć „jak to z chlebem bywało”

 

Zwarta grupa Poleszuków osiedliła się tutaj prawie siedemdziesiąt lat temu. Repatrianci specjalnego wyboru nie mieli: albo wyjazd w nieznane, albo Sybir. Niektórym udało się zabrać ze sobą przedziwne skarby. Dziś zgromadzili je w niewielkiej izbie muzealnej. Czego tam nie ma… oryginalna, wiekowa kołyska, różne przedmioty codziennego użytku liczące sobie nawet ponad 100 lat, równie wiekowe poleskie hafty i stroje, wyjątkowej urody święte obrazy (bardzo nietypowe dla ziem zwanych „Zachodnimi”), narzędzia, książki, fotografie…  nie spodziewałam się, że aż tak mnie wzruszą…

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Towarzystwa Miłośników Polesia i Białkowa ma swoją siedzibę w odrestaurowanym starym dworku. Tuż obok pomaleńku wyrasta poleski skansen. Są już dwa przecudne, kryte słomą budynki (zwłaszcza świronek przemawia do mojej wyobraźni). Są piękne, drewniane ule, czerwona jarzębina (jesień już?) i nie mający sobie równych płot z wierzbowej plecionki.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Trafić nie było trudno. Melodyjne „Sokoły” niosły się hen… doprowadziły jak po sznurku

 

Tuż przy wejściu tablica „Skąd nasz ród”… popatrzyłam… Pińsk… ukochane Tatowe Polesie… Baranowicze (wprawdzie poza jego granicami, ale tuż, tuż…). Rodzice stanęli mi przed oczami jak żywi. Te ich żartobliwe sprzeczki o Pińskie Błota, opowieści kresowe, wspomnienia. Nie było silnych. Wzrok mi się rozmył…

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Kiedy myślę „Poleszuk”, to nie tylko mam na myśli swego ojca. Zawsze przychodzi mi na myśl Józef Ignacy Kraszewski i jego podróż przez Kresy w pierwszej połowie XIX wieku.

"Chłopi tutejsi, szczerze mówiąc, nie mają wysokiej reputacji rozumu, oni swój Pińsk, jak Chińczycy Pekin, za środek świata przywykli uważać, przez pół roku utrudnione mając zalewem związki z resztą świata, w pół dziko żyją. Sławna jest anegdota:
A s kul czełowik?
Ja ne czełowik, ja Pynczuk.
I stąd zwykle zwą ich nie ludźmi, tylko Pińczukami."

 

Photobucket Photobucket

Żałuję, że spóźniliśmy się na pokaz koszenia zboża wszelkimi znanymi sposobami (od sierpa i kosy po kombajn). Nawet młócka cepem odbyła się zanim dotarliśmy. Za to klepanie babki (a ściślej „na babce”) już oglądaliśmy. Były śpiewy, tańce, degustacje (same pyszności – aż do rozpuku) i nawet pieczenie chleba. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Wyjęty z chlebowego pieca roztoczył dookoła siebie upajający zapach, ale zjeść go tak od razu nie sposób przecież. Najpierw pieśń „ten chleb jest twój i mój… ten chleb jest nasz i wasz…” oby nigdy go nam nie zabrakło. Obowiązkowe błogosławieństwo  i już każdy otrzymuje chrupiący, ciepły jeszcze kawałek. Nawet ambrozja nie ma takiego smaku…

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Kilka kilometrów stąd płynie Odra, a ja ciągle jeszcze jestem daleeeekoooo na wschodzie.  Maria Dąbrowska pięknie to określiła: "Tam u nas - najpospolitszy człowiek jest poetą, najlichszy śpiewak- artystą, najgłupszy prostak - myślicielem. Taka już ziemia. Takie powietrze." I nie jest wcale ważne, gdzie to „u nas” się znajduje. Ważne co dla nas znaczy.  

Cieszy mnie każda poleska kropla mojej krwi.

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Hans Paasche – niepokorny idealista z Lasu Wolności koło Krzyża

sobota, 21 lipca 2012 0:05

Są takie postacie, o których zapomnieć nie wolno - niezależnie od tego w jakiej epoce żyły i jaka była ich narodowość.

Hans Paasche był jedną z nich.

Niemiecki intelektualista, ekolog, filozof, wegetarianin, feminista, zdeklarowany pacyfista, działacz na rzecz ochrony zwierząt i uznany działacz młodzieżowy. Żył w latach 1881-1920. Krótko i burzliwie. Może i dobrze, że nie dożył czasów drugowojennych.

 

Nie jestem germanofilką jednak jego postawa życiowa zwyczajnie mi zaimponowała. Życiorys Paaschego mógłby posłużyć za kanwę dobrego, sensacyjnego filmu. Nie będę się wdawała w szczegóły, zaznaczę tylko kilka istotnych faktów, a zainteresowanych odsyłam do strony  http://pl.hanspaasche.com/

 

Syn wicemarszałka Reichstagu i publicystki o zdeklarowanych poglądach militarystycznych i antysemickich, jakby na przekór wszystkiemu wartości życiowe wybrał… zupełnie z innej półki. Wbrew woli rodziców rzucił szkołę, wstąpił do marynarki, po czym – dochrapawszy się stopnia oficerskiego – wylądował w Afryce. Był rok 1904. Urzekła go egzotyczna kultura i przyroda. Służbę na okręcie wojennym „Bussard” urozmaicał sobie udziałem w safari. Potem zajął się nauką języka suahili (kiswaheli), uzdrawiającego tańca ngoma oraz zbieraniem materiałów dla Muzeum Etnograficznego w Berlinie (m.in. jako pierwszy nagrywał na fonografie głosy zwierząt – do dziś można je odsłuchiwać w muzeum).

 

Rok później wybuchło powstanie Maji – Maji. Jako żołnierz nie mógł wywinąć się od czynności zmierzających do stłumienia buntu, poczucie winy pozostało więc z nim na zawsze. Po powrocie do Niemiec publicznie stwierdził (w swojej książce „Im Morgenlicht” – „W świetle poranka”): „Jesteście oszukani, gdy mówicie o wojnie. Wojna jest czymś zupełnie innym niż to, czego się o niej uczyliście. Wojna jest czymś, czego nie może być.”

 

Trzeba przyznać, że odwagi i fantazji nigdy mu nie zabrakło. Będąc dowódcą jednego z kolonialnych okręgów wojskowych, przyjął i nakarmił w swojej kwaterze (Mtanza-dzisiaj wieś w środkowej Tanzanii) prawie tysiąc czarnoskórych powstańców. Mało tego – na własną rękę podjął rokowania pokojowe. Nie można się dziwić, że w armii miejsca nie zagrzał.

 

 

Photobucket Photobucket

 

W 1908 r. ożenił się z córką berlińskiego bankiera i byłego nadburmistrza Poznania, uroczą Ellen Wittig (rodzina o polskich korzeniach; dziadek nazywał się Witkowski). W podróż poślubną wyruszyli oczywiście źródeł Białego Nilu. Nawiasem mówiąc pani Paasche była pierwszą Europejką, która tam dotarła. Powrót do rodzinnego kraju poskutkował wydaniem książki „Podróż badawcza Afrykańczyka Lukanga Mukara do wnętrza Niemiec”. Jej przesłanie i spostrzeżenia autora włożone w usta Lukangi (a właściwie spisane w listach Afrykańczyka do króla) są ponadczasową satyrą na współczesność. Zachęcam do przeczytania. To zaledwie 9 listów, ale jakich! Wystarczy kliknąć zieloną okładkę książki pod ponizszym linkiem Podróż Afrykańczyka Lukanga Mukara w głąb Niemiec

 

Młodzi dorobili się czwórki dzieci. W 1912 r. zamieszkali w majątku Zacisze (Waldfrieden), leżącym w otulinie dzisiejszego Drawskiego Parku Narodowego. W jego skład wchodziło wtedy 800 mórg lasów, 200 mórg pól i łąk oraz jezioro Głębokie (Tiefsee, nazywane dziś Zacisze lub Borowe). Wokół meandrowała rzeczka Szczuczyna (Kuhlbarsch). Zamieszkali w dużym domu z dwiema wieżyczkami. Miejscowi nazywali go (całkiem słusznie) pałacem, a dojście doń - “schodami do nieba”.

 

Photobucket 

 

Hans zajął się pisaniem, działalnością antywojenną, społeczną, walką z alkoholizmem i zgubnym nałogiem tytoniowym, propagowaniem przyjaźni między narodami. Organizował potajemne spotkania młodych socjaldemokratów – jednym słowem nie zaszył się w rodzinnym ciepełku.

 

Kiedy wybuchła I wojna – Paasche pacyfista – sam zaciągnął się do armii. Uważał to za swój obowiązek wobec ojczyzny. Zwyczajnie nie wierzył, by Niemcy maczały palce w jej rozpętaniu. W miarę jak narastały w nim wątpliwości, coraz częściej pisał antywojenne odezwy do żołnierzy. Wyobrażacie sobie? Pacyfista w armii! Oficer! Oskarżono go o łamanie dyscypliny i zwolniono do cywila za „podłe i niebezpieczne przemówienia”.

 

Nie spoczął bynajmniej na laurach. Zszedł do podziemia i działał nadal. Drukował ulotki wyjaśniające przyczynę wojny, nawoływał do strajku generalnego. 14 lipca 1917 (święto narodowe Francji) urządził przyjęcie dla francuskich jeńców – z kawą, ciastem, Marsylianką… Tego już było za wiele. Oskarżony o zdradę stanu wylądował w więzieniu. Przed karą śmierci uratowały go tylko koneksje rodzinne. Z „chorobliwym stanem świadomości” (dziś nazywanym „pomrocznością jasną”)  umieszczony został w szpitalu psychiatrycznym. Uwolnili go stamtąd zaprzyjaźnieni marynarze w dniu wybuchu rewolucji w Niemczech (1918). Miesiąc później zmarła nagle Elle Paasche.

 

Hans ograniczył, ale nie zaprzestał działalności. Mało tego – zaprzyjaźnił się z Różą Luksemburg, Carlem von Ossietzky’m i Kurtem Tucholskim. W jednej ze swoich antymilitarystycznych ulotek napisał „Miej jasność Niemcze (…) Ty dałeś się podjudzić, by napadać na pokojowe i szczęśliwe kraje i przemieniać je w beznadziejne pustynie (…)” Raczej nie mogło mu to ujść na sucho… i nie uszło…

 

W Zielone Świątki 1920 r. dwoma ciężarówkami przywieziono do Zacisza doborowy oddział Reichswery (ok.60 żołnierzy). Hans z dziećmi był wtedy nad jeziorem. Nie udało mu się uciec. Zastrzelono go na oczach syna i córki. Nie został pochowany obok żony, w Berlinie. Jego ciało spoczęło blisko miejsca, gdzie zginął. Grób przykrywała 250 kg kamienna płyta.

 

Photobucket

 

W 1985 r. zabrała ją stąd (za zgodą Ministerstwa Kultury) Helga Paasche. Znajduje się w zamku Ludwigstein niedaleko Kassel. Tam również utworzono Archiwum Niemieckiego Ruchu Młodzieżowego, w którym mnóstwo dokumentów dotyczy naszego bohatera.

 

Paasche był znanym działaczem w Republice Weimarskiej. Taka śmierć nie mogła przejść bez echa. Niestety, późniejszy proces zakończył się stwierdzeniem: „nie znaleziono dowodów na działania karalne” . Zdaniem sądu to tylko nieszczęśliwy splot nieprzewidywalnych okoliczności…

 

Photobucket Photobucket 

 

U ich stóp ustawiono tablice informacyjne: jedna przedstawia sylwetkę Paasche’go, druga prezentuje szlak jego imienia.

 

Photobucket Photobucket 

 

Ścieżka nie jest długa, za to poprowadzona bardzo malowniczo. Roślinność niemal całkowicie zaanektowała teren – wchłonęła fragmenty ruin rozciągając nad nimi ochronny parasol milczenia. Nawet jezioro powoli zmniejsza swoja objętość. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Pośród młodnika, porastającego zbocze łagodnie skłaniające się ku mało stąd widocznej tafli wody, stoi drewniany krzyż z tabliczką. Napisano na niej: „Tu spoczywa obrońca pokoju i przyjaźni między narodami zamordowany w 1920 r. jako ofiara swych przekonań.Ich habe mehr gesat als geschnitten (Ja więcej posiałem niż zebrałem)”


Photobucket Photobucket 

 

Nad urokliwą rzeczułką Szczuczyną zachowały się resztki dawnego młyna, a pagórek nad nimi skrywa przed wzrokiem niepowołanych osób kamienne stele dawnego cmentarza.

 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

 Oprowadzała nas nauczycielka historii z krzyskiego gimnazjum. Jej uczniowie robią to równie doskonale (gościli nawet Japończyka). Śladem Hansa Paasche dotarli do Berlina i zamku Ludwigstein. Przygotowali się na wyprawę do Tanzanii – załatwione było wszystko, ale pomysł upadł z powodu wysokich kosztów przelotu. 

 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

(Powstanie Maji-Maji to bunt tubylców z Afryki wschodniej, na terenach będących wówczas niemiecką kolonią. Lata 1905-1907. W dzisiejszej Tanzanii uznawane za przyczynek do późniejszego utworzenia tego państwa (1964). Ideowym przywódcą był szaman, muzykant i wizjoner Kinjiktile, założyciel kultu Maji-Maji. W języku suahili maji = woda. Rebelianci wierzyli święcie, że ich przywódca potrafi zamienić niemieckie kule w wodę.)

 

Długaśny tekst mi wyszedł:-D, ale to i tak zaledwie cząstka opowieści o tej barwnej postaci… trudno było wybierać...

 

 


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

niedziela, 23 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 851  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207851
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2440 dni

Lubię to