Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 571 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Mariatka na Wichrowych Wzgórzach

środa, 22 sierpnia 2012 11:36

 

Nie, nie …tym razem nie o Wuthering Heights Emily Brontë chodzi… „Moje” wzgórza rozbudzają wyobraźnię tych, którym przyszło do głowy powłóczyć się wzdłuż północnego wybrzeża Zelandii.

 

Photobucket Photobucket

 

Naszym celem było tym razem Rågeleje i Højgruppen Maglehøje. Pierwsze miejsce to popularny kurort przyklejony dosłownie do nadmorskiej plaży, drugie – niezwykłe skupisko kurhanów z młodszej epoki brązu (1700 – 1000 p.n.e.). Na wszelki wypadek wyznaczenie trasy powierzyliśmy Kaśce z GPSa. Ponieważ jednak ona poszła (jak zwykle) na łatwiznę i wybrała drogę najprostszą a ja nie przepadam, kiedy konkurencja robi mi na despekt – pomieszaliśmy jej trochę szyki i pojechaliśmy po mojemu :-] Opłaciło się.

 

Photobucket

 

Zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu chyba tylko dlatego, że po obu stronach wąskiej szosy malowniczo prężyły się pagórki. Na niektórych sterczały czupryny powyginanych sosen, na innych ostrożnie fioletowiały wrzosy (niestety, bardzo jeszcze nieśmiało). Tuż obok drewniany plac zabaw dla dzieci (innych raczej tu nie uświadczycie)… no i jak tu nie przystanąć na chwilę? Przecież ani kurhany, ani tym bardziej Rågeleje nam nie uciekną.

 

Jak przystało na dobrane małżeństwo – poszłam w prawo, a Pan Mąż w lewo. Wdrapałam się na pierwszą kopkę, na drugą, na trzecią… o ranyyyy!!! Z każdym krokiem robiło się piękniej.

 

Photobucket

 

Dopiero z tej wysokości dojrzałam, że za drogą - tam, gdzie zmierzał Bodzianek – marszczy się tafla Morza Północnego. Jaaa…cieee… cudności widok!

 

Photobucket

 

Biegusiem w dół, po wariacku, zupełnie, jakby ktoś miał mi za chwilę ten obraz ukryć… oj… kolana takich ekscesów nie lubią!

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

A co tam… pies je drapał... Spuchły? To odpuchną! Bolą? To przestaną! Ani się obejrzałam i byłam obok Bodka. Jeżeli spodziewacie się teraz opisu otaczających nas okoliczności przyrody, muszę was rozczarować. Nie potrafię tego zrobić. :-(

 

Dreptałam w kółko wydając z siebie serię ochów i achów, aż małżonek ochrzcił mnie Mariatką.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

My tu jeszcze wrócimy! Trzeba tylko wbić sobie do głowy nazwę tego miejsca i dokształcić się nieco w temacie.

 

Photobucket

 

Heatherhill (tak "stało" na przystanku autobusowym) był kiedyś własnością Josepha Vincenta – brytyjskiego, dorobionego na herbacie milionera. W 1900 r. stanął tu piękny dwór w stylu angielskim. Dziś pozostały po nim jedynie zakrzywione, kamienne schody, ale urokliwe wzgórza cieszą za to oczy zwykłych, mniej zasobnych śmiertelników.

 

Photobucket

 

Wyczytałam też, że oprócz wrzosów rosną tu całe łany sasanek, gęsto występuje bodziszek i nasza swojska czubajka kania, a nad tym wszystkim fruwa sobie rzadki motyl z gatunku Glanville Fritillary o skrzydłach w pomarańczowo-brązową kratkę.

 

Photobucket

 

Kilka kilometrów na wschód od naszych Wichrowych Wzgórz leży Rågeleje. Wijącą się u stóp miasteczka szosę, od morza oddziela tylko betonowy murek i niezbyt szeroka plaża. Bardzo to wszystko malownicze. Aż trudno uwierzyć, że tu, gdzie ciągną się hoteliki, pensjonaty i weekendowe wille, 500 lat temu znajdowała się największa na północnym wybrzeżu Zelandii osada rybacka (spustoszona w 1600 r. i reaktywowana sto lat później).

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Nasyciwszy oczy nadmorskimi widokami, zawróciliśmy autko w kierunku domu. W dalszym ciągu niezbyt posłuszni poleceniom Kaśki z GPSa, zamiast pojechać prościutko, skręciliśmy do Blistrup. Już po kilkuset metrach naszym oczom ukazały się kurhany - Højgruppen Maglehøje.

 

Photobucket

 

11 kopców o regularnych kształtach, położonych tak blisko siebie to widok nawet w Danii niespotykany. Było ich tu aż 34, część jednak dość już dawno została zaorana przez nieświadomych niczego rolników. Jak widać, nie tylko PGR-om można zarzucić rabunkową działalność ;-)

 

Photobucket Photobucket

 

No i kolejny dzień można zaliczyć do udanych…dzięki skutecznemu ignorowaniu Kaśki z GPSa :-D ... tylko w naturze wszystko wyglądało o niebo piękniej niż na fotografiach.

No... i  z bólem serca przyznaję , że fotki jakoś wyjątkowo kiepsko nam wyszły :-\


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

Spojrzenie mocno subiektywne na dawną wioskę rybacką nad Sundem

niedziela, 19 sierpnia 2012 19:05

 

Urokliwych miasteczek jest na duńskim wybrzeżu niemało. Dragør uwiódł mnie kilkoma drobiazgami – labiryntem wąskich, brukowanych uliczek (bez samochodów), malwami posadzonymi gęsto przed żółciuchnymi domkami i… zawieszeniem w czasoprzestrzeni. Bo tutaj czas się zwyczajnie zatrzymał. Sączy się powoli, uśmiecha przyjaźnie, odgania precz wszelkie troski. Liczy się tylko tu i teraz.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Aż dziw, że od serca wielkiego miasta dzieli nas raptem 12 km. Docierając do celu, przejeżdżamy pod pasem startowym kopenhaskiego lotniska i samoloty towarzyszą nam praktycznie podczas całego pobytu. Kompletnie to nam nie przeszkadza, bo podniebne statki poruszają się z gracją, bezszelestnie… jak one to robią?  – pojęcia nie mam… zauważamy je tylko mimochodem, pośród lasu masztów w porcie.

 

Photobucket

 

Dragør leży nad Sundem (duń. Øresund ) – niezbyt szeroką cieśniną oddzielającą Danię od Szwecji. Założono go w XII w. na wschodnim krańcu wysepki Amager. Ok.1375 r., z chwilą dołączenia do Ligi Hanzeatyckiej otrzymał liczne przywileje handlowe, które spowodowały, że niewielki port dość szybko zaczął zyskiwać na znaczeniu. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Nadal funkcjonuje tu jedna z większych duńskich flot rybackich i bez żadnego problemu można kupić świeżą rybę prosto z kutra (również prosto z wędzarni). Rozległa przystań jachtowa i kajakowa dopełnia specyficznego uroku tego miejsca ( Duńczycy z wielkim zapałem pływają kajakami wzdłuż wybrzeża – widać to dosłownie na każdym kroku). 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Turyści jednak najchętniej przechadzają się po starym, osiemnastowiecznym bruku, pośród przytulnych, krytych czerwoną dachówką domków. Niektóre uliczki są tak wąskie, że trzeba pokonywać je gęsiego. 

 

Photobucket

 

Domeczki prawie nie mają ogródków. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo wzdłuż murów i płotów prężą się malwy, pysznią dorodne hortensje, uśmiechają z mikroskopijnych krzewów dojrzewające właśnie brzoskwinie i jabłka. Uliczki rozszerzają się w wybrukowane placyki, na których pod drzewami przycupnęły ławeczki. 

 

 

Photobucket  Photobucket Photobucket

 

Rowery - niezwykle popularny w Danii środek lokomocji – służą tu także jako element dekoracyjny. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Koty są przyjacielskie i chętnie pozują do fotografii

 

Photobucket

 

Nawet rozlokowane w starej części miasteczka sklepiki kuszą rękodziełem i naturalnymi produktami.

 

 

Photobucket Photobucket

 

W jednym z dragorskich domów przyszedł na świat (i dokończył żywota) malarz - Christian Ferdinand Andreas Mølsted (1862-1930) – jeden z najznamienitszych przedstawicieli duńskiego nurtu marynistycznego. Po sąsiedzku, w niedużej chałupce ulokowano poświęcone jego twórczości muzeum.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

W pobliżu portu wybudowano w latach 1910-1914 Fort Dragør. Od 1985 r. nie pełni już funkcji wojskowych. Umieszczono w nim luksusowy hotel.

 

Photobucket

 

Ze szczytu fortyfikacji rozciąga się wspaniały widok na miasto, Sund, las sterczących z morza wiatraków i Øresundsbroen - most nad Sundem łączący Kopenhagę ze szwedzkim Malmö.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

I takie to jest moje spojrzenie na  Dragør - wprawdzie mocno subiektywne, bo oparte na pobycie w starej tylko części miasta (do nowej nie zabłądziliśmy), ale często będę tu wracać pamięcią. 

 

 


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Świat jest miej­scem cudów... naprawdę :)

czwartek, 16 sierpnia 2012 23:48

Hundested – nieduże miasteczko portowe na północno wschodnim krańcu Zelandii, otoczone z trzech stron wodami Kattegatu, Isefjordu i Roskildefjordu. Choć to wydaje się oczywiste, nazwy wcale nie należy kojarzyć z psami, tylko z … fokami, które na tutejszej kamiennej „rafie” wylegiwały się niegdyś całymi setkami. Dziś kamieni jakby mniej (część po prostu wywieziono w celach typowo budowlanych), a foki wyprowadziły się nieco dalej. Miasto liczy niespełna 9 tys.mieszkańców, nie posiada spektakularnych zabytków,  ale dysponuje tak wielu atrakcjami, że chce się tutaj przyjeżdżać.

 

Na wysokim (jak na Danię) klifie wybudował swój dom słynny polarnik Knud Rasmussen. Od dawna już mieści się w nim muzeum (do odszukania w panelu bocznym, w zakładce Hundested- Muzeum Rasmussena). Niedawno wybuchł w nim pożar, jednak Duńczycy sprężyli się i skutecznie naprawiają zniszczenia. 

 

Photobucket Photobucket

 

Plaże okoliczne należą do najpiękniejszych na Zelandii, wydmy obrosły więc setkami maleńkich domeczków weekendowo-wakacyjnych (doskonale nadających się do całorocznego zamieszkania). Mniej lub bardziej strome schodki sprowadzają prościuteńko nad wodę, uliczki przypominają zielony labirynt spośród którego od czasu do czasu wystają słomiane strzechy lub fragment drewnianego domku. Spokojnie spacerując, wcale nierzadko można natknąć się na sarny. Przechodzą tak blisko, że niemal dają się dotknąć. Sielanka… 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

Na niezabudowanych powierzchniach wydm co kawałek ustawiono ławeczki – dla leniwców, którym nie chce się schodzić na plażę. Zachody słońca i stąd prezentują się bajecznie.

 

Tuż za rogatkami Hundested można podziwiać stojący w lesie (których ponoć w tym kraju nie ma) nad Isefjordem - Grønnessedyssen Karlstenen - jeden z największych w Danii dolmenów (również „siedzi” sobie spokojnie w panelu bocznym).  


Photobucket

 

Ze znajdującego się na samiuchnym krańcu półwyspu  portu pasażerskiego wypływa kilka razy dziennie prom do Rørvig. Obok mieści się rozległa Marina upstrzona różnego kalibru jachtami, port i stocznia dla rybackich kutrów oraz kilkaset metrów dalej szkoła i wspanialy poligon doświadczalny dla windsurferów.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket


W tym roku Hundested Havn świętuje 150 lat!


Photobucket Photobucket


Śmiało można rzec, że jest nie tylko miejscem pracy dla okolicznych mieszkańców. Jest tu masa sklepików, knajpek, mini-galerii, w których na bieżąco powstają cuda rękodzielnictwa. Jest plac zabaw dla mniejszych i większych dzieciaków, mikrocamping z malusimi, choć nie pozbawionymi wygód domkami weekendowymi do wynajęcia. Dzieciarnia ma też do dyspozycji  spory basen z krabami. Można je łowić przy pomocy sznurka z klamerką i… ponownie wypuszczać. 


Photobucket Photobucket  Photobucket

 

Tutaj skupia się także życie kulturalne. Cyklicznie organizowany jest Międzynarodowy Festiwal Rzeźby z Piasku. W tym roku udało nam się te cuda obejrzeć. 

 

Photobucket Photobucket


10 artystów z Łotwy, Holandii, Kanady, Norwegii i Portugalii przetworzyło 400 ton tego surowca, by przez prawie trzy miesiące można było podziwiać tę swoista wystawę plenerową. Tematyka oczywiście morska.

Mamy więc tu:

 

Kanon Vlade – Rodrigo Fereira z Portugalii

Zagubione na morzu – Marielle Heessels z Holandii

Figurogłowę (Kształtogłowy) – Elisabeth Kristensen z Norwegii

Emeryturę rybaka (rybak na emeryturze) – Ludo Roders z Holandii

Senne marzenia ryb – Helena Bangert z Holandii

Fokę obserwującą – Karina Herteig z Norwegii

Marzenia kpt.Rainisa – Kristis Zarins z Łotwy

Z tobą… gdziekolwiek – Uldis Zarins z Łotwy

Sagę rybacką – Sandis Kondrats z Łotwy i Stephane Roberts z Kanady

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

Jak te cuda powstawały?
Najpierw przywieziono drobnoziarnisty piasek – czyściutki, przesiany, bez żadnych zanieczyszczeń. Potem ubijano go jak najmocniej w specjalnych drewnianych skrzyniach szalunkowych (bez wieka i dna) – każda kolejna mniejsza od poprzedniej . Przed rozpoczęciem rzeźbienia, na portowym nabrzeżu stało 10 drewniano-piaszczystych piramid.

 

Pracę rozpoczynano od góry. Podczas tworzenia każde dzieło spryskuje się co chwilę wodą i co jakiś czas specjalnym  ekologicznym żelem zapobiegającym przesuszaniu i odrobinę utwardzającym. Bez tego aura zniszczyłaby rzeźby w try miga.

 

Do tej pory ogladałam takie cuda tylko na zdjęciach :-D


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

kiedy Bóg stwarzał świat, tę wyspę podarował nam chyba na otarcie łez

poniedziałek, 13 sierpnia 2012 13:47

Bałtyckie klify duńskiej wysepki Møn. Miejsce tak osobliwe, że brakuje przymiotników na jego określenie. Wyobraźcie sobie szmaragdową wodną taflę (to naprawdę Bałtyk?!), przeraźliwą niebieskość nieba i przecinającą to wszystko ostrą biel kredowego klifu. Ale jakiego klifu! Miejscami wystrzeliwuje na wysokość ponad 140 metrów. To jakby ustawić na sobie cztery standardowe wieżowce i jeszcze dobudować parę kondygnacji.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Patrzenie z góry na to, co rozpościera się pod nogami, zwyczajnie zniewala. Przepaść z jednej strony ograniczona jest biało-żółtymi załomami skalnymi, z innej – przechodzi w bezkresną niebieskość, przeciętą gdzieniegdzie samotnym, białym żaglem. Poruszające się u dołu małe plamki to ludzie przemieszczający się niespiesznie wzdłuż zadziwiająco turkusowej krawędzi wody.


Photobucket Photobucket

 

Jeśli i nam zamarzy się udawanie mrówki,  to od spełnienia zachcianki dziel nas raptem  500 stopni. Tabliczki przy zejściu  informują, że trwa to 15 min. Powrót na górę pewnie znacznie dłużej. Nie sprawdzaliśmy ani za pierwszym razem (chodziłam wtedy o kulach), ani za drugim. Kolanka moje niespecjalnie lubią wielką ilość stopni. 

 

Photobucket Photobucket


Kiedy  wapienny majestat obserwujemy od dołu, głowa boli od jej zadzierania. Biel ścian jest niejednolita – miejscami kremowa, beżowa, écru… kto by pomyślał, że gama odcieni jest tak rozległa. Za to „tron królowej” aż kłuje w oczy. Pięknie to musi wyglądać z pokładu pływadła. Nic dziwnego, że w pobliżu  krąży ustawicznie cała masa stateczków różnego kalibru.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Spacer wąską, kamienistą plażą może być ekstremalnym doznaniem. Pierwszy raz  próbowaliśmy tego dwa lata temu. Kule utrudniały mi wędrówkę, zasiadłam więc na wielgachnym kamolcu i czas jakby się zatrzymał. U podnóża klifu najspokojniej w świecie pasły się łabędzie. Woda tu płytka, wygrzana, a majestatycznie poruszające się ptaki wyglądały jak odłamki tej jasności za naszymi plecami. Bodzianek poszedł dalej zamieniając się po chwili w ciemną kropkę...

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Jaskrawe ściany mają czupryny we wszystkich odcieniach brązu i zieloności. Są poszarpane, nadgryzione zębem czasu. W niektórych miejscach kreda osypuje się widowiskowo, w innych wiszą korzenie coraz bardziej przechylających się drzew. Każdego roku Bałtyk pochłania 20-40 cm tej jasności.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wczorajsze spotkanie z Møn zakończyliśmy kolacją u podnóża rozczochranej falezy – prawie dokładnie w tym miejscu, gdzie kiedyś obserwowałam łabędzie. Dojechaliśmy tam autkiem, po czym zostawiwszy je na parkingu w pobliżu miniaturowej latarni morskiej, łagodnym zboczem zeszliśmy na plażę. Nieco dalej wyrzucone przez przypływ wodorosty odstraszały niemiłą śledziowopodobną wonią. Z każdą godziną brzeg stawał się węższy. Pokonanie dzielącego nas od „tronu królowej”  2,5 km odcinka suchą stopą stawało się niemożliwe.

 

Na przeciwległym (północnym) skraju klifu można oglądać jeszcze jedno czarowne miejsce. Spacer po kredowych szczytach doprowadzi nas do Liselund – XVIII w. pałacyku otoczonego romantycznym, angielskim parkiem. Piękna, proporcjonalna, pokryta strzechą budowla ma bardzo swojsko wyglądający ganeczek i zgrabną wieżyczkę. Widzieliście kiedyś pałac (nawet malutki) kryty strzechą? Ten, powstał z miłości pewnego Francuza do Lisy – jego małżonki i liczy sobie 218 lat. Zainteresowanych odsyłam do zeszłorocznego posta na ten temat. Znajdziecie go w panelu bocznym – zakładka nosi nazwę Liselund

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Jeszcze jedno – jak to dokładnie jest wysokością falezy na Møn, nie mam pojęcia. Różne źródła podają różnie - od 128 m n.p.m. po 150 m n.p.m. Jedno wiem na pewno. Są to najwyższe bałtyckie klify. Cud natury. Zapamiętane tam obrazy przekładam sobie w pamięci już od pierwszej wizyty. Klatka po klatce, raz do przodu, raz wstecz - zupełnie jakbym odtwarzała film… do świata baśni zawsze miło się wraca…

 


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

Mierzęcin – zaskoczenie przez zadziwienie :)

środa, 08 sierpnia 2012 0:12

 

Festiwalowy czas przeminął. Przepełniony życiodajną radością organizm musi ściągnąć cugle. Wyciekającą uszami miłość do całego świata czas pakować w sakiewkę. Kiedy szarość jesienna i spleen dopadną, będzie jak znalazł.

 

Poobijana codzienność zerka zza węgła. Żeby się zbytnio nie rozbrykała, do kieratu czas ją zaprząc, za pisanie się zabrać albo i za wojażowanie…

Zacznę od pierwszego, drugie na weekend odkładając J)

 

Mierzęcin. Wieś w powiecie strzelecko-drezdeneckim, ocierająca się niemal o Puszczę Drawską. Jeżeli ktoś o niej słyszał, to z całą pewnością w kontekście pałacu, parku, stadniny albo winnicy. No, może jeszcze Grape Spa :-D Wiecie co to takiego?

 

Photobucket Photobucket

 

Zawsze wiedziałam, że wino ma odmładzającą moc. Głupio, że do tej pory tylko się nim delektowałam, W pałacowym SPA można zostać Kleopatrą. Wprawdzie oślim mlekiem wanny nie napełniają, ale te kąpiele, kosmetyki, nacierania… wszystko na bazie mierzęcińskich gron. Jeśli Bodzianek zagra choć raz na „trafił” (w Totka oczywiście), nie omieszkam skorzystać z pełnego wachlarza tutejszych atrakcji.

 

 

Photobucket Photobucket 

 

… a winnica pałacowa trzecia w kraju podobno. Wieeelkaa...

 

Pałac, jak pałac. Wybudowany po połowie XIX w. należał do von Waldowów. Po wojnie był przez pewien czas domem dziecka, a w 1998 r. – nieco już nadgryziony zębem czasu – trafił w prywatne ręce. Dwaj właściciele pięknie go odrestaurowali. 

 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Zadbali także o 15 ha parku. Serdecznie polecam spacer drewnianymi chodnikami rozpiętymi nad torfowiskiem, potem odpoczynek w czerwonej, japońskiej altanie z widokiem na bramę torii, albo w drugą stronę… aż do miejsca, gdzie we wszystkie strony świata rozwidla się 12 dróg. Dziś większość z nich wprawdzie jedynie śladowo zaakcentowana, mimo to miejsce ma niepowtarzalny urok.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wspaniale prezentują się zabudowania folwarczne i pogorzelniane. Trochę przypominają łódzkie lofty, albo i nawet słynną Manufakturę.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Tuż poza ogrodzonym zespołem parkowo-pałacowym stoi sobie zwykły wiejski kościółek. W całej swojej niepozorności bardzo jednak niezwykły. Kiedyś był barokowy, a dziś jest jedyny w swoim rodzaju. Na naszym terenie niepowtarzalny. Ewenement w skali regionu.

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Nieduży, z trochę odrapaną elewacją, otoczony nieco fantazyjnym murkiem. Niby nic szczególnego, a jednak… jeśli uda się wam wejść do wnętrza, staniecie tam jak wryci. Mnie autentycznie zastopowało na środku nawy głównej. Ołtarze są takie… hipnotyzujące. Popatrzcie sami…

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  

 

Caluteńki kościół jest w najdrobniejszych szczegółach modernistyczny. Wszystkie detale pieczołowicie dobrane do całości. Klamki i kinkiety, i feretron, i konfesjonał, i monstrancja, i ambona, i ławki, i droga krzyżowa (malowana przez siostrę proboszcza) nawet tablica z aktem erekcyjnym.


Photobucket

 

Wyobraźcie sobie, że wystrój pochodzi z lat 50. XX wieku – z czasów najgłębszego komunizmu! Możecie to sobie wyobrazić?

 

Photobucket Photobucket

 

Wychodzimy przed kościół  i dopiero teraz widać, że motywy z wnętrza świątyni powtarzają się i tutaj. Wystarczy popatrzeć na słupki ogrodzenia. Konsekwencja jest zadziwiająca, bo w czasie wizyty na tutejszym cmentarzu, bezbłędnie odnajdujemy nagrobek księdza – sprawcy całego tego zamieszania. Czyż mógłby wyglądać inaczej?

 

Photobucket

 

No cóż. Pojawiła się niedawno idea, by świątynię poddać remontowi. Minęło już z górą pół wieku… wnętrze jest wprawdzie nietypowe, ale  - trzeba przyznać  - męczące… ba, jakieś tam plotki o diable szemrane…  najlepiej, żeby znowu przebudować… niech będzie, jak w innych kościołach.  
Iii… zonk 0:-)

 

Specjaliści się zjechali. Najpierw zaniemówili, potem w zachwyt wpadli. Toż to perełka! Przedwojenny modernizm w komunistycznych czasach wyprodukowany. Z niewiarygodną konsekwencją w dodatku. Tego zniszczyć nie można! Absolutnie!

 

No i zniszczone nie zostanie :-]. Parafianie na wieść, że takie cudo posiadają, komitet odbudowy kościoła zawiązali. Wydali piękny folder. Cieszą się, że stoi u nich największe ostatnimi czasy odkrycie w dziedzinie architektury sakralnej.

 

 A my niedawno  mieliśmy przyjemność zwiedzać okolicę w towarzystwie potomków byłych właścicieli. Tropili z nami ślady Hansa Paasche. Ileż ciekawostek naopowiadali… i piwem pysznym, hamburskim częstowali… o!

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 662  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207662
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2437 dni

Lubię to