Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 572 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Kresowe fascynacje

czwartek, 29 września 2011 19:40

Kresowe fascynacje przyszły do mnie nie wiadomo skąd. Wyglądały z kart książek, z półuśmiechów, półsłówek…  Niekiedy notowały w pamięci jakąś sentencję… ot chociażby tę przypisywaną Marszałkowi, co to Polskę do rogalika przyrównywał mówiąc, że  wszystko co w niej ważne i piękne, to na Kresach położone, a w środku… wielka dziura zionie.

 

Chociaż sentencja działała na wyobraźnię, niezupełnie się z nią zgadzałam. Uważałam, że w tym „środku” sporo ciekawostek i historii przez duże „H” także można było znaleźć. Jakkolwiek jednak na to nie patrzeć – gdzieś tam za wschodnią granicą pozostały kości moich przodków. Ciekawiły mnie miejsca, gdzie przebywali, ale ciekawiły także te, znane wyłącznie z literatury i historii (nie tylko ojczystej).

 

Kiedy komunistyczny kolos zaczął chwiać się na glinianych łapach, coraz wyraźniej kiełkowało we mnie pragnienie podróży. Nie w dużej grupie i utartymi szlakami, tylko tam, gdzie serce, oczy i fantazja poniosą. Na rekonesans wybraliśmy się dokładnie 10 lat temu, a zdjęć z niego mamy niewiele i nie najlepszej jakości. Ograniczała nas pojemność orwowskich i agfowskich klisz. Okazało się, że zabraliśmy ich ze sobą stanowczo za mało.

 

 Pierwszą wyprawę białoruską załatwialiśmy ostrożnie. Pojechaliśmy zaopatrzeni w vouchery, zaklepaliśmy noclegi w państwowych hotelach. Później okazało się to sporym utrudnieniem i ograniczało nas znacznie sprawami meldunkowymi. Wierzcie mi – w republikach postkomunistycznych to karkołomne wyzwanie. Przekraczając w powrotnej drodze granicę musieliśmy wylegitymować się jak najdokładniej wszystkimi hotelowymi kwitkami… za każdą dobę pobytu. Dlatego kolejny raz ( i kolejny) pojechaliśmy już z odpowiednią bumagą w kieszeni, wystawioną przez Związek Kresowiaków. Stało w niej czarno na białym, że wyjazd to służbowy i z noclegów gdzie Bóg i dobrzy ludzie dadzą nikt nas rozliczać nie powinien. Wspomnienia stamtąd mam… niesamowite. Litwa, Białoruś, Ukraina… ech… tam słowiańska dusza gra…

 

Najbardziej wryło mi się w pamięć pierwsze spotkanie z Białorusią. I wcale nie chodzi mi o pierepałki z celnikami. Zresztą ten pierwszy raz wjeżdżaliśmy od strony Litwy, więc i rzeczone pierepałki były o niebo mniejsze.

 

Po nocy spędzonej w Wilnie najbliżej było do przejścia Soleczniki/Bieniakonie. Pierwsze kroki na ziemi białoruskiej skierowaliśmy na bieniakoński przykościelny cmentarzyk, a tam…

(…)Gdy podeszliśmy dość blisko

wiemy w jednej chwili

Jest to grób o dwóch nazwiskach

hrabiny Maryli.

 

Hrabiostwo Puttkamerowie w pobliskich Bolcienikach mieli swój majątek, a w tzw. suchym gaiku, na odległym o kilkaset metrów wzgórzu, Maryla koiła ból nieszczęśliwie zakochanej duszy. Gaik opisał niegdyś Jan Czeczot:

Za rzeczką, pośród pola czystego

Czy widzisz mały pagórek?

Sosenki wieńczą wierzchołek jego,

Ach, to Maryli jest borek.

To ona w chłodne ranki, wieczory

Sama swą rączką pieszczoną

Krzesze gałązki, przeczyszcza kory,

Jedlinę sadzi zieloną (…)

 

Dziś gaik jest pomnikiem przyrody, a my zagłębiliśmy się pomiędzy drzewa by szukać tam słynnego „kamienia żałoby”, przy którym hrabina z Wereszczaków Puttkamerowa rozstała się ostatecznie ze swym poetą. Photobucket

 

Padał deszcz, ale  – jak to się mówi – przecież nie z cukru nas stworzono. Bez większego trudu udało nam się znaleźć płaski, ciemny głaz z wyrytym na nim krzyżem. Podobno wykuwała go sama Maryla mówiąc, że to „nagrobek Przeszłości i Nadziei”.

Nie wiedzieć kiedy pojawił się koło nas nieduży pan na śmiesznym motorku.

 

Photobucket

 

- Michał Wołosewicz – przedstawił się – najstarszy kochanek Maryli.

- ???

- Tak o mnie mówią ludzie we wsi – roześmiał się – że niby  ja Marylę kocham dłużej niż Mickiewicz. Piszę o niej wiersze, dbam o jej mogiłkę i o ten kamień. Nawet żona przestała już być zazdrosna… Przyjeżdżam tu codziennie, szoruję głaz szczotką, żeby go mech nie porastał. Mieszkam niedaleko, w Bieniakoniach.

 

Niesamowite było to spotkanie. Pozostaję pod jego wrażeniem do dziś. Kiedy pan Michał ni z tego i z owego zaczął recytować swój życiorys, okazało się, że mam dziwnie mokre oczy. Może był to tylko deszcz, a może… poczytajcie zresztą sami:

 

Mieszkam w Białorusi, Litwa za rzeką,

a granica Polski daleko, daleko.

Czasem ktoś mi takie pytanie zadaje:

kim jestem w tej chwili i komu honor daję?

Odpowiadam szybko: jestem z Wileńszczyzny,

 ja synem tej ziemi – Polak bez ojczyzny.

Bo moce piekieł ziściły swe plany:

ja przez sojuszników już w Jałcie sprzedany.

Dziś o tym historia wstydliwie wspomina,

nie znano, nie chciano znać planów Stalina.

Dali mi rozkosze czerwonego raju,

a dziś nazwę obcego w swym rodzinnym kraju

 

 

Michał Wołosewicz urodził się Starych Rakliszkach, dzieciństwo i młodość spędził w Wilnie, ale po wojnie przyjechał do Bieniakoni. Tutejsi pamiętali jeszcze osobliwą hrabinę, która całe życie nosiła żałobną czerń (chociaż mąż jej żyw był) i nigdy nie pozwalała, żeby dziewczęta  wiejskie ślubowały bez miłości.

Podobno mawiała: „Bez uczucia za mąż wyjść nie pozwolę! Ja ci krówkę dam w posagu, kochaj swego parobczaka, żyjcie u mnie w czworakach”.

Zafascynowany opowieściami, zaczął pisać wiersze o Maryli (i nie tylko o niej). Samej hrabinie poświęcił aż 65 wierszowanych utworów. To dzięki niemu jej mogiła nie została zniszczona przez komunistów.


Pan Michał już nie żyje. Zmarł trzy lata po naszym spotkaniu, ale mamy w domu wspaniała pamiątkę - tomik jego poezji.

Chętnie do niego wracam.


Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

hurrra

wtorek, 27 września 2011 12:05
Leżę sobie wygodnie z nogą przymocowaną do artromotu, który ciągnie ją swobodnie do 100 stopni. Stówka! Najprawdziwsza! Zgodnie z decyzją rehabilitanta jedną kulę odstawiłam do kącika. W dodatku eksperymentalnie spróbowałam zejść po schodach bez wspomagaczy. Pokonałam 3 piętra z kulami w powietrzu! Sprowadzono mnie jednak do pionu- r a c z e j mam korzystac z podpórki. Na razie. Jak to mówi Banderas? Polak potrafi? No to Polka także :-))
Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

noc cudów

niedziela, 25 września 2011 18:59

 

Paniwładzine chrapanie tak mi się już z nocnym tłem dźwiękowym zlewa, że całkiem naturalnie wtopiło się również w mój sen. Wędrowałam dziś po świecie… łodzią podwodną. A co!

 

Ponieważ była to pierwsza tak ekstremalna podróż, więc mój środek lokomocji miał prawo niemiłosiernie warczeć, prawda? Aż burty się trzęsły! Tak naprawdę pojęcia nie mam, jakie dźwięki wydają z siebie podwodne pojazdy w realu. Ten, nie dość, że hałasował upiornie, to w dodatku wysadził mnie w dziwacznym miejscu. Nazwa portu wprawdzie znana (Kostrzyn n/Odrą), ale jego wygląd kompletnie różny od tego, czego mogłam się spodziewać.

 

Kto choć raz był w Kostrzynie, wie, że oglądane z wysoka panoramy z ułożonymi w fantastyczne wzorki pudełkami budynków to zupełnie nie ta bajka. Chwilka… i ląduję bezpiecznie w tajemniczych podziemiach zakończonych klatką schodową, na której szczycie czuwa wizerunek MB Ostrobramskiej. Klatka schodowa zupełnie różna od wileńskiej, ale Ostrobramska najautentyczniejsza!

 

Wychodzę na ulicę, a tam bogato zdobione secesyjne kamienice. Kawałek dalej malownicze ruiny czegoś pośredniego pomiędzy fabryką domów w skali Kingsajzu a pozostałościami czarnobylskiej elektrowni. Raj dla fotografa! Cóż, kiedy zdjęcia robić trzeba ukradkiem, bo… pilnują amerykańscy żołnierze.

 

Decyduję się na powrót w plątaninę uliczek. W oficynach kamienic same niespodzianki – niesamowite kafejki, do których wejście bronione jest przez oryginalne szlabany. Oryginalne to mało powiedziane. W życiu takich nie widziałam! W każdy szlaban wmontowana jest leżąca postać. Podświadomość wie, że jest to rosyjski żołnierz, ale wzrok konotuje coś zgoła innego – mieszaninę węgierskiego hajduka z rodzimym Janosikiem. Kolejny szlaban, to nikt inny tylko Jagna Borynowa w kolorowej weselnej kreacji. Wystarczyło taki szlaban za nos złapać… natychmiast ożywał. Mało tego! Wygrzebywał się z uprzęży i rarytasy na stół znosił. Pachniały przecudnie a wyglądały… no zupełnie, jakby pod dyktando Magdy Gessler przyrządzane. Niestety… nie spróbowałam… obudziłam się.

:-D

To jeszcze nie koniec niespodzianek.

Kiedy rankiem doczłapałam do łazienki, znalazłam w niej oparte w kąciku własne kule. Same tam chyba nie zawędrowały?

 

Ostatni raz z tak cudownym uzdrowieniem zetknęłam się ponad rok temu. Wezwano mnie wtedy do ZUS-u na kontrolę zwolnienia. Weszłam o dwóch kulach, wyszłam o własnych siłach. Orzecznik śmiał się później, że ludzie z wrażenia nie takie rzeczy zostawiają…



Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

takie dziwne owady...

sobota, 24 września 2011 20:27

 

Bajeczna pogoda wywabiła nas wczesnym popołudniem na przyszpitalny skwer. Zabawnie to musiało wyglądać – gromada kulawców (w tym część uwózkowionych) szczelnie obsiadająca skąpane w słońcu ławeczki. Od czasu do czasu ktoś wstawał, robił rundkę dookoła skweru i wracał do towarzystwa. Siesta trwała dopóty, dopóki utrzymywały się jaskrawo grzejące nas plamy. Jedyny podział jaki ustalił się całkowicie zresztą samorzutnie, to: loża palaczy i loża niepalących (przytłaczająca większość).

 

Nie mogę się powstrzymać, by nie przytoczyć przy okazji mojej ulubionej definicji papierosa według Marka Twaina (notabene nałogowca jakich mało) i z  góry przepraszam ewentualnych urażonych, ale… co fakt, to fakt.

 Papieros to nic innego jak papierowa rurka wypełniona tytoniem, na której jednym końcu znajduje się żar, a na drugim gamoń.

:-D

Słoneczne skwerowanie (bo werandowaniem nazwać tego nie można) całkiem przypadkowo połączyliśmy z arcyciekawymi obserwacjami przyrodniczymi.

Z pewnością wszyscy pamiętacie z dzieciństwa czerwone żuczki z czarnym wzorkiem na grzbiecie przypominającym wybałuszone oczyska.

 

kowale beskrzydle

 

Nazywaliśmy je tramwajarzami, bo często formowały długie szeregi „wagonów” i pozostawały w kolumnie przez wiele godzin. Pojęcia wtedy nie miałam, że jestem właśnie świadkiem zachowań seksualnych, bo taki „tramwaj”  to nic innego tylko kopulujący rządek kowali bezskrzydłych. Wagonem motorowym (pierwszym) zawsze była samica, a „czuły uścisk wagonowy” potrafił trwać nawet kilka dni.

 

Dzisiaj – wszyscy, jak jeden mąż - obserwowaliśmy te żyjątka (chociaż pluskwiaki, ale sympatyczne) uwijające się przy gromadzeniu zapasów na zimę. Nie przypuszczałam nawet, że one to robią. Zajęcie naprawdę fascynujące!

 

Kowale wyszukiwały sobie na nasłonecznionym chodniku nasionka niemal równe im wielkością i, niczym żuk gnojarz, toczyły je później przed sobą. Nie poruszały się jednak prosto, tylko zygzakiem. Zupełnie, jakby chciały zmylić przeciwnika. Wyglądało trochę jak w ludzkim świecie  - jedne ciężko pracowały (odpoczywając co jakiś czas), inne – zaczajały się, napadały i zawłaszczały nasionko. Bywało, że okradziony gnał na łeb na szyję do przodu, przyczajał się w załomku polbruku i… odbierał swoją własność. Zanim delikwent dotarł do pnia drzewa, zdobycz kilkakrotnie zmieniała właściciela.

 

Zastanawiałam się jak to jest? Czy ten, który zjawi się w bezpiecznym gniazdku pod lipową korą bez odpowiedniego „fanta” dostanie po łbie, czy nie dostanie?

 

Najciekawiej wyglądało wdrapywanie się po chropowatym pniu i utrzymanie przy okazji dyndającego nasionka o wielkości równej niemal własnemu odwłokowi. Mało tego – żuczek musiał mieć oczy i uszy dookoła głowy, bo nawet tam czyhali amatorzy łatwego łupu. I znowu nasionko przechodziło z łapek do łapek (odnóży?). Jakim cudem przy tym wszystkim nie spadło? Pojęcia nie mam. W końcu jednak trafiło do spiżarni.

 

kowale bezskrzydle kowale beskrzydle kowale bezskrzydle

 

A na chodniku męczył się kolejny „tramwajarz”…

 

 

kowale bezskrzydle

 

Ps. Kiedy pognałam (;-)) na drugie piętro po aparat, walczące o nasionko kowale zdołały wtaszczyć je już do gniazda. A szkoda. Chciałam je uwiecznić.


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

raport z placu boju :)

czwartek, 22 września 2011 19:25

 

Każdemu, kto jeszcze miesiąc temu powiedziałby, że po czterech tygodniach od protezoplastyki kolana można poruszać się bez kul – narysowałbym na czole kółko.  Tym bardziej, że podobne doświadczenia przeżywałam już półtora roku temu i taka sztuczka była dla mnie nieosiągalna przez grubo ponad dwa miesiące. A teraz? Teraz kółko naprawdę mogę wymalować… tyle, że na własnym czole. Na dokładkę powtarzać powinnam słynne panamężowe powiedzonko: To jest bzik. Tego się nie zmyje.


Śmigam po swoim pokoju bez żadnych wspomagaczy i śmiem stwierdzić, że w granicach własnego mieszkania będę także robić to doskonale.

Na ortopedę, który zalecał mi to podczas ostatniej wizyty (do realizcji za dwa tygodnie) patrzyłam jak na klasycznego wariata. Wtedy myślałam, że to absolutnie niemożliwe. Teraz myślę – Jasnowidz, czy co?


Stare przysłowie mówi: Mierz siły na zamiary. Ja dodałbym jeszcze: i nie bój się. Klucz do sukcesu jest naprawdę w twoim zasięgu.

Potrzeba do tego niewiele:

- jak najszybciej rozpocząć rehabilitację i solennie się do niej przykładać

- uwierzyć w siebie

- pokonać wewnętrzny lęk

- nie szarżować.

 

To, że przemieszczam się bez kul w obrębie pokoju nie oznacza wcale, że całkiem mogę je odstawić. Wychodząc poza jego obszar nadal podpieram się obiema i nawet wczoraj odkryłam na prawej dłoni dorodny odcisk (hehe). Słucham fachowców, a według nich forsowanie ponad miarę potrafi zadziałać dokładnie odwrotnie do osiągniętych sukcesów i wszystko trzeba będzie zaczynać od początku.

 

Z kulami idę prosto, swobodnie, nogę zginam jak należy. Chód bezkulowy jest jeszcze… kaczkowaty. Lepiej, żeby w nawyk nie wszedł.

 

Na artromocie już drugi dzień wyciskam bez wysiłku 95 stopni. W nagrodę uzyskałam pochwałę od ordynatora i obietnicę dalszych ćwiczeń, żeby się efekt utrwalił. Jutro spróbuję ciut więcej.

 

Rok temu rehabilitowałam się w innym ośrodku. Tam, po jednokrotnym osiągnięciu pułapu 90 stopni, urządzenie odstawiono całkowicie. Wtedy ćwiczyłam raz dziennie przez 10 minut, teraz dwa razy po pół godziny (a bywa, że i trzykrotnie).

 

Dwa ośrodki – dwie metody. Ta obecna chyba bardziej efektywna.

 

Dlaczego to opisuję? Żeby uświadomić wszystkim wahającym się i unikającym operacji jak ognia – to naprawdę nie jest złe wyjście! Można dość szybko dojść do siebie i nareszcie funkcjonować jak człowiek.

 

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 676  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207676
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2437 dni

Lubię to