Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 128 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

familijno-sensacyjno-patriotycznie

piątek, 11 listopada 2011 11:02

 

 

11.11.11 – magiczna data.

W kraju dziś patriotycznie i wzniośle, w mojej rodzinie – sentymentalnie i wspomnieniowo.

 

61 lat temu przed pracownikiem Urzędu Stanu Cywilnego stanęli moi rodzice. Piękne skądinąd wydarzenie miało podtekst nieco sensacyjny. W tatowej kieszeni ciążył już bilet, kierujący go do wojska na drugi kraniec kraju. Wiotka, wielkooka dziewczyna, prawnie poślubiona małżonka, miała tęsknić za nim przez niemal trzy lata. Tata, jako niepoprawny politycznie, otrzymał przydział do Batalionów Budowlanych - formacji bez karabinu, w której wykonywało się najcięższe prace.

 

Photobucket

(kolaż zmontowany jest  z fotografii oddalonych w czasie o 57 lat)

 

Ślub, o którym marzyli młodzi był nie po myśli matki chłopaka (a mojej babci). Miłości rodzinnego beniaminka sprzyjały jednak siostry. Cichaczem wykradły potrzebne dokumenty i małżeństwo stało się faktem. Babci pozostało już tylko pogodzić się z tym, że niedaleko padło jabłko od jabłoni. Ona pierwsza przeciwstawiła się woli rodziców. Mimo ustalonego terminu ślubu z bogatym ziemianinem (i schowanego w paszporcie biletu do Ameryki), wybrała uczucie do mojego dziadka. Cóż z tego, że pochodził z rodziny z tradycjami? Był w końcu tylko małorolnym chłopem, a ona - wprawdzie niezbyt bogata - ale jednak szlachcianka. Rodzice nigdy nie wybaczyli jej mezaliansu, a teściowie niezbyt lubili „pannę z białymi rączkami”. Naturalną koleją rzeczy stało się więc, że dziadkowie wyruszyli z grupą osadników na Kresy.

 

Święto Niepodległości w Pińsku – rodzinnym mieście mojego Taty - odbywało się z wielką pompą. Ciocie do dziś wspominają uroczyste msze w Kościele Garnizonowym i ubranych na galowo marynarzy Flotylli Rzecznej. Pięknie prezentował się w mundurze także mój dziadek – konny policjant piński (zginął rozstrzelany pod Warszawą w 1944 r. ).

 

Patriotyczne nuty przebijały też przez wspomnienia drugiej babci. Matka mojej mamy była w młodości członkinią Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół". Kiedy - zgodnie z wolą rodziców - wyszła za sporo od niej starszego urzędnika Starostwa w Baranowiczach, spotkania „sokolników" były jej odskocznią od niezbyt lubianego i trochę nudnego życia statecznej połowicy. Od 1927r. uroczyste obchody Święta Niepodległości odbywały się w Baranowiczach przy Pomniku Nieznanego Żołnierza - drugim takim pomniku (po warszawskim) w Rzeczpospolitej. Odsłonięto go na skwerze przy reprezentacyjnej ulicy Szeptyckiego (dziś Sowiecka).

Babcia brała udział w specjalnych pokazach gimnastycznych. Była tak zagorzałą „sokolniczką", że – jak głosi rodzinna legenda – do porodu zabrano ją bezpośrednio ze stadionu.

 

Tak się nam ten 11 Listopada przeplata z rodzinną historią. Jest i podniosły, i zwyczajnie familijny. Wiele dla nas znaczy. Gdybyśmy wszyscy (albo chociaż niektórzy) zatrzymali się na chwilę w pędzie i posłuchali opowieści najstarszego pokolenia, mogłaby powstać interesująca mozaika wspomnień.


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

dzień jak co dzień... a jednak...

czwartek, 06 października 2011 19:06

To był wyjątkowy poniedziałek. Chociaż pierwszy tydzień października zbliżał się ku końcowi, pogoda całkiem niejesiennie zachęcała do spacerów. Dom przy ulicy Nadbrzeżnej wyróżniał się czerwonym dachem. Otaczało go ogromne podwórko z wielką wjazdową bramą i niewielką furtką. Z domem sąsiadowały stajnie pińskiej policji konnej. Obok nich stały magazyny. Bliziuchno - przed bramą niemal - płynęła rzeka. Tylko wąski chodnik, jezdnia i nadrzeczny bulwar oddzielały dom od jej nurtu. Wystarczyło prościutko wybiec z bramy i od razu rozpościerała się szeroka wstęga Piny. Miasto rozłożyło się tylko na jednym jej brzegu. Po drugiej stronie rozciągał się tajemniczy obszar starorzeczy i moczarów.

 

Tego dnia w domu kręciło się wyjątkowo dużo osób i w dodatku wszystko było jakieś inne. Kobiety uwijały się w wielkiej kuchni. Z potężnych saganów parowała woda. Trzeba jej było nanosić ze studni, bo chociaż światło elektryczne świeciło jasno, wodociągów w mieście jeszcze nie było, a w kąciku podwórka stała latryna.

 

 Dwie małe dziewczynki zaszyły się pod kuchennym stołem. Od chwili, kiedy starsza siostra wyszła do szkoły, siedziały tam cichutko jak myszki. Nie pamiętały, żeby kiedykolwiek było tu tak ludno. Nawet wtedy, kiedy Nikulina przychodziła prać na wielkiej tarze i przez cały dzień nosiła wodę do balii. Nikulina uwielbiała herbatę. Piła jej ogromne ilości, więc mamusia zawsze zostawiała jej w prikusku konfiturę.

 

W ten październikowy dzień mamusia zachowywała się dziwnie. Polegiwała w sąsiednim pokoju, a tatuś nerwowo krążył między nim a policyjnymi stajniami. W domu wyraźnie działo się coś dziwnego.

Młodsza z dziewczynek nie miała jeszcze skończonych trzech latek i zupełnie nic z tego rozgardiaszu nie rozumiała. Średnią – pięciolatkę – rozpierała ciekawość. Wystawiła spod stołu tylko kawałeczek noska i…

 

- A wy co tu robicie? Marsz na podwórko! Zawołamy was, jak będzie po wszystkim

- Po wszystkim? To znaczy po czym?

 

Odpowiedzi nie było. Tylko szeroki ruch „ciocinej” ręki wskazujący na drzwi. Cóż było robić… dziewczynki schwyciły się za rączki i wybiegły na podwórko.

 

Były niepocieszone. W domu jakaś Wielka Tajemnica, a tutaj tak nudno. Nawet w stajniach zupełnie pusto - panowie policjanci niedawno wyprowadzili wszystkie konie. Za to nad rzeką… o… tam bliziutko, za bramą jest wielki drewniany basen i policyjna przystań z łódkami i kajakami. Basen jest niesamowity! Za pomocą specjalnej konstrukcji i łańcuchów podciągają go na zimę do góry, żeby zamarzająca Pina nie zgruchotała jego ścian. A kajaki i łódki? Całkiem ich tam sporo.

 

Niewiele myśląc, dziewczynki wybiegły przez bramkę i siup do jednej z łódek.

Bez obawy – pojazd rzeczny był mocno przywiązany łańcuchem do nabrzeża. Siedziało się w nim bezpiecznie i huśtało na wszystkie strony. A ile przy tym było radości…

 

Zabawę przerwało jedno zdanie. Króciutkie, ale za to pełne treści

- Wracajcie. Bocian przyniósł wam braciszka

 

Był 6 października 1930 r. Na świat przyszło najmłodsze z czworga dzieci dumnej, choć zubożałej szlachcianki i mazowieckiego chłopa. Mój tata.

Photobucket


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

strzępki wrześniowych wspomnień

sobota, 17 września 2011 13:05

 

Wszystko cośmy posiadali to Moskale nam zabrali
i zieloną Ukrainę i kochaną mą dziewczynę
Hej Hej....
Mówił do mnie stary góral, że pójdziemy hen za Ural
Dojdziem do chińskiego muru będzie Polska do Amuru
Hej Hej ...

 

Wprawdzie moje notatki nie dzisiejszych ziem ukraińskich dotyczą, tylko białoruskich, ale nie ma to chyba specjalnego znaczenia. Są to strzępki ciotczynych wspomnień. Może uda mi się kiedyś zebrać je w większą całość…

 

Pińsk. 17 września 1939

 

Rosjanie weszli tu rankiem. Na nogach mieli brezentowe buty, takie harmonijki… ale ich lekarki to miały obuwie naprawdę ładne… chociaż też układało się w harmonijki i tak samo było brezentowe, to kolor miało cudny… brązowy, zielony… elegancko wyglądało…


Tatka od kilku dni już w domu nie było. Skoszarowali ich zgodnie  rozkazem na posterunku. Jak Ruscy weszli, to naprawdę ułatwioną robotę mieli… wszystkich policjantów od razu myk… i do więzienia… nawet ich szukać nie musieli. Aresztowali też wszystkich nauczycieli i księży. Tych ostatnich to na bruku pod katedrą przez kilka dni trzymali…


Mamusia codziennie z Wandeczką do tego więzienia biegała i lamentowały strasznie, że czego oni od Tatki chcą… że taki dobry człowiek przecież… jedyny żywiciel, a w domu drobiazgu tyle… Lamentowały i lamentowały, listą kilkudziesięciu sąsiedzkich podpisów się podpierały i tak tych Ruskich wreszcie skołowały, że Tatkę … wypuścili. Natychmiast chcieli go jeszcze raz zaaresztować, ale Tatko na nic nie czekał. Pieszo do Żabinki uciekł i stamtąd do Babuni, do Warszawy pojechał. Ruscy w domu nas nachodzili, o Tatkę się rozpytywali, ale Mamusia pukała się w czoło i mówiła „Przecież on od samego początku u was siedzi! Zamknęliście go… jedynego żywiciela… ojca dzieciom… wypuśćcie… on dobry człowiek jest” … i dalej z Wandeczką lamentować pod więzienie chodziły.


Na całe dwa tygodnie enkawudzista się do nas sprowadził. Fredka na spytki brał, samochodziki mu obiecywał, książki, gwiazdkę z nieba… niech no tylko słowo o Tatku bąknie. Ale Fredek się zaciął. Naburmuszony na stołku siedział i ani be, ani me. Mamusia mu zapowiedziała, że jak parę z ust puści, to nas wszystkich na Sybir wywiozą


Tatkowy medal, co to za walkę z komunistami na pińskich bagnach dostał, Mamusia w ogrodzie u Brochy zakopała. Tak samo i jego rewolwer. Piękny mundur w szafie został…

Opatrzność nad tatką czuwała, że w Katyniu nie skończył jak inni policjanci. Pięć lat mu jeszcze dała, a dzięki niemu i my na Sybirze nie wylądowaliśmy. List nam przysłał spod Warszawy: „Uciekajcie”. Za pół roku byliśmy już razem.

 

"Tatko" – to mój nieznany dziadek Kostek. Zginął 14 sierpnia 1944. Mamy tylko jedno, jedyne zdjęcie. Przystojny pan w mundurze pińskiej policji konnej. Czy zawsze był łysy jak na tym zdjęciu? Podobno nie…

 

Photobucket

 

17 września - dzień, w którym Armia Czerwona wkroczyła w 1939 r. na Kresy Wschodnie obchodzony jest w naszym kraju jako Dzień Sybiraka. Nie można było wyznaczyć trafniejszej daty.


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Jak mała Mariolka wielki świat poznawała…

czwartek, 15 września 2011 18:55

 

Tak, tak… Mariolka.

Mama zauroczona pewnie powieściami Dołęgi-Mostowicza „Znachor” i „Profesor Wilczur” postanowiła, żeby swoją córeczkę nazwać Mariolą. (Książki stały na półce na honorowym miejscu i sama je później namiętnie rozczytywałam). Niestety, władze odmienne zdanie miały. Uważały, że takie imię nie istnieje i jako imperialistyczny wymysł nigdy w kalendarzu umieszczone nie zostało. Może wtedy tak było… nie będę już tego dochodzić (chociaż we własnej klasie miałam koleżankę Mariolę, tyle, że z innego miasta. Tam widać władze tak akuratne nie były).

 

W każdym razie władze miejscowe orzekły, że skoro rodzicom tak bardzo zależy, to niech dziecku dadzą MARia JOLAnta, a mówić sobie na nie mogą, jak im się żywnie podoba.

I tak się stało.

Nikt inaczej nie mówił jak Mar-jola.


Na Marysię zaczęłam ostrożnie reagować dopiero po ślubie… głupio przecież było zwracać uwagę teściowej.

Teraz „babcia Marysia” brzmi jak najpiękniejsza muzyka.  Wnuki potrafią zmiękczyć nawet największego twardziela.

 

Mała Mariolka podróżowała w ojcowym plecaku zanim jeszcze nauczyła się chodzić. Wiele zabawnych przygód było jej udziałem. Dziś opowiem o jednej z nich – pierwszej, którą można nazwać „zagraniczną”.

Działo się ostatniego lata przed rozpoczęciem mariolinej edukacji. Świeżo upieczona siedmiolatka była niezwykle rezolutna i ciekawska. Zdobywała właśnie wspólnie z rodzicami i starszym bratem czeską Pragę.

 

Był to dzień, na który zaplanowano wycieczkę do ZOO. Mariolka nigdy jeszcze w nim nie była, więc podekscytowana nie mogła usiedzieć na miejscu. Rodzinna grupka oczekiwała na przystanku trolejbusowym na przybycie małżeństwa zaprzyjaźnionych prażan. Z tyłu, za budką przystankową coś ciekawie szumiało…

 

Zaintrygowana Mariolka poszła sprawdzić źródło dźwięków, a tam… same interesujące rzeczy: jakiś kiosk z kolorową wystawą,  drugi kiosk i pan, który grubym wężem „plecy” przystanku polewał. Takie to było zajmujące, że Mariolka przyglądała się wszystkiemu z otwartą buzią. Czas płynął niespostrzeżenie. Nagle w dziewczęcej główce pojawiła się myśl krótka jak błyskawica – „ZOO”- z pewnym żalem, ale jednak opuściła interesujący zakątek i … co to? Na przystanku kompletnie nikogo nie było! Co robić?! Wielkie miasto, kompletnie nieznane…

- Jeżeli pójdę śladem trolejbusu, to na pewno do ZOO trafię. Rodzice będą już tam czekali.

Jak pomyślała, tak zrobiła. Podreptała śladem trolejbusowych uprzęży aż do miejsca, gdzie sznury rozchodziły się w trzy strony. Który kierunek wybrać? Może lepiej wrócić… przecież rodzice chyba też zaczną szukać…

 

Jak pomyślała, tak zrobiła… i dobrze się stało, bo na znanym już przystanku siedzieli spokojnie mili państwo Ŝpitalscy

.

 - Nacházíte se zde sama?

- Ano.
 -A rodiče, kde?

- Nie wiem… - i usta trochę bezwiednie wygięły się w podkówkę.

 

Hmmmm…. Mili prażanie długo się nie zastanawiali. Zresztą telefony komórkowe to wtedy tylko w powieściach SF można było spotkać. Najmądrzej było udać się do zaplanowanego celu, a czasu na medytacje nie pozostało zbyt wiele. Właśnie podjechał kolejny trolejbus oznakowany „ZOO”.


Mariolka grzecznie i cichutko siedziała na kolanach cioci Ŝpitalskiej. Czuła się już bezpiecznie. Do ZOO dojechali bez problemu, a tam… pierwsze wpadły jej w oko różowe flamingi. Wielkie stado. Na ich tle pojawił się zdenerwowany tata i roztrzęsiona mama.


Flamingi na zawsze już pozostały dla niej synonimem spokoju i bezpiecznej przystani…

 

flamingi flamingi flamingi

 

Od rodzicielskiej strony historyjka wyglądała bardzo prosto.

Kiedy nadjechał trolejbus, a Mariolki nie było nigdzie widać, wsiedli do niego z przekonaniem, że córeczka jest już w środku. Jedno – przednim wejściem, drugie – tylnym. Januszek, jako dziesięciolatek umiał o siebie zadbać i trzymał się „stada”. Dopiero po dotarciu do celu okazało się, że rezolutna siuśmajtka gdzieś się zapodziała. Krótki telefon do państwa Ṥpitalskich w nadziei, że jeszcze są w domu, a potem… potem zostało już opisane :-D

 

Odświeżające pamięć flamingi upolowaliśmy w poznańskim ZOO, zaraz po wyjściu z Motylarni

 

flamingi flamingi


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

anegdota prawie na czasie ... i w dodatku prawdziwa

niedziela, 11 września 2011 9:42

 

Polityką w zasadzie się nie param, ale informacja o tym, że PKW wylosowała i ogłosiła w piątek kolejność list wyborczych wywołała z mroków mojej niepamięci zabawną historyjkę.

Działo się lat temu…. sporo, dokładnie raczej nie określę.

 

Wybraliśmy się z Bodziankiem do pobliskiej szkoły by dopełnić tzw.obywatelskiego obowiązku, od którego raczej się nie migamy. Zapewnia to nam później komfort narzekania. Uważamy (może błędnie), że osoby nagminnie uchylające się od dokonywania wyborów, prawa do utyskiwań na wszystko, co dookoła nich się dzieje mieć nie powinny. Zaprzepaściły swoją szansę na jakiekolwiek zmiany. Można wprawdzie odwrócić kota ogonem i rzec, że brak wyboru to też wybór… nie będę jednak tego tematu rozwijać, bo wcale nie o to mi chodzi.

 

Wróćmy do mojej historyjki. Szkolną świetlicę odwiedziliśmy całkiem przypadkowo w godzinach wszesnopopołudniowych. Wyjątkowa frekwencja, która nawet nas zaskoczyła, okazała się później efektem propagandy. Kiedy siedzieliśmy nad długą listą niewiele nam mówiących nazwisk i próbowaliśmy wyłowić z niej jakieś sensowne rozwiązanie, zza parawanu doleciała nas... dość oryginalna dyskusja:


- Ty durniu! Popatrz, co zrobiłeś! Przecież miał być „trzeci od góry”

- No właśnie tak skreśliłem.

- Ale kartkę masz do góry nogami!  

 

Wszelkie próby tłumaczeń i uzyskania później nowej karty do głosowania nie przyniosły spodziewanych efektów. Pani w końcu papier podarła. I tyle.

 

Dlaczego o tym piszę? Bo to dobra anegdotka przedwyborcza.  Wielu z nas jest tak skołowanych przez wszelkiej maści kampanie, że traci w końcu zdrowy rozsądek i nie jest ważne, kto i jaką wskaże im drogę. Nie zastanawiają się nad nią wcale, tylko prą ślepo przed siebie, a wskazówki można wbić sobie w głowę gdziekolwiek i kiedykolwiek myśląc później, że jest to własne, niewzruszone przekonanie wyborcze…


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

wtorek, 24 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 153  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214153
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2532 dni

Lubię to