Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 572 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

leżymy tu bowiem zastrzeleni, czyli z wizytą u Kleista

sobota, 25 maja 2013 23:58

Jakiś czas temu obiecałam sobie napisać słów kilka o frankfurckim Muzeum Kleista. Pomysł - jak wiele innych - rozpłynął się, ale… no właśnie… Kleist najwyraźniej tego nie zapomniał :-D Podejrzewam nawet, że podsłuchiwał moje myśli, bo czegokolwiek w ostatnich dniach nie dotknęłam (a pakuję się na wyjazd do sanatorium, więc i lekturę przyzwoitą w walizce zamierzam umieścić), to mi Henryczek ze środka wylatywał.  


Muzealne folderki siedziały sobie gdzieniegdzie w charakterze zakładek. Dziwnym trafem właśnie te książki postanowiłam zabrać na uzdrowiskową kurację. Może i dobrze, że nie posiadam jeszcze elektronicznego czytnika – z nim Kleist nie miałby szans, bo przecież spomiędzy przesuwanych na ekranie kartek w żaden sposób wypaść się nie da ;-)

 

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista

 

Heinrich von Kleist - dramaturg, pisarz, poeta i publicysta niemiecki – urodził się 18 X 1777 r. we Frankfurcie nad Odrą (zmarł śmiercią samobójczą 21 XI 1811 r. w Wannsee pod Berlinem). Mimo, że jego sztuki wystawiane są częściej niż dramaty Goethego czy Schillera, ciągle jeszcze jest postacią mało znaną. Mieszkamy na polsko-niemieckim pograniczu, we Frankfurcie bywamy przynajmniej tak często, jak w Kostrzynie czy Berlinie...

 

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista
Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista

 

...naturalną koleją rzeczy była więc wizyta w Muzeum Kleista. Utworzono je w stojącym niemal nad samą Odrą budynku dawnej szkoły garnizonowej, założonej w 1777 przez księcia Leopolda Brunszwickiego (swego czasu uczył się w niej i Kleist)

 

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista

 

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista


 Uznani literaturoznawcy twierdzą, że bohater mego dzisiejszego wpisu był ”największym wyjątkiem w historii niemieckiej literatury, ponieważ interesowało go, jak ludzie faktycznie się zachowują, a nie jak zachowywać się powinni”. Gdyby żył dłużej niż 34 lata i napisał więcej utworów, zakasowałby z pewnością swoich znanych kolegów. On jednak wybrał inaczej.

Wspólnie z przyjaciółką starannie przygotowali podwójne samobójstwo. Zostawili listy. Ten pisany ręką Henrietty, gdyby nie dotykał rzeczy ostatecznych, mógłby nawet brzmieć zabawnie… „bo my oboje, mianowicie znany poeta Kleist i ja, znajdujemy się tu (…) w beznadziejnej sytuacji, leżymy tu bowiem zastrzeleni…”  

 

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista

 

Bardzo długo nie było dla Kleista miejsca w niemieckim kanonie literackim. Pewnie przyczyniło się do tego kiepskie zdanie Goethego o jego twórczości… dziś – paradoksalnie – właśnie nasz frankfurtczyk cieszy się zdecydowanie większą popularnością. W jednym z muzealnych pomieszczeń przedstawiono obrazowo jak to na początku XIX w. z zarobkami literatów niemieckich było…

 

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista

Pierwszy (niezbyt pokaźny) słupek na ścianie przedstawia dochody (z pisania) Heinricha von Kleista. Dwa ostatnie należą do Schillera i Goethego. Słupek Jana Wilkołaza (Wolfganga znaczy) pociągnięty jest nawet po suficie i schodzi kilkanaście centymetrów w dół po ścianie przeciwległej. To bez wątpienia była era Goethego…

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista

 

Muzeum odwiedzać można we wszystkie dni tygodnia oprócz poniedziałku (w godz. 10-18). Normalny bilet wstępu kosztuje 3 €. Polacy (podobnie jak studenci i bezrobotni) - płacą 2 €. Placówka posiada najobszerniejszą w świecie dokumentację poświęconą Heinrichowi Kleistowi. W jej skład wchodzą kolekcje dzieł sztuki z pisarzem w roli głównej, teatralia z nim związane, pistolet skałkowy znaleziony przy poecie, znaczki, pocztówki, karty, porcelana, monety oraz obiekty multimedialne (nagrania dźwiękowe i filmy dokumentalne o kleistowskiej tematyce). Wszystko na tle historii Frankfurtu i okolic.

 

Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista
Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista
Od Frankfurt nad Odrą - Muzeum Kleista

 

…a ja kupiłam w tym muzeum pięknie wydane (w dwóch językach) poezje Papuszy. Jutro jadę do Inowrocławia, gdzie cygańska poetka została na zawsze… z pewnością ją odwiedzę. 


Podziel się

komentarze (29) | dodaj komentarz

Schiffshebewerk Niederfinow - światowy cud hydrotechniki

niedziela, 28 kwietnia 2013 15:50

Wanna – mebel służący do kąpieli. Jeden z fajniejszych wynalazków. Niby nie powinna zaskakiwać, ale… ale są też wanny niezwykłe… takie jak ta windo-wanna z Niederfinow :) Ogromniasta!


Od Niederfinow - podnośnia statków

Niederfinow jest niewielką miejscowością w pobliżu Eberswalde. To zaledwie kilkanaście kilometrów od Krajnika Dolnego i naprawdę warto tu zabłądzić, bo atutem Niederfinow jest położenie przy ciągle ruchliwej i ważnej drodze wodnej Berlin – Szczecin.

Od Niederfinow - podnośnia statków

Na początku XVII w. (1605-1620) Niemcy wybudowali kanał łączący Odrę z Hawelą, dopływem Elby (po naszemu Łaby). Nazwano go Finowkanal (kanał Finow) i… szybko o nim zapomniano. Do łask wrócił w czasach kolonizacji fryderycjańskiej. Przepływało nim 13 tys. barek rocznie, spławiano prawie 50 tys. beli drzew (również w ciągu roku)… aż się zatkał... Nie ma w tym nic dziwnego – kanał poprowadzono w terenie, którego różnica wysokości wynosiła 38 m. Wymagało to zbudowania całego systemu śluz – najpierw było ich 10, potem dobudowano kolejne 7. Kiedy czas oczekiwania na śluzowanie wydłużył się do 2 tygodni, zapadła decyzja o budowie nowocześniejszego systemu. I tak w 1913 r. Finowkanal zastąpiony został kanałem Odra – Hawela.

Od Niederfinow - podnośnia statków

Nową drogą wodną mogły pływać już sześćsettonowe statki (przedtem ledwie 170 t), zredukowano ilość śluz… ktoś nawet wpadł na pomysł budowy podnośni, jednak ciągle jeszcze brakowało możliwości technicznych. Projekt zakładał pionowe podnoszenie statków (razem z wodą) w specjalnie skonstruowanej wannie-windzie. Udało się go zrealizować prawie 80 lat temu.

Od Niederfinow - podnośnia statków

Światowy cud hydrotechniki czyli Schiffshebewerk (podnośnię statków) - zbudowano w latach 1924-34. Jest największa w Europie, najstarsza w Niemczech i ciągle czynna. Różnica poziomów między dolnym a górnym kanałem wynosi 36 m. Stateczki, barki i kajaki wznoszą się (lub opadają) w wypełnionej wodą windzie.

Od Niederfinow - podnośnia statków
Od Niederfinow - podnośnia statków

Po opłaceniu biletu wstępu w cenie 1 euro można sobie spacerować po konstrukcji i obserwować z platformy widokowej działanie oryginalnej windy. Największą frajdą jest jednak wzięcie udziału w śluzowaniu. Różnicę poziomów pomiędzy dolnym a górnym kanałem wynosi pokonuje się w wielkiej, wypełnionej wodą wannie, podnoszonej z prędkością 12 cm/s za pomocą specjalnych mechanizmów zębatkowych i przeciwwag połączonych z wanną systemem stalowych lin.

Od Niederfinow - podnośnia statków
Od Niederfinow - podnośnia statków
Od Niederfinow - podnośnia statków

Cała podnośnia ma 27 m szerokości, 94 m długości i 52 m wysokości (standardowy, 11-piętrowy wieżowiec - tylko 33 m). Parametry „wanny”: długość 82,5 m, szerokość 11,94 m, a maksymalna szerokość wpływającego do niej statku – 9,5 m. Głębokość wody w wannie – 2,5 m. Operacja podnoszenia lub opuszczania się wypełnionej wodą i jednostkami pływającymi „windy” trwa (podobno) 5 minut. Piszę „podobno”, bo tak podają oficjalne dane… mnie wydawało się, że dłużej, ale może dlatego, że od wpłynięcia do wypłynięcia mija ok. 20 min. Kiedyś śluzowanie zajmowało prawie 2 godziny.

Od Niederfinow - podnośnia statków
Od Niederfinow - podnośnia statków

Ponieważ pomału stara podnośnia staje się niewydolna – w 2014 r. planowane jest oddanie do użytku nowej, jeszcze większej. Jeżeli się uda, to po kanale Odra – Hawela będą mogły pływać barki motorowe o długości do 110 m, szerokości 11,45 m i wyporności do 3 tys. ton. Podnośnia będzie wyższa o 2,5 m (54,55 m). Wanno-winda siłą rzeczy będzie dłuższa (115 m), szersza (12,5 m), głębsza (4 m) i cięższa (napełniona wodą ma ważyć 9 tys. ton.)… no i pewnie wybierzemy się tam znowu 
:-]

A tutaj można obejrzeć sobie podnośnię z góry ;-(

http://www.fotos-aus-der-luft.de/keyword/Niederfinow?g2_itemId=346&g2_imageViewsIndex=2


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

światełko dla Machbuby

czwartek, 01 listopada 2012 15:27

Melancholijny przełom jesiennych miesięcy – od tego tematu nie da się uciec. Czas wcale nie leczy ran i wcale nie pozwala zapomnieć, ale może to i dobrze. Ci, którzy odeszli żyją  przecież tak długo, jak długo trwa pamięć o nich. Dobra pamięć pozwala tkwić w ułudnej krainie szczęśliwości.

 

 Zawsze lubiłam atmosferę cmentarzy. Wycisza mnie i - przekornie – dodaje nadziei. Wielki szum okołozaduszkowy trochę w tym wszystkim przeszkadza. Postaram się ominąć go gawędą o Machbubie. Czas po temu wydaje się odpowiedni, bo… na jej grobie nikt pewnie nie zapali światełka ani dziś, ani jutro.

 

 Dziewczyna o egzotycznym imieniu była bohaterką jednego z największych skandali obyczajowych XIX w. Jedni mówią – abisyńska księżniczka, inni – abisyńska niewolnica. Wbrew pozorom jedno nie wyklucza drugiego, ale gdzie leży prawda – tego się chyba nie dowiemy…

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Pewne jest tylko jedno – łużycki Casanova, książę Hermann von Pückler Muskau kupił na zamorskim targu dziewczynę o uderzającej urodzie. Dziewczynkę raczej, ponieważ miedzianolica piękność liczyła sobie nie więcej niż 12 wiosen. Jak chce legenda, była córką abisyńskiego rasa (księcia). Handlarze niewolników mieli wymordować całą jej rodzinę a samą Machbubę wystawić na sprzedaż z zamiarem zbicia na niej całkiem niezłej fortunki.

 

 Tragiczna historia oraz zgrabne ciało niewolnicy tak zawładnęły książęcą wyobraźnią, że bez namysłu wysupłał z sakiewki 100 talarów. Dziewczę odziane jedynie w spódniczkę ze skórzanych, udekorowanych muszelkami paseczków musiało wyglądać zjawiskowo.

Księżna Lucie von Pückler znana była z wyrozumiałości, myślał więc, że nawet okiem nie mrugnie, gdy przywiezie jej do domu Czarną Perłę.  Wracali długo, przez Damaszek, Wiedeń… niezwykle pojętna Machbuba szybko uczyła się stosownych manier, a Hermann… świata poza nią nie widział. Plotkarze twierdzą, że zabierał ją na przejażdżki powozem zaprzężonym w jelenie. Zdaniem książęcych biografów - była jedyną istotą, która kochał bezwarunkowo.

 

Kiedy dotarli do Muskau, Lucie już tam nie było. Nic dziwnego – wyprzedzająca ich fala plotek przytłoczyłaby najtwardszą istotę. Na domiar złego klimat Niemiec zdecydowanie nie służył Machbubie. Rozchorowała się. Kiedy odchodziła na drugą stronę tęczy, książę był akurat w Berlinie. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Mieszkańcy miasteczka pochowali dziewczynę na przykościelnym cmentarzyku. Skromna nagrobek przypomina usypany z piasku kopczyk, na którym leży… pęknięte serce. Tak naprawdę serce Machbuby spoczywać ma gdzieś w Parku Mużakowskim. Podobno zrozpaczony książę pogrzebał je w jakimś ustronnym i szczególnie pięknym miejscu… gdzie? Trudne pytanie… Park Mużakowski to potężny obszar składający się z mnóstwa uroczych zakątków.

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Machbuba. Piękna, tragiczna postać. Kiedy pójdziecie odwiedzić swoich bliskich, zapalcie światełko  i dla niej.

 

 


Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

Raz do roku w…

poniedziałek, 21 maja 2012 0:35

… w Skiroławkach?

Powiem przekornie - a właśnie, że nie :-D

Proponuję inną wersję - raz do roku w Neuhardenbergu.

 

To raptem 30 km od Kostrzyna (nad Odrą) i dwa razy tyle od Berlina. Wieś, w której ściera się wspomnienie wielkiego pruskiego reformatora, księcia Carla Augusta von Hardenberga z widmem honeckerowskiej socjalistycznej wsi wzorcowej (przechrzczonej swego czasu na Marxwalde, czyli Las Marksa).

 

Lubimy tam jeździć. Niezwykłej urody kompleks pałacowo-parkowy jest dumą Brandenburgii. Klasycystyczny pałac i pobliski kościół są sztandarowym dziełem Carla Friedricha Schinkla, a dworski park projektowali równie uznani architekci krajobrazu: Peter Joseph Lenné i Hermann książę von Pückler Muskau.

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kilka słów wprowadzenia o samym miejscu, później – o tym, co nas tam wczoraj sprowadziło.

 

Barokowy pałac zbudowano za sprawą Joachima von Prittwitza. Majątek, nazywany wówczas Quilitz został mu podarowany przez Fryderyka II. Był dowodem wdzięczności za uratowanie monarszego życia (pomoc w ucieczce z pola bitwy pod Kunowicami). Po wielkim pożarze w 1801 r. rezydencję gruntownie przebudowano, wykorzystując do tego talent wybitnych (wymienionych wyżej) przedstawicieli swojego fachu. 

 

Kiedy Prittwitzowie zdecydowali przenieść się na Dolny Śląsk, Fryderyk Wilhelm III podarował majątek zasłużonemu kanclerzowi Prus, zmieniając (w hołdzie dla von Hardenberga) nazwę Quilitz na Neu-Hardenberg. Był rok 1814. Nowi właściciele odcisnęli na tym miejscu trwały ślad. Ciekawostką (o ile można to tak nazwać) jest dziś … serce kanclerza Carla Augusta von Hardenberga wystawione na widok publiczny w oszklonej gablocie za mensą ołtarzową. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

W 1944 r. potomek Carla Augusta - Carl Hans - postanowił poprzeć plan zabicia Hitlera. Gdyby zamach stanu się udał, kolejny von Hardenberg pełniłby funkcję premiera. No cóż, kiedy operacja Walkira upadła, Carl Hans został wywłaszczony i - po nieudanej próbie samobójczej - osadzony w Sachsenhausen. Przeżył. Powrócił do rodzinnych włości, by chwilę później salwować się ucieczką poza strefę wpływów komunistycznych.

 

Neu-Hardenberg stał się Marxwalde. Park zdziczał, pałac planowano wysadzić w powietrze (bronił go własną piersią jeden z miejscowych nauczycieli). Ostatecznie ulokowano w nim szkołę. Na pobliskim lotnisku stacjonowała eskadra rządowego pułku lotniczego NRD (do osobistej dyspozycji Ericha Honeckera), a w 1981 r. koncentrowano tu dederowskie wojska na wypadek ewentualnej konieczności przekroczenia naszych granic w obronie jedynie słusznego ustroju. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Po zjednoczeniu Niemiec powrócono do przedwojennej nazwy usuwając z niej jednocześnie myślnik. Hardenbergowie odzyskali swoją własność. W 1997 r. odsprzedali ją Zrzeszeniu Kas Oszczędnościowych i Żyrowych. Obiekt poddano rewitalizacji. Od tego czasu działa tu Fundacja Pałacu Neuhardenberg. W oficynach urządzono hotel, muzeum, restaurację. Są sale wystawiennicze i konferencyjne. Park ponownie dopieszczono.

 

Raz w roku Fundacja organizuje mega-widowisko. Całkowicie darmowe i z pewnością zapadające w pamięć. Przedziwne teatry wywodzące się z różnych krajów europejskich urządzają show na nocnym niebie (i nie tylko). Tematyka zawsze inna – z pogranicza jawy i snu, na poły baśniowa, na poły rzeczywista. Sceną jest teren parku i przestrzeń ponad nim. Zabawa, przeplatana występami folkowych zespołów trwa wiele godzin. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Dwa lata temu podziwiliśmy podniebne akwarium. Ubiegły rok odpuściliśmy (nie zawsze można być tam, gdzie by się chciało). Wczoraj trafiliśmy prosto do szalonego i dość makabrycznego snu, który toczył się jednocześnie w różnych zakątkach pałacowego parku. Towarzyszyła mu intrygująca, równie niesamowita muzyka. Zmory, majaki, dziwolągi… jak dobrze, że w moich snach takie cudaki nie goszczą. Zabawiano nas w ten sposób długo jeszcze po zapadnięciu zmroku.

 

Photobucket  Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Kiedy ściemniło się dostatecznie, ponad naszymi głowami rozpoczął się spektakl.

Aktorzy na szczudłach ucharakteryzowani na istoty spoza naszego wymiaru, dziwaczne maszyny, mnóstwo kolorowych świateł, klatka z kolejnymi aktorami, zawieszona na długachnym ramieniu potężnego dźwigu … sceną był teren wokół nas. Na opisanie całości zwyczajnie brakuje słów. Widok jest jedyny w swoim rodzaju.  

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Do tradycji imprez w Neuhardenbergu należy też doskonale zsynchronizowany z dźwiękami muzyki pokaz fajerwerków. Przygotowany zawsze z rozmachem godnym wcześniejszych aktorskich popisów. Całość… niepowtarzalna. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Szczerze zachęcam do odwiedzenia tego miejsca, ale… już w roku przyszłym. Tegoroczna impreza przeszła do historii.

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

nawet kamienie piękne bywają

czwartek, 12 stycznia 2012 22:16

Bohater wczorajszego dnia -  święty Mikołaj Steno - właściwie powinien być moim idolem. Prezentów wprawdzie nie przynosi, ale może tylko dlatego, że nikt się go o to nie prosi, bo utarło się pisać listy albo na Biegun Pólnocny, albo do Rovaniemi, albo do Kanady.

 

Tymczasem mnie do dziś łezka w oku się kręci na wspomnienie ćwiczeń i praktyk z geologii. Mam nawet za sobą niedokończoną przygodę z tą dziedziną nauki. Właściwie nie przygodę, a niewielki epizod. Mimo, że daaaawno to było, tabelę stratygraficzną mogę nadal recytować na wyrywki niczym tabliczkę mnożenia  i to o każdej porze dnia i nocy. Z grubsza – stratygrafia zajmuje się ustalaniem wieku skał w skorupie ziemskiej, zajmuje się opisem poszczególnych warstw skalnych i zależnościami, jakie między nimi występują.  To właśnie stratygrafia dzieli historię naszej planety na cudnie nazwane okresy (podstawowe to: kambr, ordowik, sylur, dewon, karbon, perm) a Nikolas Steno sformułował cztery podstawowe zasady tej dziedziny geologii, które obowiązują po dzień dzisiejszy. Nie będę się dalej zagłębiać w temat.

 

Cóż – ja kochałam geologię, ona mnie nie. Miłość to była bez wzajemności.

 

Patrząc z perspektywy czasu uważam, że moja młodzieńcza chętka zdobycia tego fascynującego zawodu była nieco irracjonalna. Szczerze mówiąc – z całej nauki o ziemi najbardziej interesowała mnie – jak by to nazwać? - jej odległość dziejowa. Nie od dziś wiadomo, że młodość chmurna i durna musi się wyszumieć, więc…  rozpędziłam się, zawzięłam i – przebrnąwszy przez egzamin wstępny z matematyki - rozpoczęłam nawet studia w tym kierunku. Długo to jednak nie trwało.

 

Na wskroś humanistyczna ze mnie istota i wszystkie przedmioty ścisłe, to z grubsza mówiąc, moi wrogowie. Biorąc się za bary z geologią miałam nadzieję, że uda mi się z nimi zaprzyjaźnić. One jednak tak łatwo się nie poddały. Paleontologię, stratygrafię, geologię historyczną zdawałam śpiewająco; matematyka, fizyka i chemia spędzały mi sen z oczu. Ta ostatnia w szczególności. W końcu poddałam się. I choć wstyd mi do dziś, że w efekcie własnego strachu i ignoranctwa nie zostałam jednak szaloną geolożką (tylko nudną księgową), to jednak miłość do kamulców wszelakich we mnie pozostała.

 

W uczuciach jestem stała. Kiedy odkryto przede mną uroki małej niemieckiej wioski w pobliżu granicy, wsiąkłam z kretesem. Henzendorf było dla mnie niesamowite, zachwycające, fascynujące, oszałamiające… (hehe – mogę wymienić jeszcze co najmniej kilkanaście przymiotników). Nie ma tam jakichś spektakularnych zabytków, przecudnych widoków czy ciekawostek industrialnych, ale jest Findlingspark – bajkowe wręcz sztuczne głazowisko. Utworzono je na czterech hektarach pola, utykając na nim gęsto mniejsze lub większe kamieniska. Wszystkie wydobyto z okolicznych kopalń odkrywkowych. 

 

Photobucket Photobucket Photobucket 

 

Wrażenia dawkowane są stopniowo. Wzdłuż prowadzącej do głazowiska polnej drogi poustawiano symetrycznie po obu jej stronach przeróżne kamyki, kamienie, kamolce. Kiedy dochodzi  albo dojeżdża się wreszcie do tego miejsca, niemal każdy wydaje okrzyk: O, matko! Ile ich tu jest! 

 

Niemcy podają, że dokładnie tysiąc i że to jeszcze nie koniec

 

W naturze wygląda to tak- zazwyczaj każdy wielki głaz odkryty gdzieś tam, na łonie natury jest inwentaryzowany w tym konkretnym miejscu i oznaczany tabliczką „pomnik przyrody”. Te z Henzendorf zostały po prostu odkopane przy okazji działalności wydobywczej. Można je było sprzedać do przydomowych ogródków albo przerobić na fontanny czy wodospady, ale znalazł się ktoś, kto miał świetny pomysł na ich wyeksponowanie.

 

Pomysłodawcą Findlingsparku był człowiek, który kiedyś chciał zagospodarować zamek w Lubniewicach - berlińczyk Ulrich Thiel. Niestety, remont lubniewickiego pałacu po prostu go przerósł. Za to w Henzendorf, to właśnie on ustawił pod koniec lat 90.ubiegłego wieku pierwsze kamienie. Były pokłosiem pleneru rzeźbiarskiego. 

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

 Dziś oglądamy tu gigantyczną instalację. W większości wykonali ją polscy rzeźbiarze: Kazimierz Krewniak i Adam Sobiraj. Za pomocą rzeźb odtworzono co najmniej kilka tysięcy lat z historii ludzkości. Na kamieniach widzimy postacie znane z dawnych kultur – celtyckie, punickie, teutońskie, greckie. Widzimy Majów i jakieś „nuty” afrykańskie, australijskie…

 

Niektóre pomalowano w bajeczne kolory, inne – ułożono w kształt zegara, słońca, w serpentyny. Można tu deptać godzinami (są stoliki i ławki, więc odpoczynek wkalkulowano w wielogodzinny spacer) i pewnie będę tam wracać…

Zobaczcie, jakie fajne miejsce :)))))))))))))))

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket  


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 690  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207690
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2437 dni

Lubię to