Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

szlakiem duńskich cystersów - Oliwa

czwartek, 27 stycznia 2011 21:52

Klasztor w Oliwie był pierwszą filią konwentu z Kołbacza. Okoliczni mieszkańcy lubili bajać o ciężko zranionym podczas polowania księciu Subisławie. Bezprzytomnym zająć się miał troskliwie leśny pustelnik. Czas jakiś trwało zanim książę do władz umysłowych i fizycznych powrócił, a i potem ciągle mu się różne dziwy roiły. Niemal w każdym jego śnie pojawiała się świetlista postać trzymająca oliwną gałązkę.

Pustelnik z mądrości wielkiej słynął, to i sny potrafił objaśniać. Z łatwością wskazał księciu właściwą, anielską drogę. Subisław nauki wziął sobie do serca i po powrocie do własnego grodu, w miejscu swego ocalenia klasztor wybudować kazał. Sen wywarł na nim tak wielkie wrażenie, że klasztor ów nazwał Oliwą – na pamiątkę zielonej gałązki w świetlistej dłoni trzymanej.

 

 Tyle legenda. Rzeczywistość trochę bardziej prozaiczna była. Pierwsi cystersi przybyli tu z Kołbacza zaledwie w kilka lat po założeniu tamtejszego konwentu. Przewodził im duński opat Dithard i pewnie większość mnichów wywodziła się z Danii, ponieważ kołbackie opactwo samo jeszcze zbyt małe było, by wyprawić z Dithardem pod Gdańsk 12 braciszków (pozostawiając drugie tyle w rejonie Szczecina).

Burzliwe były dzieje nowego klasztoru. Wielokrotnie łupiony, na przemian palony i odbudowywany za wysokie odszkodowania – ciągle uparcie trwał.

 

Kiedy w Nowej Marchii i Brandenburgii nastała era luterańska, znajdujące się tam klasztory katolickie uległy sekularyzacji. Mnisi albo przyjmowali kanony wiary ewangelickiej, albo emigrowali. Oliwski konwent znajdował się wtedy za granicą, nic więc dziwnego, że przybywali tu braciszkowie z Kołbacza, Bierzwnika, Mironic…

 

Odwiedzając dziś oliwską bazylikę warto pamiętać, że to jedna z trzech najdłuższych w Polsce świątyń – ma 107 m i bagatela – 2200 m kw. powierzchni. Jest miejscem pochówku gdańskich biskupów, a jej ołtarz główny to jedna z piękniejszych architektoniczno-plastycznych kompozycji. Obraz przedstawia Matkę Boską, u której stóp modlą się zakonnicy. Nad gromadką otwiera się pełne anielskich główek stiukowe niebo. Centralny punkt tego nieba to witraż przedstawiający Trójcę Św.

Photobucket Photobucket Photobucket

Cystersi wytworzyli własny rodzaj gregoriańskiego chorału. Początkowo śpiewali a cappella; dopiero pod koniec XV w. kapituła zezwoliła, by w cysterskich świątyniach zabrzmiała muzyka organowa. Organy, które oglądać (i słuchać) możemy w Oliwie, powstawały przez wiele lat. Ich twórcą jest Jan Wilhelm Wulff z Ornety, którego sprowadzono tu w XVIII w. Miał przebudować nieduży instrument używany dotychczas w kościele. Potem wysłano go w świat, by przyjrzał się i dokładnie poznał działanie organów grających w innych kościołach. Kiedy wrócił – zdecydował się wstąpić do klasztoru. Przybrał imię Michał i - wykorzystując nabyte doświadczenie - zabrał się za budowę.

Photobucket (małe organy)

O organach oliwskich krąży wiele opowieści. Chociaż ich budowę dokończono parę lat po śmierci ich pierwszego budowniczego, legendy chcą inaczej. Zgodnie z nimi, kiedy ojciec Michał miał po raz pierwszy celebrować mszę przed głównym ołtarzem, współbracia postanowili zrobić mu niespodziankę i nagle zagrały główne organy. Twórca, który nigdy nie słyszał ich dźwięku z tego właśnie miejsca tak się wzruszył, że… padł bez przytomności na posadzkę. Serce mu pękło z wrażenia…

 

Organy brzmią rzeczywiście pięknie i rozsławiły katedrę oliwską na cały świat. Pomiędzy figurami świętych i tysiącami (7876) piszczałek wstawiono witraż, a na nim Madonna z Dzieciątkiem. Jest też 25 ruszających się aniołów wyposażonych w trąbki, dzwonki i piszczałki.

 

Tak wiele razy odwiedzaliśmy oliwską katedrę, że… aż nie mamy stamtąd zdjęć. Wygrzebałam z albumów jakieś stare sprzed lat i zeskanowałam. Jakość byle jaka, ale przy następnej wizycie w Trójmieście obiecuję poprawę.

Photobucket Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Opactwo w Kołbaczu

niedziela, 12 grudnia 2010 10:15

Pierwsza fundacja cysterska na Pomorzu była właściwie … ceną za ocalenie Szczecina przed duńskim najazdem. Ale może po kolei…

 

     Był taki czas, kiedy Wikingowie nie bali się nikogo i niczego… oprócz pomorskich Słowian. Nie raz, nie dwa nasi etniczni przodkowie dokładnie przetrzepali skandynawskie skóry. Raz jedni byli górą, raz drudzy, ale łupieżcze wyprawy pogańskich Słowian na Skandynawię, siały wśród tamtejszej ludności prawdziwy postrach. Saxo Grammaticus (duński Gall Anonim), kiedy spisywał w 16 tomach Gesta Danorum (Czyny Duńczyków), wyraźnie wskazywał, że to właśnie Słowianie winni są temu, iż „ Zelandię od wschodu do południa  zaległa pustka”, a „ na Fionii nic nie zostało prócz paru mieszkańców”. Okręty pogańskich chąśników, udające się w kierunku Roskilde czy Konungaheli wypływały ni mniej, ni więcej, tylko z portu w Szczecinie

     W Roskilde oglądać dziś można wydobyte wraki wikińskich łodzi, zatopionych przez Słowian w tamtejszym porcie. Konungahela  natomiast (obecnie Kungälv na granicy szwedzko-norweskiej) bezpowrotnie straciła na znaczeniu. „Król Racibor i jego zwycięskie wojska ustąpiły i powróciły do Slavii, a wielka liczba ludu, który wzięty był w Konungaheli, potem długo żyła u Słowian w niewoli. Wielki port Konungahela nigdy nie wrócił do tego samego stanu co przedtem”.

Czy można się dziwić, że średniowieczne kółko historii zakręciło się wreszcie w odwrotną stronę?

 

     Zchrystianizowana już Dania postanowiła wziąć odwet za swe straty. Pod pretekstem nawracania pogan, wojska króla Waldemara i biskupa Absalona stanęły pod koniec XII w. u bram „matki miast pomorskich”. Gród długo się nie poddawał. Saxo Grammaticus wspominał, że ogrom duńskich strzał, jakie utkwiły w szczecińskich wałach obronnych, przypominał potężny łan trzciny.

     Aby skłonić najeźdźców do odwrotu i nie stracić przy tym twarzy, Warcisław Świętoborzyc zobowiązał się hojnie uposażyć cysterski konwent. Odstąpił braciszkom sporą część własnej ziemi. Zakonnicy z Esrum przybyli więc w bagniste okolice jeziora Miedwie i rzeki Płoni w celach pokojowych i jak najbardziej legalnie.

 

     Powstanie nowej filii klasztoru obwarowane było u cystersów ścisłymi przepisami – konwent macierzysty musiał być na tyle bogaty, by mógł na nowe miejsce wysłać przynajmniej 12 mnichów plus opata. Taka sama ilość zakonników (i drugi opat) musiała pozostać na miejscu. Esrum należało wówczas do największych opactw w Skandynawii. Wysłano więc w te pędy do Kołbacza najpierw grupę konwersów, czyli brodatych budowlańców w szarych habitach.  Mieli za zadanie postawić kaplicę, miejsca do spania (dormitorium), miejsca do składowania ksiąg (skryptorium) i pomieszczenia dla furtiana. Dopiero wtedy mógł przybyć konwent założycielski.

 

     Pierwsze kołbackie budowle zapewne były drewniane, ponieważ opat Reinhold wraz z 12 białymi braćmi i 12 konwersami zjawił się tu, zanim jeszcze minął rok od przyjazdu ekipy budowniczych. Cały olbrzymi kompleks wznoszono przez ponad 100 lat, ale klasztor powstał imponujący.

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

     Stojący w centrum wsi kościół  był kiedyś znacznie większy.  Widać to zresztą i dziś, mimo, że boczne nawy zostały rozebrane już dawno. Monumentalna wciąż bryła to ledwie transept (poprzeczne ramię kościoła) i prezbiterium. Nawę główną zaadaptowano na magazyny jeszcze w XVI w.

Photobucket Photobucket Photobucket

     Kościół jest unikatowy, ponieważ to pierwsza świątynia na Pomorzu wybudowana całkowicie z cegły. Po raz pierwszy zastosowano tu też ceglane sklepienie krzyżowo-żebrowe. Dzisiejsze wnętrze jest raczej puste, bardzo jasne, z barokową amboną, płytami nagrobnymi z XVII-XVIII w. i współczesnym, drewnianym ołtarzem. Cały kompleks nosi w sobie cechy budownictwa duńskiego i niemieckiego (druga faza budowy wzorowana była na niemieckim Chorin).

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

 

PhotobucketPhotobucket

     Symbolem kołbackiego ceglanego gotyku jest zachwycająca rozeta umieszczona na szczycie kościelnej fasady. Jej misterne piękno zachwyci każdego, kto zdecyduje się odbić te parę kilometrów od głównej trasy na Szczecin. Wielu turystów przyjeżdża tu właśnie dla niej. Znawcy uważają, że jest podobna do francuskiego arcydzieła w Chartres. Tam nas jeszcze nie zaniosło, ale bez specjalnego problemu wyguglałam ją z Wikipedii. Możecie je sobie teraz porównać. Francuska jest (jeśli można ją tak nazwać) – zwiewna i delikatna… w końcu to witraż. Naszą, podszczecińską zawdzięczamy ponoć niezwykle uzdolnionemu rzezimieszkowi. Jak chce legenda, oczekiwanie na wykonanie wyroku umilał sobie artystycznym układaniem cegieł. To ślepe okno wyszło mu tak pięknie, że ocalił własną skórę. Kołbacka rozeta ma lekkość witraża, mimo, że jest tylko (aż) ozdobnym blendowaniem ceglanej ściany. Proszę, oto oba cudeńka…     Photobucket


     Oprócz fragmentu dawnej bazyliki zachował się w Kołbaczu dom konwersów (pamiętajmy, że nie wolno im było stykać się z braciszkami – mieszkali w osobnym skrzydle). Jedna ze ścian budynku, nie wiadomo dlaczego jest zawsze wilgotna. Mówi się, że to kamienie płaczą nad niespełnioną miłością rybarczyka i młynarzówny. Osierocony Jarowit, którego przygarnęli kołbaccy mnisi, zakochał się z wzajemnością w Marcie, córce bogatego młynarza. Ojcu nie w smak był chudopachołek za zięcia - zamknął więc córkę w piwnicznej izbie, a młodzieńcowi sprawił potężne manto. Odratowali go konwersi. Cóż z tego… nie mogąc być z ukochaną zapragnął, by pochłonęła go ściana, ta sama, o którą wsparł skołatane czoło. Tak też się stało – głazy zmiękły, wtopiły w siebie nieszczęśnika, a jego łzy zraszają ich powierzchnię po dziś dzień.

 

     Zachował się też przebudowywany wielokrotnie pałac opata (jest w nim biblioteka gminna) i jeden z budynków gospodarskich (stodoła, albo owczarnia).

     To najstarszy klasztor cysterski na Pomorzu. O jego bogactwie świadczyć może fakt, że to stąd braciszkowie wyruszyli zakładać nowe filie - do Oliwy, Bierzwnika i Mironic, ale to już tematy na kolejne gawędy.

 

     Aha – przez sklerozę zapomniałabym przytoczyć jeszcze jedną kołbacką legendę.

     Bogactwem pobliskiego jeziora Miedwie jest marena – sieja miedwiańska (warto zapamiętać, bo to popularne hasło krzyżówkowe). Jak chce wspomniana przez mnie legenda – ta smaczna rybka trafiła do jeziora za sprawą cysterskiego opata i jego niezgodnego z regułami klasztornymi łakomstwa. Opat przybył tu ponoć z południowej krainy, gdzie nawet posty nie były tak uciążliwe, ponieważ w cieplejszych wodach bogactwo było ryb wszelakich (nie wspominając, że i wino było słodsze). Tak zatęsknił do wybornego smaku tamtejszej siei, że niebacznie na układ z diabłem poszedł i za dostarczenie mu jeszcze przed świtem smakołyku, własną duszę zastawił.


     Diabeł, jak to diabeł – podstępnie go podszedł i opat niemal natychmiast zaczął żałować własnej lekkomyślności. Krzyżem padł przed ołtarzem, mając nadzieję, że wybłaga u Najwyższego odrobinę litości. I chyba mu się udało, bo znalazł go tam przypadkiem kucharczyk - chłopaczyna pomagający konwersom w kuchni. Wbrew cysterskiej regule odważył się podejść do opata i zapytać o powody jego zgryzoty. Jak to we wszystkich bajkach bywa – mądrość ludu jest nieoceniona.


     Czas na podjęcie antydiabelskich kroków był już ostateczny. Na horyzoncie noc zaczęła blednąć, a nad klasztornymi zabudowaniami pojawił się olbrzymi cień, objuczony potężnym ładunkiem. Kucharczyk niewiele myśląc wybiegł przed kościół i rozkrzyczał się donośnie, naśladując głos jastrzębia.

     Charakterystyczny dźwięk obudził wszystkie koguty w okolicy. Koguciska rozwrzeszczały się okrutnie w obronie lokatorek swoich kurników, a diabeł… diabeł – wściekły na siebie, że nie zdążył dostarczyć przesyłki – cisnął workiem w wody pobliskiego jeziora i uciekł, gdzie pieprz rośnie.

     Tak więc, dzięki przebiegłości zwykłego wiejskiego chłopaka – opat ocalił swą duszę, a alpejskiej siei przypadły do gustu wody jeziora Miedwie. Dostosowała się do tutejszych warunków i z dumą przyjęła miano deliciae Pomerania.


(Całą masę pomorskich legend spisał pan Wrzesław Mechło; są długie i barwne – te, które przytoczyłam są zaledwie ich mizernymi skrótami. Trudno mi też podać bibliografię do wszystkich wyszperanych informacji – trochę pochodzi z notatek mego Taty, trochę z broszur i tablic informacyjnych (które skrzętnie obfotografowuję), trochę z książki p.Jurkiewicza „Pomorski szlak cystersów”, trochę z lokalnych materiałów konserwatorskich, itd.)

 


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

opactwo w Esrum

niedziela, 28 listopada 2010 9:40

Do Citeaux wprawdzie jeszcze nie dotarliśmy (wszystko przed nami). Spenetrowaliśmy za to jedną z pierwszych filii klasztoru w Clairvaux, czyli duńskie Esrum.

Esrum z kolei było matką podszczecińskiego Kołbacza. Z Kołbacza cystersi wywędrowali do Oliwy, Bierzwnika, Mironic, a stamtąd jeszcze dalej.

Photobucket

Klasztor w Esrum powstał w dzikich ostępach północnej Zelandii, nad jednym z największych duńskich jezior o tej samej nazwie – Esrum.

Wybudowali go właściwie benedyktyni (1140). Cystersi – sprowadzeni tu w 1151 r. - przejęli tylko część gotowych budynków, rozbudowując kompleks. Urósł do potężnych rozmiarów. Był jedną z największych budowli w całej Skandynawii. W dobie reformacji (XVI w) został opuszczony i od tego czasu stopniowo popadał w ruinę. Po sekularyzacji klasztoru, część jego pomieszczeń stała się czymś w rodzaju… pałacyku myśliwskiego. Lasów w okolicy dostatek także i dziś, tyle, że na przeciwległym brzegu jeziora rozlokowała się letnia rezydencja królewska.

Photobucket Photobucket Photobucket

Różne były losy klasztornych zabudowań – umiejscowiono tu stadninę koni, koszary dragonów, więzienie, aptekę, pocztę, mieszkania prywatne, magazyny i nawet obóz dla uchodźców.

Chętnie zatrzymywali się tam podczas polowań duńscy królowie. W klasztornym kościele pochowano jedną z królowych - Helvigę ze Szlezwiku (grób, podobnie jak kościół nie przetrwał czasów reformacji).

 

Do dzisiejszych czasów nie dotrwało zbyt wiele. Część budynków spłonęła, część została rozebrana już w XVI w., a cegłę wykorzystano do budowy potężnego zamczyska Kronborg w Helsingorze.

Z wielkiego kompleksu ceglanych budynków zachowało się tylko jedno skrzydło (XIV-wieczne zresztą), w którym mieści się hotel. Zarysy pozostałych zabudowań można obserwować spacerując pomiędzy domkami jednorodzinnymi.

Photobucket Photobucket Photobucket

Od 1997 r. - po przeprowadzeniu kompleksowej renowacji z funduszy państwowych i prywatnych - całość udostępniono zwiedzającym jako muzeum oraz miejsce, gdzie można bezpośrednio dotknąć historii. W surowych pomieszczeniach przedstawiono historię cystersów. W małym sklepiku można nabyć „cysterskie” gadżety ( m.in. pięknie inkrustowane krzyże oraz Kloster - piwo o ponad 1000-letniej historii warzenia). Nie ma też przeszkód, by pod łukowatym sklepieniem piwnicy - w restauracji Broder Rus - skosztować średniowiecznych specjałów

Photobucket Photobucket

Odtworzono klasztorny ogród-zielnik. Kiedyś, z hodowanych tu ziół wytwarzano lecznicze nalewki. Dziś w małej aptece można zobaczyć, jak te rośliny wykorzystywano w średniowieczu.

Ściśle wg klasztornej receptury z 1559 r. produkowany tu jest także żółty ser o nazwie Esrom

Photobucket Photobucket Photobucket

W pobliżu można też oglądać zabytkowy XIX wieczny młyn, zbudowany w miejscu dawnego młyna klasztornego (spłonął).

Photobucket Photobucket

Jest też kącik zabaw dla dzieci (i nie tylko dla nich). W pomieszczeniu nazwanym Jomsborg można zapoznać się z sagą o legendarnym grodzie Wikingów, którego śladów nadal szukają archeologowie na naszym Wolinie. Tu także, wygrzebując z wielkiego kufra odpowiednie szaty, można stać się na moment wojownikiem lub księżniczką a także „pojeździć” na drewnianych koniach. Nawet plac zabaw utrzymano w stylu epoki.

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

(fotki oczywiście powiększają się, kiedy się w nie kliknie)


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

dawnych cystersów życie codzienne

sobota, 27 listopada 2010 22:50

Dawno temu cystersi pokryli siatką swoich opactw całą Europę. Niektóre przetrwały w całej swojej krasie, inne podupadły nieco, jeszcze inne zniknęły całkowicie z powierzchni ziemi.

Co jakiś czas przedstawię tu któryś odwiedzonych przez nas pocysterskich obiektów. Są takie, do których wracamy często, bo mieszkamy w ich pobliżu. Są też takie, w których byliśmy tylko raz. Najwięcej jednak jest tych, których odwiedzenie pozostaje jeszcze w sferze planów. Te pierwsze mamy dokładnie obfotografowanie i zbiór zdjęć ciągle się powiększa. Te drugie przechowujemy jedynie w pamięci, bo zwiedzaliśmy je jeszcze przed erą aparatów cyfrowych. Na odwiedzenie trzecich mamy niemałą chrapkę i z pewnością przynajmniej część zamierzeń w końcu zrealizujemy.

 

Przygotowując się do ostatniego wykładu postanowiłam powtórzyć co-nieco wiadomości o cystersach w ogóle i szczególe nawet. Podparłam swoją kiepską niestety pamięć kilkoma opracowaniami książkowymi (autorstwa G.Brzustowicza, J.Jurkiewicza i M.Pytlak) i oto, co zapamiętałam.

 

Życie monastyczne (zakonne) pociągało ludzi już od wczesnego średniowiecza. Większość kandydatów upodobała sobie wzniosłe życie duchowe, ale obowiązek ciężkiej pracy, karkołomny plan dnia, posty i wszelkie inne zakazy – już nie do końca im się podobały. Zaczęły więc pojawiać się modyfikacje reguł klasztornego życia i tak z zakonu benedyktynów wyłonił się zakon cystersów.

 

Pramatkę wszystkich opactw cysterskich założono na torfiastym pustkowiu w Citeaux (Cistercium). Był rok 1098. Cistercium wybudowano cis tertium lapidem, czyli przy trzecim kamieniu milowym od Dijon. Odnośnie pochodzenia tej nazwy wysnuto jeszcze dwie teorie:

- cistella (sitowie) - które ponoć gęsto porastało dolinę,

- cisterna (zbiornik wodny) – od podmokłego niewątpliwie terenu, przeciętego w dodatku strumieniem.

Stąd właśnie- via Clairvaux (1115 r.) - rozprzestrzenili się cystersi na całą Europę. Zaczęło się wszystko od opata Bernarda, zwanego wówczas „wyrocznią Europy”. To właśnie on (późniejszy święty) pięknie sformułował zasady życia w klasztorze:

W zakonie człowiek żyje czyściej,

upada rzadziej, powstaje prędzej,

chodzi ostrożniej, odpoczywa bezpieczniej,

rosą niebieską bywa skropiony częściej,

oczyszcza się rychlej, umiera z większą

ufnością, zapłatę bierze obfitszą…

 

Cystersi początkowo bazowali na regule benedyktynów – ubóstwo, surowość obyczajów, asceza. Osiedlali się z dala od ludzkich siedzib, z konieczności więc musieli być samowystarczalni.

Uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta i ryby, zajmowali się przetwórstwem płodów rolnych, wyrobem wina i piwa. Mieli własne młyny, piekarnie, tkalnie, kuźnie, szpitale, przytułki. Produkowali własne narzędzia, wypalali cegły i jeżeli tylko mieli na własnych terenach taką możliwość – wydobywali rudę, sól, srebro, podobno nawet złoto.

Biorąc pod uwagę to wszystko, nie ma się co dziwić, że możnowładcy sami zabiegali o tworzenie na ich terenach nowych klasztorów. Biali bracia otrzymywali w zamian bardzo hojne nadania ziemskie i liczne darowizny. Ich grangie (folwarki) liczyły po kilka tysięcy hektarów.

 

Grunty pozyskiwali w różny sposób. Nie zawsze legalny. Skrybowie bardzo udatnie potrafili przecież… fałszować dokumenty. Mnisi udzielali też pożyczek, a potem… przejmowali majątki za niespłacone długi. Sprytnie też potrafili wykończyć ekonomicznie swych sąsiadów tylko po to, by zawładnąć ich dobrami.

 

Jedna z głównych zasad cysterskich mówiąca o tym, że raz w roku (dokładnie 14 września) opat klasztoru filialnego musiał odwiedzać klasztor macierzysty, umożliwiała kontrolę nad poczynaniami mnichów w ościennych opactwach i wymianę doświadczeń oraz nowinek z dziedziny gospodarki.

 

Cystersi trudnili się także przepisywaniem ksiąg i była to jedyna dziedzina, w której mogli pozwolić sobie na mnóstwo ozdobników. Doszli do perfekcji w tzw. iluminacji pisma.

Mieli na swym koncie całkiem sporo wynalazków – m.in. jako pierwsi zastosowali w swych kuźniach koło wodne do napędu miechów i młotów.

 

Warto wspomnieć, że oprócz podstawowej zasady Ora et labora (módl się i pracuj), mieli jeszcze jedną, nie mniej ważną– z każdego mniejszego opactwa, co najmniej jeden zakonnik musiał pobierać nauki w jakimś znanym ośrodku uniwersyteckim. Większe liczebnie opactwa musiały kształcić co najmniej dwóch mnichów. Aby ułatwić zdobywanie wiedzy, Kapituła Generalna otworzyła nawet w Paryżu coś w rodzaju akademika dla swoich zakonników.

 

 Żywot zwykłego mnicha poprawił się nieco, kiedy w cysterskich klasztorach pojawili się konwersi, czyli bracia świeccy (funkcja zupełnie nieznana w innych klasztorach). To oni – pochodzący najczęściej z ludności wiejskiej - zaczęli wykonywać najcięższe prace budowlane i gospodarskie. Nie składali pełnych ślubów, ale podlegali zakonnej karności. Nosili habity w kolorze szarym (w odróżnieniu od mnichów, których habity były białe, przykryte czarnym, długim do samej do ziemi pasem tkaniny z otworem na głowę (szkaplerzem).


 Konwersów nazywano czasami braćmi brodatymi, bo nosili długie brody. Byli w klasztorze kastą nieco gorszą, ale nie było im chyba tak źle, skoro ich liczba stale rosła, aż w końcu przewyższyła liczbę zakonników. Pracowali ciężko, ale mieli w zamian przedłużony nocny wypoczynek ( nie budzono ich o 3.45 na modlitwę nocną), część postów ich nie obowiązywała, otrzymywali treściwsze jedzenie.

Nie wolno im było jednak stykać się z mnichami. Mieli oddzielne dormitoria (sypialnie), refektarze (jadalnie), osobne wejścia do kościoła i nawet osobne ołtarze (a właściwie krzyż, przed którym się modlili).


 Posiłki obowiązywały tylko dwa – południowy i wieczorny. Białe pieczywo pieczono tylko dla chorych i gości klasztoru. Braciszkowie jadali chleb razowy z otrębami i soczewicą a do tego, oprócz warzyw, owoców i ich przetworów - ryby. Mięsne potrawy przyrządzano tylko dla konwersów. Pracowali najciężej, więc i jadać musieli treściwiej, obficiej, częściej (przysługiwały im 3 posiłki). Konwersów nie obowiązywała także część postów, obowiązkowo zachowywanych przez zakonników. Nawet jaj i sera nie wolno było wtedy podawać.

 Z przestrzeganiem zasad bywało różnie. Skoro cystersi budowali karczmy, gospody, browary, musieli w nich także bywać. Z zapisków wynika, że niektórzy z nich zachowywali się nieprzystojnie, ucztując i zabawiając się ponad miarę. W końcu byli tylko ludźmi…


Rozkład cysterskiego dnia dawniej

3.45 – pobudka

4.00 – modlitwa nocna, po niej dalszy spoczynek

6.45 – modlitwa poranna, po niej obowiązkowa dla wszystkich msza konwentualna

8.00 – modlitwa, a po niej praca aż do południa

12.15 – modlitwa południowa

12.30 – pierwszy posiłek, po nim do 14.00 czas na lekturę, kontemplację, modlitwy własne

14.00 - 18.00 – modlitwa, lektura, praca

18.00 – nieszpory

18.45 – czas wolny i kolacja

20.00 – modlitwa wieczorna

20.30 - 3.45  – obowiązkowa cisza nocna

Zimą rozkład dnia przesuwano o pół godziny wcześniej z wyjątkiem modlitwy południowej i pierwszego posiłku.

Konwersi mieli trzy posiłki (treściwsze) i nie przerywano im nocnego wypoczynku


 Dzisiejsi cystersi mają tylko ciut lepiej:

4.45 – pobudka

5.10 – godzina czytań

ok.6.00 – obowiązkowa msza konwentualna

do 8.45 – śniadanie spożywane na osobności

do 12.15 – praca

12.15 – modlitwa dzienna (już tylko jedna), potem obiad (wspólny) i do 15.00 – odpoczynek, kontemplacja, modlitwy własne

15.00-18.00 – praca

18.00 – kolacja i czas wolny do 20.00

20.05 – krótkie czytanie duchowe w kapitularzu i modlitwa wieczorna

20.30 -4.45 – cisza nocna


Podziel się
Tagi: cystersi

komentarze (6) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 971  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207971
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2441 dni

Lubię to