Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 948 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

jeżeli reinkarnacja istnieje...

środa, 26 października 2011 18:23

 

Jeżeli naprawdę istnieje reinkarnacja, to nasza nieodżałowana sunia - Kama Parkowa Góra - odrodziła się po raz kolejny.

 

Photobucket Photobucket

Te same iskierki w pozornie smutnych ślepkach, ta sama minka – jednocześnie niewinna, zdziwiona i zawadiacka, ten sam „owsikowy” charakter.

 

Kręci się jak bączek, wydając przy okazji komiczne piski i mruczanki. Od czasu do czasu szczeknie i non stop wymaga skupienia uwagi. Na niej oczywiście. Któż to taki? Molka-demolka, od niedawna szczecinianka.

 

Wybraliśmy się dzisiaj do stolicy Pomorza Zachodniego na króciutko. Z powodów - nazwijmy to – medycznych, ale jakże nie zapukać przy okazji w gościnne progi szczecińskich włóczykijów?

Molly powitała nas „z pompą” (jak na rozradowanego szczeniaka przystało); nawet okulary mi zachlapała (o_o)

Nasze serca się do niej rwały, bo to richtig kamiszonowata istota.

 

Najpierw serdeczne buzi na powitanie...

Photobucket

Potem...

... a może nada się na ząb?... mniam... paaaluszki lizać... 

Photobucket

Za chwilę...

...czułe szepty na uszko ...

Photobucket

Jeszcze chwilę później...

...wiercące się boa z jamnika (byłoby super, gdyby potrafiło uleżeć spokojnie choć sekundę)

Photobucket

I wreszcie ...ufff.... krótka przerwa... pośpimy?

Photobucket

 

Jak jej nie pokochać?

 

Niestety... zdjęć Kamy z tego okresu życia nie posiadamy (minęło już dobrych 20 lat) - nie da się więc porównać szczeniaków-łobuziaków przez przystawienie fotek do siebie.

Nasza była z pewnością większa, bo klasy standard, a Molka jest miniaturką, ale charakterki... identyczne :-D



Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

model niezrównany

sobota, 22 października 2011 8:44

 

… a może modelka?

Nie umiem rozróżnić tak na pierwszy rzut oka. Faktem jest, że była ich trójka – maluch i pewnie rodzice. Jeden z dorosłych stał, drugi leżał. Żadnych dodatkowych, a utartych anegdotycznie symptomów przynależności do płci nie posiadały – fartuszka przewiązanego w pasie, ani pilota tv w… hmmm… kopytku - nie zauważyłam.

Posiadały za to wdzięk niesamowity. Emanował nim głównie osobnik znajdujący się w pozycji horyzontalnej. To ułożenie nóżek (zwłaszcza przednich), skłon głowy, spojrzenie… Niejedna rasowa modelka mogłaby się od niego uczyć :-D

 

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

 

Wpadł nam w oko, kiedy wracaliśmy wczoraj troszkę okrężną drogą od lekarza (tak piękna pogoda, że inaczej być nie mogło). Jak nic pasuje mi do niego wiersz Józefy Radzymińskiej „Konik gaucha” (pani Józefa przez jakiś czas mieszkała w Argentynie, pewnie stąd wzięły się te porównania)

 

Musiałeś być kiedyś indiańską Afrodytą,

bo skądże by się wzięły ta gracja i wdzięk,

i twe oczy przepastne jak pampy horyzont,

w których czai się smutny, urokliwy wdzięk… (…)

 

 

Rosjanie wymyślili sobie taki dzień - Święto Białych Żurawi. Poetycznie się nazywa, bo na pomysł wpadł poeta dagestański Rasuł Gazmatow. Obchodzą go właśnie dziś (choć może niezbyt hucznie i gremialnie), a jest to po prostu święto literatury ze szczególnym naciskiem na poezję.  Wspomina się poległych i zmarłych autorów. Takie rosyjskie Zaduszki Poetyckie.

No to ja – wspomnieniowo – przytoczę mistrza Ildefonsa. Jakoś tak dziwnie wydaje mi się, że do mojego modela (modelki?) pasuje ten wiersz idealnie

 

Pewien koń, kiedy mu się znudziło jeść paszę

zbiegł ze stajni na miasto i do kina zaszedł.

Kupił bilet w okienku, usiadł w pierwszym rzędzie

i chrupiąc czekoladkę, myśli, co to będzie.

Właśnie w kinie dawano film paramantyczny,

udźwiękowiony, barwny, superniebotyczny.

Najsamprzód tłusta klempa gziła się w łazience

i dyszkantem śpiewała, że umyje ręce.

Potem auta rzęziły i strzelał rewolwer,

i ktoś do klępy tłustej śpiewał „Ja cię porwę”.

W drugim akcie, jak zwykle w bostońskiej kawiarni

dwaj Murzyni płakali, że są tacy czarni,

a wreszcie, gdy szczęśliwie wszystko ukończono,

w wagonie śpiewał napis, że „Palić wzbroniono”.

Tutaj koń nie wytrzymał, krzyknął: - A, złodzieje!

Pędem uciekł do stajni i jeszcze się śmieje.

                                                                (K.I.Gałczyński – Koń w kinie)


... ja również... ;-)

Milutkiego weekendu :-)



Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Futrzany czasoumilacz :)

środa, 12 października 2011 22:55

 

Photobucket

 

Gdyby nie on, nie miałabym nawet z kim pogadać.

Małżonek funkcjonuje w domu na zasadzie meteora. Pojawia się i znika pozostawiając ze sobą łączność jedynie telefoniczną, w dodatku  międzynarodową. Dba, abym zbytnio nie schudła i raz dziennie wpada do mieszkania z zakupami.

Podobno taki stan rzeczy nie potrwa już długo. Ufff - na szczęście.


Tymczasem w trosce o moje zdrowie psychiczne Latorośl Starsza wraz z Pierworodnym Wnukiem podrzucili mi  na tydzień swego futrzaka.

Wyleguje się w moich nogach (na własnym kocyku), liże po rękach, krok w krok łazi jak psiak (czasami potykam się o niego, bo - nie da się ukryć - zbytniej prędkości poruszania jeszcze nie osiągnęłam)... wciska się dosłownie wszędzie :-D

 

 

Photobucket

 

Nie bez kozery nosi imię Moment. Określa to doskonale jego naturę... momentalnie zmyka pod łóżko, kiedy na horyzoncie pojawia się domowy meteor.

Właściwie to zmykał (zwłaszcza po historii z zalanym telewizorem). Ostatnio "dożył się" całkowicie i nawet pozwala się Bodziankowi głaskać.

Czasami opuszcza na chwilę stanowisko by spojrzeć z wysoka na świat

 

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Czyżby dziś poczuł, że po niego przyjeżdżają?

 

Photobucket


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

takie dziwne owady...

sobota, 24 września 2011 20:27

 

Bajeczna pogoda wywabiła nas wczesnym popołudniem na przyszpitalny skwer. Zabawnie to musiało wyglądać – gromada kulawców (w tym część uwózkowionych) szczelnie obsiadająca skąpane w słońcu ławeczki. Od czasu do czasu ktoś wstawał, robił rundkę dookoła skweru i wracał do towarzystwa. Siesta trwała dopóty, dopóki utrzymywały się jaskrawo grzejące nas plamy. Jedyny podział jaki ustalił się całkowicie zresztą samorzutnie, to: loża palaczy i loża niepalących (przytłaczająca większość).

 

Nie mogę się powstrzymać, by nie przytoczyć przy okazji mojej ulubionej definicji papierosa według Marka Twaina (notabene nałogowca jakich mało) i z  góry przepraszam ewentualnych urażonych, ale… co fakt, to fakt.

 Papieros to nic innego jak papierowa rurka wypełniona tytoniem, na której jednym końcu znajduje się żar, a na drugim gamoń.

:-D

Słoneczne skwerowanie (bo werandowaniem nazwać tego nie można) całkiem przypadkowo połączyliśmy z arcyciekawymi obserwacjami przyrodniczymi.

Z pewnością wszyscy pamiętacie z dzieciństwa czerwone żuczki z czarnym wzorkiem na grzbiecie przypominającym wybałuszone oczyska.

 

kowale beskrzydle

 

Nazywaliśmy je tramwajarzami, bo często formowały długie szeregi „wagonów” i pozostawały w kolumnie przez wiele godzin. Pojęcia wtedy nie miałam, że jestem właśnie świadkiem zachowań seksualnych, bo taki „tramwaj”  to nic innego tylko kopulujący rządek kowali bezskrzydłych. Wagonem motorowym (pierwszym) zawsze była samica, a „czuły uścisk wagonowy” potrafił trwać nawet kilka dni.

 

Dzisiaj – wszyscy, jak jeden mąż - obserwowaliśmy te żyjątka (chociaż pluskwiaki, ale sympatyczne) uwijające się przy gromadzeniu zapasów na zimę. Nie przypuszczałam nawet, że one to robią. Zajęcie naprawdę fascynujące!

 

Kowale wyszukiwały sobie na nasłonecznionym chodniku nasionka niemal równe im wielkością i, niczym żuk gnojarz, toczyły je później przed sobą. Nie poruszały się jednak prosto, tylko zygzakiem. Zupełnie, jakby chciały zmylić przeciwnika. Wyglądało trochę jak w ludzkim świecie  - jedne ciężko pracowały (odpoczywając co jakiś czas), inne – zaczajały się, napadały i zawłaszczały nasionko. Bywało, że okradziony gnał na łeb na szyję do przodu, przyczajał się w załomku polbruku i… odbierał swoją własność. Zanim delikwent dotarł do pnia drzewa, zdobycz kilkakrotnie zmieniała właściciela.

 

Zastanawiałam się jak to jest? Czy ten, który zjawi się w bezpiecznym gniazdku pod lipową korą bez odpowiedniego „fanta” dostanie po łbie, czy nie dostanie?

 

Najciekawiej wyglądało wdrapywanie się po chropowatym pniu i utrzymanie przy okazji dyndającego nasionka o wielkości równej niemal własnemu odwłokowi. Mało tego – żuczek musiał mieć oczy i uszy dookoła głowy, bo nawet tam czyhali amatorzy łatwego łupu. I znowu nasionko przechodziło z łapek do łapek (odnóży?). Jakim cudem przy tym wszystkim nie spadło? Pojęcia nie mam. W końcu jednak trafiło do spiżarni.

 

kowale bezskrzydle kowale beskrzydle kowale bezskrzydle

 

A na chodniku męczył się kolejny „tramwajarz”…

 

 

kowale bezskrzydle

 

Ps. Kiedy pognałam (;-)) na drugie piętro po aparat, walczące o nasionko kowale zdołały wtaszczyć je już do gniazda. A szkoda. Chciałam je uwiecznić.


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

obraza majestatu

piątek, 08 kwietnia 2011 18:22

 

Kama Parkowa Góra była prawdziwą damą. Ponieważ rodowa rezydencja jej mamy położona była na terenie okołomuzealnym (a nasze muzeum mieści się w pięknym pałacyku), rzec by można, że na świat przyszła niemal „na salonach”. Zawsze należało się do niej odnosić z należytym szacunkiem, ponieważ delikatna natura damy nie znosiła podniesionego głosu. Jedynym przejawem ludzkiej złości, którego nie przyjmowała jako ujmę na honorze, było nazwanie jej Francą (zdrobnienie od Franciszki).

 Tak w ogóle, to obrażać się umiała koncertowo! I pamiętliwa była, że hej!

Photobucket

W samochodzie zwykła jeździć na przednim siedzeniu (oczywiście nie tak, jak na zdjęciu, tylko na moich kolanach) i w dodatku udawała surykatkę. Stała słupka opierając się grzbietem o mój brzuch, albo i nie opierając się wcale umiejętnie balansowała ciałem. Drogę obserwowała nie tylko w przedniej szybie. Doskonale wiedziała do czego służą lusterka boczne i wsteczne (w naszym aucie te wsteczne zawsze były dwa – jedno dla kierowcy, drugie dla pasażera).

 

Jeżeli Bodziankowi zdarzyło się wykonać gwałtowny manewr, który spowodował utratę przez Kamę równowagi, natychmiast wdrapywała się z powrotem i czujnym wzrokiem spoglądała na Pana. Broń Boże nie mógł się nawet uśmiechnąć! Najlżejsze drgnięcie kącików ust oznaczało (w jej mniemaniu), że została tak potraktowana celowo. Na to mogła być tylko jedna kara – reprymendy udzielała długo i głośno, zionąc przy tym niezbyt świeżym oddechem.

 

Zdarzyło się, że Pan podpadł jej na całej linii i to trzykrotnie. Obnosiła się z urazą nawet po kilka dni.

 

Kiedyś – wieki temu – gdy była jeszcze całkiem młodą damą, zabrano ją niespodziewanie na nocny spacer. Był to czas, kiedy dorywczo opiekowaliśmy się Dinem - terierem szorstkowłosym „wyjechanych” sąsiadów. Poszła jako dama do towarzystwa, bardziej z grzeczności niż z potrzeby. Nie ma to jak kindersztuba, choćby i w psim wydaniu.

 

Wyszli we czworo: Dino na smyczy, bezsmyczowa Kama, Pan i jego (a właściwie mój) Kuzyn. Wyprawa piesza niezbyt daleka, za to w typie „łosz-end-gou”, bo i Kuzyna wypadało do domu odprowadzić po kilkugodzinnych deliberacjach przy kapce wody rozmownej i psy się przy okazji miały wybiegać, załatwić, przez co rano dłuższy sen byłby  możliwy… 

Oni wyszli, ja posprzątałam nieco i spać poszłam.. Obudził mnie intensywny hałas dziwnie przypominający głośne złorzeczenia w wykonaniu naszej suni. Musiał być naprawdę solidny, skoro doleciał do 9 piętra i to  przez zamknięte oka. Cóż się okazało?

 

Pan do domu wrócił z jednym tylko psem. Tym na smyczy. Ogoniasta damulka uznała wcześniej, że jej grzeczność ma swoje granice. Dalekie spacery nie były w to wkalkulowane, zakamuflowała się więc w okolicach wejścia do najbardziej znanego jej wiatrołapu.  Przegapiła powrót Pana, a ten przecież jednego kundla ze sobą miał, więc wszystko było w porządeczku. Sztuka się liczyła. W ciemnościach nocy czarne futerko naszej krzykaczki okazało się strojem maskującym.

Przez kilka dni Pan miał przechlapane. Suka go po prostu nie zauważała. Stał się dla niej przezroczysty.


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 017  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214017
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2530 dni

Lubię to