Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

wędkarskie przypadki

czwartek, 14 kwietnia 2011 19:44

 

Rasowy moczykij nie musi wracać do domu z przysłowiową tarczą. Wystarcza mu najczęściej, że nad wodą posiedzi, z naturą się zbrata. Rybki można zjeść, można też wypuścić… najważniejszy w tym sporcie jest relaks.

 

Po czym odróżnić wędkarza od rybaka? Po bliźnie na przedramieniu. Szczęśliwym jej posiadaczem jest oczywiście ten pierwszy. Charakterystyczny odcisk dwóch palców utrwala się w jednym, jedynym miejscu – O! Taaaaką rybę złapałem!


 Podobno ryby łapią tylko niedźwiedzie i robią to bardzo udatnie. Wędkarz powinien je złowić. Te największe, niezapomniane okazy są na tyle sprytne, że pozostają jedynie w opowieściach. Za to jakich opowieściach!

 

 Dorodnego węgorza, który samowolnie opuścił węborek i wygonił wszystkich z domu już opisywałam. Ale przypadków węgorzowych było całkiem sporo.

 

Pan B. upolował kiedyś przepięęękny egzemplarz. Współłowiący z nim Pan R. chciał się rybie dokładniej przyjrzeć. Pełen podziwu pochylił się nad nią razem z wędziskiem. Skłon był tak doskonale synchroniczny, że nie powstydziłyby się go nawet reprezentantki tej dziedziny w pływaniu. Panu R. udała się rzecz niewykonalna – wsadził szczytówkę idealnie w otwartą paszczę węgorza. Ten – nie czekając na nic – niczym wąż boa owinął się dokładnie wokół kija i… plusnął do wody. I tyle go widzieli. Pan R. ewakuował się z kładki po angielsku. Dopiero na brzegu padł jak długi, tarzając się ze śmiechu.

 

Osobną opowieść powinnam poświęcić panu – nazwijmy go Jožinem z bažin.

Obaj – tj. Pan B. i Jožin z bažin wyprawili się na weekendowe poławianko. Zakotwiczyli na wyspie, której przybrzeżne wody słynęły z obfitości ryb wszelakich. Łowili sportowo. Zatrzymywali tylko największe sztuki. Mniejsze wypuszczali z błogosławieństwem Idź, a nie zapomnij przyprowadzić mamusi. Wreszcie któryś z okonków wziął to dosłownie i Jožinowi przytrafiła się ni mniej ni więcej, tylko ryba życia.

 

Dłoń szczęśliwca przyrównać można było do całkiem sporej szufli. Choć wydawało się to niemożliwe, złowiony przez niego okoń był od tej szufli większy! Oniemiały z wrażenia Jožin, po odczepieniu rekordowego okazu z haczyka, ułożył go delikatnie na wyciągniętej dłoni. Szczęściu własnemu nie wierząc przyglądał się mu z namaszczeniem i … z otwartą gębą. Przyglądał się, przyglądał, a ryba w tym czasie dochodziła do siebie. Krótko mówiąc - zanim Jožina „odmurowało”, okoń poczuł nieprzepartą wolę życia. Zamachnął się porządnie ogonem i niewiele myśląc chlupnął do jeziora. Nawet się nie obejrzał.

 

Photobucket

 

Nawiasem mówiąc Jožin miał niebywałe szczęście do ryb okoniowatych. Pamiętam wyprawę niedzielną, podczas której nasz bohater z takim zapałem zaciął wędzisko, że wyhaczony przez niego okonek zawisł na drzewie na wysokości 7 m i pewnie zszedł tam na zawał. A ile było trudu by tę wędkę odczepić…


Przenigdy jednak żaden ze znanych mi moczykijów nie trafił na takie łowisko, gdzie przed rybami trzeba się uchylać. Zobaczcie sami…

 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe

wtorek, 15 lutego 2011 5:27

Dawno, dawno temu… 

Pan B. i Pan J. zew wędkarski poczuli. Czasu po pracy za wiele nie było, ale dla chcącego przecież nic trudnego -  wybrali się nad jedno z ulubionych podmiejskich jezior. Akwen urokliwy nad wyraz i rybny od dawien dawna. Po dziś dzień chętnie tam jeździmy o każdej porze roku aby zażyć przyjemności spaceru, fotografowania, odpoczynku.

 

 Tego dnia Pan B. usadowił się okrakiem na zwalonym drzewie malowniczo zwisającym nad lustrem wody. Pan J. przejął w posiadanie pobliską kładkę.

- Jeszcze przyjdziesz w łaskę…  zobaczysz… u mnie będą lepiej brały. Podkarmione są – wołał w stronę konkurenta

- Mnie tu dobrze – Pan B. był nieugięty. Swoje miejsce wybrał intuicyjnie i nie zamierzał go porzucać.

Siedzieli więc nieco od siebie oddaleni ale zadowoleni. Obaj.

 

 Rybki wyraźnie nie zamierzały konsumować smakowitych przynęt, to i nudzić się wędkarzom zaczęło. Pan J. - dla kawału - obficie polał wodą zwalone drzewo, odcinając Panu B. drogę powrotną na suchy ląd (oczywiście tylko na jakiś czas).

- Hehe. Teraz to już musisz tu siedzieć. A u mnie będzie branie, że hej!

Stopniowo szczytówki wędek zaczęły drgać. Najpierw delikatnie, potem całkiem solidnie. U Pana B. zdecydowanie częściej. Co i rusz powietrze przecinał świst żyłki, nad wodną taflą migotały srebrzyście coraz to nowe płocie, leszcze, okonie…

 

Pan J. przyglądał się… przyglądał… najpierw spokojnie, potem coraz bardziej nerwowo.

- Ta kładka do luftu chyba jest. Idę do ciebie – burknął.

 - To chodź. Miejsca starczy i dla dwóch.

 I Pan J. – objuczony wędziskami sztuk przynajmniej dwie, podbierakiem, wiaderkiem z zanętą – wyruszył…

Nie wiem, czy kiedykolwiek próbowaliście przemieszczać się w pionie po mokrym, obłym konarze. Wymaga to iście akrobatycznych zdolności (takie jest przynajmniej moje zdanie).

 

Pan J. balansował przez chwilę ambitnie, próbując zębami łapać się powietrza. Wreszcie… nogi zgrabnie ześlizgnęły mu się po krzywiźnie konara i gruchnął cennymi dzwoneczkami w śliską gałąź. Jakby się kto pytał – gruchnął całym ciężarem swojej długiej osoby plus dwa wędziska, podbierak i wiaderko z zanętą.

 

Oj… nie było to przyjemne… pewnie podobnie może czuć się szyba rozsypana na tysiące kawałków…

 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Pan Bóg dopuści… i z kija wypuści…

wtorek, 01 lutego 2011 9:04

Panamężowe wędkowanie potrafiło zaskakiwać. Nigdy nie mogłam być pewna złowionej zdobyczy. Raz były to dorodne krasnopióry i wyjątkowo mniamuśne dla mnie okonie (lepszej ryby pod słońcem po prostu nie ma). Innym razem pokaźne leszcze, sprężyste szczupaki, albo rozpływające się w ustach liny, byczki, karasie (na masełku).

Bywało wiadro drobnicy, którą cenię sobie niezwykle, bo dobrze wysmażona chrupie w ustach niczym chipsy. Z pewnością od chipsów jest zdrowsza i można ją pałaszować razem z ośćmi. Był sezon na węgorze, sezon na byczki. Ba – suma, to nawet ja ciągnęłam. Ależ zastrzyk adrenaliny!

Rozbisurmaniliśmy się na tej wędkarskiej kuchni. Trzeba było wymyślać ciągle nowe potrawy (bo ileż razy w tygodniu można jeść smażoną rybę?).

Photobucket

Zdarzało się też (rzadko), że Moczykij wracał – jak to się mówi - na tarczy. Wśród anegdot rodzinnych znajduje się jedna dotycząca zawodów wędkarskich o puchar prezesa pewnej firmy. Bractwo moczykijowe (a pośród nich mój prywatny)  należycie zaopatrzone w przeróżny sprzęt ruszyło na podbój pewnego akwenu. Wędziska ze sobą zabrali, a jakże… coś mi się jednak wydaje, ze tylko dla zmyłki…

 

Jest taki stary dowcip wędkarski:

- Chodź, pojedziemy na ryby

- Ale ja łowić nie potrafię!

- A cóż w tym trudnego? Nalewasz i pijesz.

Zgodnie z powyższym, po dotarciu na miejsce zawodnicy natychmiast sprzęt caluśki z autokaru wydobyli. Wędziska oporządzili, zarzucili nawet.

Nadszedł czas intensywnego treningu. Nalewali i pili.

Kiedy którykolwiek spławik szedł pod wodę, zacinali wszyscy.

Zawody wygrały… ryby.

Wędkarze ex aequo znaleźli się na tarczy i każdziuteńki ze zwyciężonych został odwieziony pod sam dom. Nie wiem, czy prezes organizował następne zawody.

 

Pan Mąż zaskakiwać potrafił na całego. Kiedyś nawet latające ryby przywiózł. :-D

Pojechał z wędkami, wrócił z kaczkami – trzema. Nadzianymi śrutem jak … jak nie wiem co.

Pan Bóg dopuści i z kija wypuści?

 

Przygotowana z tamtego „połowu” potrawa okazała się cokolwiek niebezpieczna dla naszych zębów. Twarde rodzynki wyciągaliśmy spomiędzy nich co i rusz…


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Taki jeden jak ich dwóch

środa, 26 stycznia 2011 19:52

Taki jeden, jak ich dwóch byłby filarem każdego kabaretu. Nazwijmy ich Pan B. i Pan R. Moczykije zatwardziali. Jeździli razem na tzw. „nocki” nad nieco odleglejsze, za to bardziej rybne akweny. To „nieco dalej” 50 km raczej nie przekraczało.

Motorkiem jeździli, albo motorowerem. Objuczeni sprzętem, z plecakami wypełnionymi zanętą i własną kolacją wyglądali czasami jak członkowie grupy szturmowej. Nierzadko jeden z nich (ten z tyłu, czyli pasażer) zawisał znienacka między dwoma drzewami, bo gabaryty plecaczyska były większe niż prześwit, w który wtłaczał się prowadzony „na skróty” jednoślad. Pozbierawszy się, gonił potem z wrzaskiem za nagle uwolnionym od ciężaru motorkiem. Pojazd wesoło warcząc gnał do przodu z szybkością podświetlną i ani myślał oglądać się za siebie. Może nawet zrobiłby to… gdyby potrafił…

 

 Właściwie to było ich co najmniej trzech, a w porywach nawet do pięciu: oprócz Pana B. i Pana R. był jeszcze Pan J., Pan T. i Pan X. Długonogi Pan J. bywało, że się także w „międzydrzewnym przelocie” nie mieścił – ten jednak zahaczał nie plecakiem, a kolanami.

Pan R. z kolei znany był z tego, że kolację konsumował natychmiast po przyjeździe nad wodę (robił tak od czasu, kiedy zainteresowały się nią jeże i rozwlokły po całym obozowisku). Potem należało go pilnować, bo oczywiście podjadał zanętę.

Pyszny chlebuś ze „skwarkami” do dziś wspominają wszyscy ze łzami w oczach. Pan R. pałaszował go z rozanieloną miną chwaląc swoją ”Perełkę” pod niebiosa, że mu takie delicje przygotowała. Jak się później (przypadkowo) okazało – „delicje” same mu do chlebusia wpełzły (uprzednio uwolniwszy się z pudełeczka). Jak każdy porządny wędkarz miał przecież ze sobą robaki…

 

Przygody tej malowniczej grupki warte są odnotowania. Przynajmniej niektóre.

Przygoda pierwsza

Pan B. i Pan R. po całonocnym, owocnym pobycie na wspólnej kładce, decydują się powrócić w domowe pielesze. Pan B. zwinąwszy część sprzętu wynosi go na brzeg. Zaraz wróci na kładkę po drugą turę. Pan R., który łazić po próżnicy nie lubi, postanawia procedurę sprytnie uprościć. Po co chodzić dwa razy. Przecież siatkę z rybami można na ląd przerzucić. Krzyknąwszy w stronę kolegi – Łaaap!!! – zamachnął się solidnie.

 

W tym samym momencie zauważył ze zdziwieniem, że jego ręka, całkowicie niezależnie od woli podąża za pokaźnie wypełnioną siatką. Zapomniało mu się, że sam przywiązał ją przed chwilą do własnego kciuka. Tak na wszelki wypadek, żeby w ferworze pakowania nie utopić całonocnego „urobku”.

 

Odruchowo szarpnął ręką do tyłu. Obciążony zawartością sadzyk wykonał zgrabny łuk i ominąwszy łebskiego moczykija… silnie pociągnął go w drugą stronę. Teraz to już trzeba było ratować się przed wielkim plum z kładki.

 

Ponowne szarpnięcie i latający tobołek wyrżnął Pana R. w zaskoczone ciemię. Siła uderzenia sprawiła, że ryby dosłownie opadły z łusek. Osrebrzony, mieniący się niczym świąteczna iluminacja właściciel felernego palucha przewrócił się na kładkę… ze śmiechu.

Pan B. na brzegu takoż się pokładał z uciechy.

Oj… dłuuugo nie mogli wstać…

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

ratunku, moczykije

poniedziałek, 24 stycznia 2011 21:20

Stary rok straszną czkawką ciągle się odbija. Zmusił mnie dzisiaj po raz kolejny do odsiedzenia w kozie. Mam nadzieję, że to już definitywnie ostatni raz.

Z żałości i przemęczenia postanowiłam otoczyć się mgiełką wspomnień i wyszło mi coś takiego:

 

W wędkarskim raju mieszkamy – można tak chyba powiedzieć. Jezior, jeziorek, stawów, bajorek u nas pod dostatkiem. Nawet bagna mamy. Wcale nie jesteśmy gorsi od Mazur. A i lasów dookoła mnóstwo.

Raj?

Raj!

To i nie dziwota, że trafił mi się rajski „Adam”-wędkarz za męża, prawda?

Czasami było to błogosławieństwo (zwłaszcza w „kartkowych” czasach), czasami - najdelikatniej mówiąc - szlag mnie trafiał jasny na tę panamężową przypadłość. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że zdarzało się to raczej rzadko, ale… zdarzało się…

… no, bo sprawy wyglądały z grubsza tak.


Ja – z uwagi na stan zdrowia Młodszej Latorośli – przebywałam na przedłużonym urlopie wychowawczym i zgodnie z obiegową opinią „nie robiłam w domu nic poza opieką nad dwójką Drobiazgu i codzienną rehabilitacją jednego , praniem, sprzątaniem, gotowaniem, ściboleniem na drutach, wystawaniem w kolejkach…” kompletnie nic. Natomiast Małżonek ciągnął na kilka etatów, żeby na to nicnierobienie zarobić. Widywaliśmy się późną nocą, ewentualnie w porze obiadowej, kiedy dowoziłam mu w trojakach posiłek. Dobrze, że Latorośle nie zaczęły mówić do niego „pan”.

Każda niedziela był świętem, podczas którego ja miałam szansę odpocząć od nicnierobienia przy dzieciakach, a moja Połówka od ciężkiej harówki na nas. Połówka najlepiej odpoczywała na rybach i póki Latorośle nie odrosły od ziemi na tyle, żeby można je zabierać ze sobą… moja niedziela różniła się od dni powszednich tym, że sklepy i przychodnie były zamknięte i obiadu nie trzeba było dowozić. Nie było tak oczywiście tydzień-w-tydzień, ale był to właśnie czas, w którym ów szlag ćwiczył na mnie swą celność.


Później, to już same przyjemności. Dorobiliśmy się pojazdu jednośladowego o pieszczotliwej nazwie „Bzyk” i mknęliśmy nim nad wodę usadziwszy Latorośle między sobą. Z kierownicy zwisała malowniczo czerwona torba, a z niej powiewały długie czarne uszy naszej jamniczki. Nietuzinkowy środek lokomocji zainteresował pewnego razu milicjanta.

- Tak nie wolno jeździć! To wbrew przepisom. – upomniał nas srodze – Mandacik będzie

- A gdzie jest napisane, że to niezgodne z przepisami? – tyleż rezolutnie, co bezczelnie zapytała Głowa Rodziny – Proszę mi pokazać.

I tu się władza ludowa zatchnęła, w głowę podrapała i… dalejże do własnego pojazdu po odgórne wskazówki i podpowiedź. I sprawa się rypła, bo nigdzie nie zapisano, że motorower jest pojazdem jednośladowym, dwuosobowym.

Wróciła władza do naszego „Bzyka” nieco skonfundowana i zaczyna w te słowa:

- Nooo… miał pan rację…. Nigdzie w kodeksie słowa na ten temat…. ale… ale… - jeden głębszy oddech i wystrzał niby z armaty - Ale to niebezpieczne!

- To mów pan tak od razu, a nie strasz mandatem. – zacietrzewił się Małżonek - Jak będę chciał, to mogę wsadzić na motorower i z 15 osób. Jak się zmieszczą.


No i dalej śmigaliśmy Rometem na podmiejskie łowiska. W piątkę (licząc psa). Dopóki się mieściliśmy. Potem trzeba się było przesiąść na stuletniego fiacika (z epizodem dotyczącym zielonego si-reno, czyli poczciwej Syrenki), ale rybom nie odpuściliśmy...

 

papa - udaję się na zasłużony wypoczynek. Oczęta moje (choć poczwórne) nie chcą już dziś patrzeć :-/


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

wtorek, 24 października 2017

Licznik odwiedzin:  214 123  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 214123
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5149
Bloog istnieje od: 2532 dni

Lubię to