Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

najgorsza jest bezsilność

sobota, 25 lutego 2012 19:39

Serialu z podstawową opieką medyczną ciąg dalszy, czyli… samo życie…

 

Przypadek, jakich wiele. Starszą, leżącą (od miesięcy) osobę dopada kaszel. Temperatura wzrasta – może nie drastycznie, ale osiąga 38 ºC. Rodzina martwi się. Próbuje zamówić domową wizytę lekarską. Tymczasem przychodnia rodzinna wprowadziła dziwne zwyczaje:

- Proszę zapytać lekarza, czy przyjdzie.

Po ostatnich - trwających tydzień - bojach o to samo istniało prawdopodobieństwo, że i tak nie uda się niczego przeforsować. O dziwo – poszło bezboleśnie.

- Jaki pan kochany – spontaniczna deklaracja miłości zaskoczyła nawet samego medyka.  Niestety, następnego dnia czar prysł.

 

Przyszedł wczesnym popołudniem. Humor miał byle jaki. Pacjentkę potraktował per noga.

- Kaszel?

- No przecież leży, więc płyny w płucach się zbierają.

- Temperatura?

- Nie widzę nic niepokojącego.

- Opuchlizna?

- Wiecie, że krążenie do bani. A w ogóle, to ile chora ma lat?

- 81.

- No właśnie. I wystarczy. Najwyższy czas odejść. Ja tu nie widzę nic niepokojącego

- To co? Mamy pozwolić jej umrzeć?

-  Właśnie o to chodzi – kilkakrotnie powtórzone zdanie poparte zostało odpowiednią gestykulacją – Jak się upieracie, to dam skierowanie do szpitala.

- A co pan na nim napisze?

- Że rodzina naciskała

- Ale my nie chcemy jej tam wysyłać. Ona się boi.

 

I tak w koło Wojtek.

Przyciśnięty do muru pan doktor przyznał się otwarcie, że on to wszystko po prostu olewa (dokładne słowa). Zresztą pracuje jeszcze tylko przez miesiąc, więc właściwie to go już nic nie obchodzi. Nic mu zrobić i tak nie mogą.

 

Niech mu ziemia lekką będzie.

 

Końcowy efekt wizyty?

- przepisany antybiotyk (po co? przecież nic nie stwierdził)

- trzy litry dożylnie podawanych przez kolejne trzy dni płynów

- zlecenie do gabinetu zabiegowego wystawione tak sprytnie, że okazało się niemal niemożliwe do zrealizowania.

 

Medyk nie docenił jednak determinacji i sprytu rodziny. Wbrew wszystkiemu pielęgniarka jednak przyjechała.

 To było wczoraj.

 

Dzisiaj kaszel się nasilił. Lewa ręka i noga spuchły bardziej. Do kompletu doszła apatia. Przydałaby się kolejna konsultacja. Znalezienie lekarza chętnego do przyjazdu z wizytą domową graniczy z cudem. W mieście wojewódzkim średniej wielkości tego się nie praktykuje. I tyle. Pediatrzy są. Geriatrów praktycznie brak. Pogotowie nie przyjedzie. To wiadomo z góry.

 

W końcu udało się. Z lekarzem, nie z pogotowiem.

Rozpoznanie?

No… na kaszel można coś zaradzić, ale to nie rozwiązuje sprawy. Ogólnie niewydolne jest serce i nerki. Ciśnienie praktycznie żadne. W domu nic się nie poradzi. Jedynie szpital pozostał. Trzeba przepłukać, nawodnić…

 

Ponad cztery godziny oczekiwania na przyjazd karetki. Po kolejnych dwóch godzinach, na SORze powiedziano, że ratownicy nie przekazali, co nas u pacjentki zaniepokoiło, a skierowanie wypisano bez daty i dość enigmatycznie. Trzeba wykonać dodatkowe badania i to - niestety - jeszcze trochę potrwa.

- Nie umiem powiedzieć, jaka będzie decyzja. Czy powieziemy gdzieś dalej, czy oddamy wam do domu. Proszę dowiedzieć się za kolejną godzinę.

 

Czekamy.

Czy w naszym kraju eutanazja jest legalna?

 

26.02.2012 - dokończenie

Około 22.00, jeszcze na SORze uzyskaliśmy mnóstwo wyjaśnień. Zamarzyło mi się, żeby wszyscy lekarze byli tacy. Otóż nerki jednak funkcjonują, serce - można powiedzieć - także odpowiednie do wieku. Opuchlizny w tym konkretnym przypadku nie powinny niepokoić. Gorszy byłby ich całkowity brak, bo oznaczałby kolejne krańcowe odwodnienie. Zagadkowe jest tylko zdjęcie płuc. Osiemnastolatkę zaopatrzonoby w antybiotyk i posłano do domu. W tym przypadku konieczna jest konsultacja pulmunologa.

Jedziemy na drugi koniec miasta. Na oddziale pulmunologicznym okazuje się, że to jednak początki zapalenia płuc. Mama zostaje.

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

hehe

czwartek, 09 lutego 2012 22:44

… a wczoraj przyszedł do mnie OSOBIŚCIE nowy dyrektor (nie naczelny – broń Boże - tylko ten bezpośredni, odpowiadający za tzw. nasz pion). Rękę uścisnął, skłonił się pięknie, twarzyczkę uśmiechem okrasił i… zabrzmiały oto słowa, które nawet przyśnić się nie potrafią:

- To pani wróciła z długiego zwolnienia? I jak samopoczucie? Czekaliśmy tu na panią. Bardzo jest nam pani potrzebna.

 

Ten, to umie zadbać o stosunki międzyludzkie. Ciekawe, gdzie go tego uczyli?

Nie ukrywam, że miło posłuchać takich słów. Nawet, jeśli doskonale wiadomo, że to tylko zwykła formułka… a co tam… tak mi mów… nawet trąby jerychońskie piękniej nie brzmiały… balsam dla uszu i miód na serce… :-)

 

Dyrektor jest nowy, bo wieloletnia Główna Książkowa z końcem minionego roku odeszła była na emeryturę. Zasłużoną zresztą. Dyrektor osobiście przedstawiał się wszystkim swoim podwładnym (w liczbie około 20). Mnie nie miał przyjemności poznać z przyczyn oczywistych.

 

 No i z tą „potrzebnością” właściwie mogę się zgodzić.  Ludzi ubywa (szczelna firma, nowych przyjęć właściwie nie ma, starzy naturalnie się wykruszają), pracy przybywa… każdy wyrobnik na wagę złota.

 

A w ogóle to prosię ze mnie :8 

Rzadko do Was zaglądam ostatnio, mam jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Dzięki za wszystkie miłe słowa, dobre rady i kibicowanie w moim powrocie do normalności.

 

Jeszcze tylko wieści z frontu przeciwodleżynowego. Hydrocool sacral jest rewelacyjny (tylko ta cena!). Stwierdziłyśmy dzisiaj, że rany na pośladkach zaczynają się goić. Przykleiłyśmy Granuflex, ale następnym z kolei zakupem będzie ponownie plaster w kształcie serduszka, tylko nieco większy. Ciekawe, czy cena rośnie w postępie geometrycznym?

 

… następnym razem, to już chyba na jakąś wycieczkę Was zaproszę…

 


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

o powrocie do pracy i nie tylko

wtorek, 07 lutego 2012 21:46

Jak na Mrówę (z przezwiska) przystało trafiłam prosto w najgorętszy wir pracy. Piątkowe, stopniowe przyzwyczajanie się do niej miało same plusy. Można rzec, że przeszłam błyskawiczny kurs samokształcenia. Przez kolejne dwa dni wszystko układało się wygodnie w odpowiednich szufladkach i w poniedziałek byłam już niczym stary wyga. Od samokształcenie prosta droga do samoudoskonalenia hehe.

Gdyby nie zwariowane skurcze żołądka, które męczyły mnie jeszcze do wczoraj, życie byłoby piękne.

 

Na blacie biurka czekał na mnie nowiuchny, wypasiony komputer, w szufladach natomiast cała masa niespodzianek ( z laurką za 35-lecie pracy włącznie). Rzuciłam się do zajęć z dziką rozkoszą. Pamięć służbowa wróciła błyskawicznie. Coś mi się tam kołatało po głowie o jakiejś głębokiej wodzie, ale machnęłam ręką. Przecież ja panicznie się jej boję. Zwłaszcza głębokiej!

 

Eeee tam… nie jest jeszcze tak źle. Czasami po powrocie z urlopu trudniej się aklimatyzuję.  Mówiąc kolokwialnie -  w firmie roboty teraz huk. Plusem tej sytuacji jest możliwość oderwania się choć na parę godzin od bezsilnego spoglądania na zniedołężniałą mamę.

 

Od piątku wróciłam także na UTW. Powitanie było przesympatyczne. Wprawdzie już wcześnie czułam się na siłach, by prowadzić wykłady, wolałam jednak nie drażnić pewnych instytucji, które mogły wstrzymać mi L4.

 

W temacie maminym także cos drgnęło. Leciutko, ale zawsze…

Po pierwsze – kupiliśmy materac przeciwodleżynowy. Nie miałam już sumienia czekać, aż znajdzie się coś do wypożyczenia (a przede wszystkim nie mogły czekać rany na pośladkach). Walka z lekarzem domowym o wystawienie zlecenia na refundację także się nie uśmiechała. Iwonka wyszperała w necie i podsunęła mi pod nos gotowe oferty. Wybraliśmy taką, do której dołączano roczną gwarancję na sprzęt. No i nie musieliśmy zaciągać pożyczki ;-)

 

Po drugie – odleżyny próbujemy leczyć (albo przynajmniej zmniejszyć) specjalnymi plastrami piankowo-hydrożelowymi. Używamy na zmianę Granuflexu i Hydrocool sacral (plaster Hartmanna o kształcie idealnie dopasowanym do okolicy krzyżowej). Oba mogą pozostawać przyklejone przez kilka dni. Świetnie izolują od moczu i kału. W zetknięciu z raną uwalniają preparat przyspieszający gojenie. Utrzymują konieczne do tego wilgotne środowisko. Są świetne, tylko ta cena…

 

Granuflex o wymiarach 10cm x 10cm (8 zł) podlega refundacji, ale jest na tyle mały, że najrzadziej może być stosowany. Szkopuł w tym, że powinien być większy od zmienionego chorobowo miejsca o co najmniej 2-3 cm z każdej strony. Większy Granuflex (15cm x 15 cm) to już koszt 16 zł i brak refundacji. Mały Hydrocool sacral (dodam, że zbyt mały), to już wydatek rzędu 35 zł. Skąd na to wszystko brać? Najlepiej byłoby z odkładanych przez całe zawodowe życie składek ZUS… 

 


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

no i nieubłaganie laba się kończy

wtorek, 31 stycznia 2012 10:50

Wracam do pracy już w najbliższy piątek i tym sposobem kończy się w moim życiu etap pod tytułem „renowacja i rekonwalescencja”. Z renowacją wyszło tak sobie. Kolana wreszcie nie bolą. Bez problemu (i podpórki) można używać ich do chodzenia. Gorzej ze staniem. Mam nadzieję, że z czasem nauczą się i tego. Panom doktorom coś się wprawdzie w trakcie tej renowacji poprzestawiało i – o ile prawe kolano mi wyprostowali, o tyle lewe „wyszło” im trochę skośnie. Podobno kobieta powinna mieć nieco krzywe nogi (taka jest wersja mego ortopedy). Niech mu tam będzie, ale jeśli już, to najlepiej obie! Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie chodziło o mnie.

 

Z rekonwalescencją natomiast kompletnie nie wyszło. Rezygnacja z rehabilitacji stacjonarnej i turnusu sanatoryjnego to wprawdzie mój własny wybór, jednak – jakkolwiek by na to nie spojrzeć – klapa w tym temacie na całej linii. Jedyne, co udało się naprawdę, to zakończenie zwolnienia i idealnie dobrany termin ponownego podjęcia pracy.

To się nazywa mieć farta! Jeden dzień w firmie i znów dwa dni wolne… Rewelacyjny sposób na powolne wdrażanie się we własne obowiązki. Poszłabym dalej i zastosowała system zbliżony do postępu geometrycznego: jeden dzień pracy-dwa dni wolnego, dwa dni pracy-jeden dzień wolny; trzy dni pracy-kolejny weekend, a potem już jakoś poleci. Taka sobie wariacja na temat pozwolnieniowego oswajania się ze służbowymi powinnościami.

 

Oj…. Jak mi się nie chce!!!

 

Minione dni zafundowały mi nawał zajęć wszelakich – od ponownej wizyty w ZUSie (w całości nadawałaby się na scenariusz filmu Barei), poprzez wielokrotne zasilenie kiesy pewnego notariusza (z dziką rozkoszą przyjeżdżał do mojej mamy, by za złożenie przez nią odciska palca na kolejnych pełnomocnictwach kasować bilety NBP), przez wyjazdy do ościennego, odległego o 100 km banku (brak filii w moim mieście), aż po papierologią stosowaną.

Mam za sobą propozycję zusowskiego orzecznika, by skorzystać ze świadczenia rehabilitacyjnego (odmówiłam), niezbyt przyjemną rozmowę z bezpośrednią przełożoną (I co pani dalej zamierza?), kilka wizyt w różnych gabinetach lekarskich i – w końcu – zaświadczenie o dopuszczeniu mnie do pracy na najbliższe dwa lata. Przed sobą dwa i pół dnia teoretycznego luzu, za to z listą powinności do wykonania (doba jest stanowczo za krótka!).

 

A w tzw. międzyczasie (jak ja lubię to słowo!) łamię sobie głowę, jak zaradzić coraz to nowym odleżynom u mojej mamy. Kompletnie już brak mi pomysłu. 

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

sprawa się rypła

niedziela, 08 stycznia 2012 13:08

Był kiedyś film „Tato, sprawa się rypła” – pamiętacie? W życiu jest dokładnie tak samo. Wiele epizodów toczy się własnym torem, niezależnie od naszej woli lub aktualnej potrzeby. Rodzina babki Plackowej naginała rzeczywistość z ułańską fantazją, jednak to, co dobre w filmie, nie zawsze da się przenieść na własne podwórko. 

 

Zacznę od króla Ćwieczka, czyli od zusowskiej kontroli mojego L4. Orzeczono wówczas, że powinnam jeszcze popracować nad kondycją swoich kolanek na tzw. rehabilitacji leczniczej ZUS. Termin tejże miał być najbliższy z możliwych, a dokładne dane na jego temat dotrzeć miały pocztą. Tyle, że przed końcem zwolnienia nie dotarły, więc – skoro orzecznik uznał, że nie jestem gotowa powrócić na stanowisko - lekarz prowadzący przedłużył je o kolejny miesiąc. No i się zaczęło…

 

W skrócie – bezpośrednia przełożona zarzuciła mi machinacje, ponieważ łącznie z L4 nie dostarczyłam żadnego pisma z ZUSu. Wg niej minął już podstawowy termin zasiłkowy (6 mies.), więc zwolnienie musiało być czystą kombinacją. Mimo jej sugestii Wydział Kadr żadnych zastrzeżeń nie zgłaszał. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, minęły dopiero 4 miesiące mojej nieobecności w firmie. Szefowa jednak skutecznie zasiała we mnie ziarno zwątpienia w celowość dalszej rehabilitacji. Mało tego – wywołała nawet poczucie winy, którego w żaden sposób nie mogę się pozbyć.

 

Wybrałam się do siedziby ZUSu z pytaniem o list, który ciągle nie nadchodził. Cóż się okazało?

Po pierwsze – sezon świąteczno-urlopowy opóźnił wysłanie wiadomości.

Po drugie – wydłużono czas trwania rehabilitacji do 4 tygodni, co przesunęło kolejkę oczekujących.

Po trzecie – istniało prawdopodobieństwo, że ktoś zrezygnuje z przyznanego mu terminu styczniowego, a wtedy moja skromna osoba mogłaby to wykorzystać.

Po czwarte – aktualnie nie jest możliwe wysłanie mnie na zabiegi w terminie gwarantującym powrót do pracy po półrocznym zwolnieniu, w związku z czym proponują mi skorzystanie ze świadczenia rehabilitacyjnego.

Po piąte – jest jeszcze jedna ewentualność. Jeżeli wyrażę pisemną zgodę, to zamienią mi ambulatoryjną rehabilitację na wyjazdową do Międzywodzia.

 

To było fajne, tylko miało jeden knyft – turnus kończył się dokładnie 19 lutego, w niedzielę, a w tym dniu upływa także termin podstawowego okresu zasiłkowego.  Mojego oczywiście. Następnego dnia powinnam stawić się przy biurku z zaświadczeniem od dopuszczającego mnie do pracy lekarza zakładowego. Fizycznie niemożliwe do wykonania.

Co było robić?

Z bólem serca zrezygnowałam z propozycji i otrzymałam do ręki stosowne pismo, w którym Wydział Orzecznictwa i Prewencji informuje, że „mimo celowości rehabilitacji leczniczej” itd. itp. A firma – powiedziano – jeżeli ma jakieś pytania, powinna zgłosić się z nimi do orzecznika. Chętnie odpowie, dlaczego zlecił dalsze leczenie. Tylko mnie to wcale humoru nie poprawiło. Szefowa uzna z pewnością, że jej teoria była głęboko uzasadniona.

 

Dla dopełnienia całości dodam – w domu czekał list polecony z przyznanym terminem leczenia uzdrowiskowego. Od połowy lutego do połowy marca. Nic, tylko palnąć sobie w łeb. Przy bliższym zapoznaniu się z jego treścią wyszło na jaw, dlaczego czekałam dwa lata. Lekarz balneolog przekwalifikował je z „poszpitalnego” na „uzdrowiskowe”, ponieważ w dołączonym wypisie z oddziału rehabilitacyjnego stało jak wół „ uzyskano znaczną poprawę” (zaznaczył to sobie kolorowym zakreślaczem). Po wizycie w NFZ-ecie złożyłam pisemną rezygnację także z tego wyjazdu.

 

I tak nieodwołalnie kończy się epizod rehabilitacyjny w moim życiu. 3 lutego wrócę do pracy w atmosferze skandalu i niedomówień. Szefowa wściekła, koleżanki poobrażane, ja… diabli wiedzą jak nazwać moje samopoczucie. Cokolwiek powiem, czy zrobię – i tak obróci się przeciwko mnie. Czy to jest mobbing?

 

Najlepszym rozwiązaniem na takie rozterki jest chyba obchodzony w drugi poniedziałek stycznia (czyli jutro)  Dzień Sprzątania Biurka. Zmykam do „gabinetu” świętować już dziś zgodnie z ideą przewodnią– może odegnam głupie myśli.

 

 

Ps. Ósmy stycznia ofiaruje nam zdecydowanie milsze spędzenie czasu. Kiedyś ogłoszono go Dniem Tych, Co Się Najbardziej Kochają. Życzę, aby każdy z Was miał z kim to święto obchodzić.

 

 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 973  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207973
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2441 dni

Lubię to