Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku

Migawki zabużańskie

wtorek, 14 maja 2013 22:16

Napisałam ten tekst kilka lat temu… niedawno ktoś mi go przypomniał. Nie przypuszczałam, że aż tak zapoci mi okulary. Teraz pewnie ujęłabym to odrobinę inaczej, ale postanowiłam nic nie zmieniać. Jeżeli macie w sobie kresowe sentymenty… poczytajcie… zapraszam :)
…i wybaczcie fotki nie najlepszych lotów, to tylko skany starych zdjęć.


Wielu z nas odczuwa nostalgię. Dziwna to tęsknota, bo do miejsc, w których nigdy nie byliśmy. Przenoszą nas tam opowieści bliskich, brzmiące częstokroć jak bajka. Nie zastanawiamy się nawet, jak tam teraz wygląda, bo mijające lata musiały wiele pozmieniać. A może jednak nie?

 

Postanowiliśmy to sprawdzić. Ponad 10 lat temu wyruszyliśmy we czworo w sentymentalną podróż. Pod płaszczykiem Szlaku Mickiewiczowskiego postanowiliśmy uszczknąć coś dla siebie.

 

Baranowicze i Pińsk - miejsca narodzin moich rodziców. Żadne z nich nie było tam od dnia wyjazdu. Tata opuszczał Pińsk w pospiesznej ucieczce razem z matką i trzema starszymi siostrami, krótko po Bożym Narodzeniu 1939, mama – razem z rodzicami wyjechała z Baranowicz w transporcie repatriantów w 1945 r. Poznali się i pokochali już w Gorzowie

 

Od starocie

Kiedyś przez kraj Wielkiego Brata przejeżdżało się z klapkami na oczach, po wyznaczonych trasach i do konkretnego miejsca. Teraz mogliśmy sobie pozwolić na dowolne poruszanie się, gdzie tylko nas oczy poniosą. Bez dodatkowego zezwolenia.

 

Od starocie

Białoruś. Szeroko pojęty szlak mickiewiczowski. Cudnie się nim jedzie z „Balladami" w ręku w roli przewodnika:
Spojrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje,
W prawo łóz gęsty zarostek,
W lewo się piękna dolina podaje
Przodem rzeczułka i mostek


W Rucie naprawdę niewiele się zmieniło od czasu pobytu wieszcza:


Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy,
Obok dzwonnicy zrąb zgniły,
A za dzwonnicą chrośniak malinowy
A w tym chrośniaku mogiły

 

Pierwsze zetknięcie z tym wszystkim było dla mnie niesamowitym przeżyciem.

 

Najpierw Twierdza Brzeska, gdzie tata wraz z siostrami i matką spędzili długie, zimowe tygodnie. Trafili tam, kiedy "przewodnik", zamiast przeprawić ich przez zamarznięty Bug, przeprowadził przez Muchawiec, prosto w ręce sowietów. Jechali pod Warszawę do ojca, któremu cudem tylko udało się uniknąć losu innych polskich policjantów, a wylądowali za murami twierdzy.

 

Od starocie

Potem Baranowicze. Mama wydaje się zagubiona. Sprzed 56 lat (kiedy stąd wyjeżdżała) pamięta tylko wielki dworzec, drewniane domy, cmentarną cerkiew (do której było najbliżej) i drzewa wokół niej. Ukrywała się pod nimi podczas nalotów. Teraz stoi w obcym, wielkim mieście, którego nie poznaje. Tylko dworzec wydaje się taki sam. Jest zdenerwowana i tak oszołomiona, że mimo trzydniowego pobytu, nic nie może sobie przypomnieć. Nie pozwala nawet robić zdjęć. Dopiero w czasie kolejnych przyjazdów (w następnych latach) z zakamarków jej pamięci powoli wyłaniają się obrazy, ale to już zupełnie inna opowieść

 

Od starocie
Od starocie

Z Baranowicz jedziemy do Pińska. Pamiętam z dzieciństwa te żartobliwe, słowne przepychanki rodziców, w których często przewijały się „pińskie błota". Teraz będę miała okazję sprawdzić, jak naprawdę wyglądają. Tata jest wyraźnie podekscytowany.To pierwsza jego wizyta po 61 latach. Trochę jest zawiedziony, że bagna jakby wyschnięte... Potem okaże się, że jednak są, tylko ich obszar znacznie się skurczył.

 

Od starocie

Dojeżdżamy do miasta. Tata jest w lepszej sytuacji niż mama, bo Pińsk w sumie niewiele się zmienił. Miasto o historii większej niż jego rozmiary i pełne historycznych pamiątek. Także tych, świadczących o polskim okresie jego dziejów. Robimy tacie pamiątkowe zdjęcie przy dworcu kolejowym, na który - jak wspomina rozbawiony – wyprawił się kiedyś samodzielnie (jako obrażony kilkulatek) uciekając z domu do babci, do Warszawy. Ciągnął wtedy za sobą samochodzik na sznurku, organizujemy mu więc zabawkę zastępczą i robimy zdjęcie. Z przyjemnością obserwuję tego szczupłego mężczyznę z przyprószoną siwizną czupryną. To mój tata? Wygląda jak rozbrykany chłopiec :-D

 

Od starocie

To był tylko rekonesans. Rodzice muszą oswoić się z własnymi odczuciami. Wrócimy tu jeszcze w kolejnych latach. Teraz jedziemy dalej, poznawać miejsca związane z naszą polską historią.

 

Z pierwszego pobytu na Białorusi utkwiły mi w pamięci trzy obrazy:

1 – starszy pan, pochylający się w zadeszczonym zagajniku nad głazem, zwanym „Kamieniem Maryli". Pan, który śpiewnie recytował swój wierszowany życiorys, okazał się być poetą, nazywanym żartobliwie „Najstarszym Kochankiem Maryli". Michał Wołosewicz (bo o nim tu mowa) znał każdy szczegół z życia Wereszczakówny, późniejszej Puttkamerowej. O sobie mówił, że nie wie już czy jest Polakiem, Litwinem, czy Białorusinem. Jest po prostu stąd. Tomik jego wierszy przyjechał z nami do domu, a ja poświęciłam panu Michałowi jeden z wcześniejszych postów. Znajdziecie go w panelu bocznym ( w „Wędrówkach kresowych”) pod nazwą „Bolcieniki”

 

2 – dwie Białorusinki z Tuchanowicz, skaczące sobie do oczu po tym, jak zapytaliśmy o drogę do „Altany Maryli". Jedna każe jechać w prawo. „Ty głupia, to zupełnie nie tam" – mówi druga i wskazuje na lewo. Dla pewności sprawdziliśmy obie wersje. Jedna droga zaprowadziła nas do owej altany, druga – do Kamienia Filaretów (kiedyś opiszę to zdarzenie dokładniej, bo jest bardzo zabawne)

 

3 – znikająca powoli z powierzchni ziemi wioska Bohatyrowicze i nasza nocna, oświetlona tylko płomieniem świecy, wyprawa na grób Jana i Cecylii. Dzięki uprzejmości Państwa Bohatyrewiczów nocowaliśmy w starej, ponadstuletniej chałupce, pamiętającej czasy Orzeszkowej. Przed wyjazdem odwiedziliśmy jeszcze Mogiłę Powstańców i obiecaliśmy powrócić za rok. (w panelu bocznym jest także link „Bohatyrowicze”)

 

Od starocie

Dopełniliśmy obietnicy.

Kilka następujących po sobie lat przeznaczyliśmy na zabużańskie wędrówki. Wszystkie były bardzo wzruszające. Odnalazłam grób babci, odszukaliśmy mamine kuzynki, poznaliśmy wiele ciekawych miejsc. Tam wykiełkowała moja genealogiczna pasja i tam ciągną mnie nie tylko miejsca znane z rodzinnych opowieści.

 

Kolejna z zaplanowanych podróży już się nie udała – tato odszedł do lepszego ze światów, później podążyła za nim mama… mimo wszystko mam nadzieję, że jeszcze tam wrócimy


Podziel się

komentarze (31) | dodaj komentarz

migawka z Arabowszczyzny

czwartek, 13 grudnia 2012 21:50

 

12-12-12… piękna data… chociaż… ja właściwie preferuję trzynastki.

Niestety daty 13-13-13 nawet najbardziej ekstrawaganckie kalendarze nie przewidują ;-)

 

Wczorajsze obowiązki służbowe wyssały ze mnie wszelką energię i zwyczajnie padłam na twarz. Zaplanowany wpis okolicznościowy padł razem ze mną. Dzisiaj już się przeterminował, więc… postanowiłam wyciągnąć z zakamarków pamięci miejsce szczególne. Tyle ostatnio o różnych pamiątkowych kamolcach poniemieckich było, że wypada w końcu bardziej patriotycznie. Rzecz tym razem o zapomnianym pomniku na Kresach.

 

Tak się składa, że ukorzeniona jestem mocno za naszą wschodnią granicą. Po kądzieli ciągnie mnie do Baranowicz, Lachowicz, Naczy, Pierechreścia, a nawet do Petersburga, po mieczu – w pińskie błota (choć - sięgając głębiej – moje Poleszuki z Mazowsza się wywodzą). Za nami pozostało nieco kresowych wojaży, przed nami plany kolejnych (oby się ziściły) a w pamięci wiele wspaniałych wspomnień.

 

Dzisiaj migawka z Arabowszczyzny – wioski przy drodze do Baranowicz. Głęboko w polach, przy gruntowej drodze uchował się tam zadziwiający pomnik. Na trochę topornej „skale” z żelbetu przycupnął okazały orzeł. Za jego grzbietem sterczą trzy krzyże. Każdy z nich symbolizuje jeden z pochodów wojsk polskich na Moskwę. Gdyby miejscowi włodarze o tym pamiętali, pewnie śladu nawet po tym miejscu by już nie było. 

 

 

Arabowszczyzna

 

U stóp orła znajdowały się kiedyś dwa miecze i tablica z inskrypcją „Pamięci trzech pochodów Polaków i wybawienia Komendanta”. Tablica zniknęła już dawno, a postrzelany cokół trwa i … cieszy oko takich jak my włóczykijów.

 

Wiem z autopsji, że przed świętami szkolna wiedza historyczna chowa się zazwyczaj głęboko w zakamarkach pamięci, dlatego przypominam:


- pierwszy krzyż – rok 1604 – Polacy nie tylko zajęli Moskwę ale w dodatku osadzili na tronie Dymitra Samozwańca. Z Kremla dali się wypędzić dopiero w 1612. 8 lat temu (2004), prezydent Putin ustanowił w rocznicę tego – niewątpliwie dla Rosji szczęśliwego wydarzenia – Dzień Jedności Narodowej, zastępując nim coraz mniej popularne święto rewolucji październikowej (7 listopada).

 

- drugi krzyż – rok 1812 – wyprawa razem z armią Napoleona. Ta wprawdzie najbardziej kojarzy mi się ze słynnym powiedzonkiem, że od smrodu jeszcze nikt nie umarł, a świeże powietrze całą armię Napoleona pod Moskwą wytruło , jednak przez czas jakiś nasi żołnierze w rosyjskiej stolicy przebywali... ;-)

 

- trzeci krzyż – wojna polsko-bolszewicka w latach 1919-20. 

 

 

Arabowszczyzna Arabowszczyzna Arabowszczyzna

 

Mocno dla nas sentymentalny ten pomnik, prawda? I przetrwał wszystkie lata radzieckiej władzy! Dziś zapomniany, kiedyś był miejscem bardzo ważnym. Odsłaniał go osobiście sam Piłsudski. Tłumy ludzi były przy tym obecne. Fotografia wyszperana przez mieszkającą w Lachowiczach ciotkę Jadzię mocno zapadła nam w pamięć.  Jadwiga wspominała, że jej ojciec (szwagier mojego dziadka) jeździł pod Orła na ważne uroczystości.

 

A jak z tym wybawieniem Komendanta było? Legenda głosi, ze miejscowy Żyd o nazwisku Lickiewicz pomógł Józefowi Piłsudskiemu zmylić ścigających go bolszewików. Sposób znalazł o tyle oryginalny, co i zabawny.  Przebrawszy przyszłego Naczelnika w damski chałat własnej żony, usadził do dojenia krowy. Kiedy zagrożenie minęło, przeprowadził go w bezpieczne miejsce. W nagrodę otrzymać miał wileńską sukmanę i – jako, że Marszałek do zapominalskich nie należał - upoważnienie (po paru latach) na stały wstęp do Belwederu oraz gratyfikację finansową, która umożliwiła Lickiewiczowi wybudowanie młyna parowego. Gdzie ten młyn stanął, o tym już legenda nie wspomina…


Jest tam jeszcze jedna ciekawostka. Pod widoczną spod pomnika linią lasu zachowały polskie schrony i okopy z okresu I wojny oraz z lat 1919-20. Obserwowaliśmy je przez lornetkę, ale z braku czasu nie podjechaliśmy bliżej.

Szkoda.

Podobno na jednym z bunkrów ciągle jeszcze jest odczytywalny cytat z „Roty”:  „twierdzą nam będzie każdy próg”…

 

(Zdjęcia powiększają się po kliknięciu. Marna jakość da się wytłumaczyć. Fotki pochodzą sprzed 10 lat, wykonane aparatem analogowym, który właśnie kończył swój bardzo mocno eksploatowany żywot)

 

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

wielkanocnie… z jajem i w dodatku kresowo (ciutkę)

piątek, 06 kwietnia 2012 22:56

Wielkanoc nadchodzi nieubłaganie.

Jako, że Święta z założenia powinny być radosne, życzę wszystkim wiosny w sercu i pogody w duchu, a reszta już sama przyjdzie.


Wielobarwność Wielkiej Nocy jest niekwestionowana… nooo… iii … jej wielka „jajowość” ;-) Zdarza się, że przez cały rok nie skonsumujemy tylu jaj, co podczas nadchodzących dwóch dni. Wielkanocne bitwy pisankowe dostarczają tak wielu kalorii i cholesterolu, że aż strach pomyśleć. Ale co tam! Święta nie są od myślenia, a tym bardziej tradycja :-]. Tradycję się kultywuje i tyle.

 

 Nie wiem jak u was, ale w naszym domu amatorów trykania się pozornie kruchymi „czubkami” i „dupkami” jest aż nadto. Najpierw następuje wnikliwy przegląd wszystkich wylegujących się na talerzu pisanek, kraszanek, malowanek, wyklejanek – pod kątem ich twardości oczywiście – a potem w jednej chwili trzask-prask i ulotne piękno pozostaje na talerzyku w formie mało artystycznej kupki skorupek.

 

W terminie okołowielkanocnym ożywają szufladki mojej pamięci. Wypycha się z nich bez pardonu wielkie jajo. Robi to z bardzo prostego powodu -  jest największą pisanką świata, którą osadzono (grubszym końcem) przy ulicy Czornowola w Kołomyi. Budowano ją – bagatela – tylko trzy miesiące, a środek wypełniono dziesiątkami tysięcy miniaturowych arcydzieł. To Muzeum Pisanek – obiekt z gatunku „szczękoopadających”. 

 

Photobucket 

W życiu nie widziałam takiej różnorodności. Feeria barw (czasami kłujących w oczy), mnogość technik wszelakich, nieustająca pochwała ludzkiej pomysłowości. Dwupiętrowe, wysokie na 13,5 m jajo samo w sobie jest oryginalnie ozdobioną pisanką. Moja wyobraźnia nigdy nie podjęła się wizualizacji ptaszyska, które mogłoby być ewentualną mamusią tego ukraińskiego cudu.

 

A wiecie, że pierwsze pisanki powstały przed pięcioma tysiącami lat w Persji? Aż do dzisiaj trwa wyścig – kto piękniej ozdobi drobiowe jajo, bez różnicy kurze, kacze, gęsie czy strusie. W Kołomyi zebrano prawdziwe dzieła sztuki z Huculszczyzny, Pokucia i reszty świata. Są egzemplarze z Japonii, Chin, Sri Lanki, są egipskie, izraelskie, kanadyjskie… trudno wymienić wszystkie, ale polskich nie zabrakło.

 

Te najbardziej tradycyjne pokryte są delikatnymi wzorkami, a wzorki są zaczarowane bo… mówią. Tu nie tylko rysunki, ale nawet ich ułożenie ma – zgodnie z ludowymi przekazami – ogromne znaczenie. Tyle tego, że nie sposób spamiętać. Jedyne, co utkwiło w mojej głowie, to falista linia zwana bezkonecznikiem. Miała symbolizować nieskończoność ludzkiego istnienia (ale także wodę). Zgodnie z ukraińskim zwyczajem, obdarowanie kogoś pisanką z bezkonecznikiem gwarantowało mu całoroczne bezpieczeństwo. Żadna zła siła nie mogła go dopaść. Falista linia odgrywała rolę czarodziejskiego wiru – cokolwiek raz w niego wpadło, miało jak w banku, że nigdy nie zdoła się uwolnić...

 

Życzę Wam wielkanocnie abyście otrzymali od Zajączka pisankę z bezkonecznikiem, a jeżeli nie ma u was zwyczaju obdarowywania malowanymi jajkami – sami sobie taką sprokurujcie. Będzie lepsza od bodyguarda  :-D


Podczas ozdabiania jajecznej skorupki możecie powtarzać znany w przedwojennej Polsce wierszyk:


Kołomyja to stolica

każdy człek się nią zachwyca

zna ją także zagranica

Kołomyja słynna jest

 

albo

 

Kołomyja nie pomyja

Kołomyja miasto

a dziewczyny tam smakują

jak najlepsze ciasto

 

(a tak na marginesie – do Kołomyi właśnie sięgają korzenie mojego ulubionego, śpiewającego taksówkarza – pisałam kiedyś o nim)

 

Dziękuję też pięknie Wszystkim za słowa otuchy i za to, że jesteście przy mnie nawet wtedy, kiedy mnie tu nie ma…serce

 

 


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

wzruszenia małe i duże

czwartek, 13 października 2011 11:57

 

Miejsce, którego się nie zapomina.

Bohatyrowicze.

Mała, wymierająca wioska nad samym Niemnem. Kiedyś takie osady nazywano zaściankami. Nawet znaleźć ją niełatwo, bo drogę wskazuje… drogowskaz bez żadnej konkretnej informacji. Trzeba wiedzieć, że stojący sobie niemal w szczerym polu drewniany chłopek z urwaną ręką ma nam coś do powiedzenia. Gdyby naprawdę mówić potrafił rzekłby, że tę drugą kończynę z całej siły w bok wyciąga nie dla jakiegoś widzimisię, tylko po to, byśmy pojechali prościutko tam, gdzie ona pokazuje.

 

Photobucket

 

Wąska droga wiedzie w kępę drzew. Jedziemy więc i… trafiamy najpierw nad zakole Niemna. Przy jego brzegu kołysze się samotna łódka

 

Photobucket Photobucket

 

Na wzgórzu pośród drzew majaczy jakby głaz z krzyżem celującym w  niebo. Obok mieni się coś kolorowego. Wspinamy się z ciekawością i już wiemy. Trafiliśmy idealnie.

 „W głębi pod ciemną kolumną splecionych ze sobą jodeł, słupem padającego od nich cienia okryty, wznosił się niewysoki pagórek, kształt podługowaty i łagodne otoki mający, niby wał, niby kurhan, widocznie kiedyś rękami ludzkimi usypany jak i cała ta polana – niską, w nierówne kępy pogarbioną trawą obrosły.

Jan w milczeniu pagórek ten Justynie ukazał, ona też milcząc skinęła głową, wiedziała, że to zbiorowa mogiła.

- Ilu? – z cicha zapytała.

- Czterdziestu – odpowiedział, głowę znowu odkrył i kroku przyspieszył”


Photobucket Photobucket

 

Stoimy nad opisywaną przez Orzeszkową mogiłą powstańców. Wyraźnie ktoś o nią dba. Jesteśmy w pobliżu Miniewicz (powieściowy Korczyn). Bohatyrowicze raptem o rzut beretem.

 

Tak, tak… chodzi o to samo miejsce, gdzie w XVI w. osiedli legendarni Jan i Cecylia, a tam „ziemię dzikiej puszczy odebrawszy, zawojowali ją nie mieczem i krwią, ale pracą i potem, (...) ojczyźnie bogactwa pomnażając." W dowód uznania król Zygmunt August nadał im nazwisko Bohatyrowicz, a potomni na mogiłce kolejny już piękny krzyż i pamiątkowe kamienie ustawili.  Idzie się do niej wąwozem nazwanym imieniem Jana i Cecylii – dziś uznanym za pomnik przyrody. Kilka kroków za drewnianym płotkiem wije się malowniczo Niemen. Z wysokiej skarpy schody wiodą wprost do łódki.

 

Photobucket Photobucket

 

W samej wsi niewielu pozostało mieszkańców. Kilka starszych kobiet, jeszcze mniej mężczyzn. Pierwsi, których spotykamy, to Teresa i Tadeusz Bohatyrowiczowie. Z tych samych Bohatyrowiczów, których opisywała pani Eliza. Widzą nas po raz pierwszy w życiu, mimo to nie bacząc na nic od razu ofiarowują gościnę. Jeżeli tylko mamy ochotę, to stareńka chałupa rodziców pani Teresy jest do naszej dyspozycji.

-  Może wygód w niej nie ma, ale przecież od dawna nikt tam nie mieszka.

Drewniana, cudna, pomalowana na niebiesko, z fantastycznym ganeczkiem prowadzącym wprost do sadu… 

- Tam w sadzie pyszne jabłka… rwijcie… jedzcie… - śmieje się pani Teresa.

 

Photobucket Photobucket

 

Jak tu odmówić? Zostajemy więc. Pstrykamy zdjęcia na uroczym ganku. Rozpalamy wieczorne ognisko. Gospodarze przychodzą z grubą na cztery palce słoniną i świeżutkimi jajkami. Są też pomidory prosto w ogrodu, cebula. Sało rozpływa się w ustach. Gwarzymy nie patrząc na zegarki. Cudnie jest. Życie jest piękne.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Przed północą, wiedzieni impulsem wybieramy się do legendarnej mogiłki. Wąwóz oświetlony nikłym blaskiem księżyca. W dłoniach trzymamy świece na komary (o latarkach nawet nie pomyśleliśmy). Wrażenie… niesamowite. Wrócimy tam rano. Staniemy przed napisem „Jan i Cecylia. Rok 1540. Memento mori” i zadumamy się… bo słowa tu niepotrzebne.

 

Pani Teresa poświęca nam cały dzień. Oprowadza. Opowiada.

- Tu stoi dwór, gdzie pisarka przyjeżdżała na wakacje. O, w tej piwnicy to jeszcze po wojnie jabłka się przechowywali. A tu była ławeczka z widokiem na Niemen. Orzeszkowa lubiła na niej siadywać i pisać. Tu powstawało „Nad Niemnem”. Tu układały się w głowie kolejne rozdziały powieści.

 

Photobucket Photobucket Photobucket

 

Oj, jak nie chce się wyjeżdżać… siadamy więc przed podróżą - jak stary zwyczaj każe - na ławeczce przed domem. Gospodarze gościńczyk na drogę szykują. Na nic nasze opory. Wyjeżdżamy z bagażnikiem wypełnionym niedużymi jabłkami z sadu.

- Bierzcie. U nas i tak nikt ich nie zje. Osypią się

Kiedy zanoszę je później do pracy, robią furorę. Dla wielu są niedościgłym smakiem dzieciństwa… gdzieś z Grodzieńszczyzny, Polesia, Wołynia…

 

Photobucket Photobucket

 

Ruszamy wreszcie żegnani ciepłym:

- Zajeżdżajcie koniecznie! Zawsze, kiedy przyjdzie wam ochota.

 

… skorzystaliśmy więc… następnym razem…

 

 

 

Ps. Przepraszam za mikrej jakości zdjęcia, ale są tylko skanem papierowych fotografii wyciągniętych z pęczniejącego wspomnieniami albumu.  Pochodzą z czasów aparatu na kliszę, bardzo zresztą wysłużonego. Na niektórych kartonikach widać dziwne jasne plamy, nie zawsze dające się usunąć za pomocą retuszu. To ulatywała dusza naszego aparatu, zajechana do granic możliwości. Wspominam go z sentymentem, choć jego następcą była już prosta cyfrówka.

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Kresowe fascynacje

czwartek, 29 września 2011 19:40

Kresowe fascynacje przyszły do mnie nie wiadomo skąd. Wyglądały z kart książek, z półuśmiechów, półsłówek…  Niekiedy notowały w pamięci jakąś sentencję… ot chociażby tę przypisywaną Marszałkowi, co to Polskę do rogalika przyrównywał mówiąc, że  wszystko co w niej ważne i piękne, to na Kresach położone, a w środku… wielka dziura zionie.

 

Chociaż sentencja działała na wyobraźnię, niezupełnie się z nią zgadzałam. Uważałam, że w tym „środku” sporo ciekawostek i historii przez duże „H” także można było znaleźć. Jakkolwiek jednak na to nie patrzeć – gdzieś tam za wschodnią granicą pozostały kości moich przodków. Ciekawiły mnie miejsca, gdzie przebywali, ale ciekawiły także te, znane wyłącznie z literatury i historii (nie tylko ojczystej).

 

Kiedy komunistyczny kolos zaczął chwiać się na glinianych łapach, coraz wyraźniej kiełkowało we mnie pragnienie podróży. Nie w dużej grupie i utartymi szlakami, tylko tam, gdzie serce, oczy i fantazja poniosą. Na rekonesans wybraliśmy się dokładnie 10 lat temu, a zdjęć z niego mamy niewiele i nie najlepszej jakości. Ograniczała nas pojemność orwowskich i agfowskich klisz. Okazało się, że zabraliśmy ich ze sobą stanowczo za mało.

 

 Pierwszą wyprawę białoruską załatwialiśmy ostrożnie. Pojechaliśmy zaopatrzeni w vouchery, zaklepaliśmy noclegi w państwowych hotelach. Później okazało się to sporym utrudnieniem i ograniczało nas znacznie sprawami meldunkowymi. Wierzcie mi – w republikach postkomunistycznych to karkołomne wyzwanie. Przekraczając w powrotnej drodze granicę musieliśmy wylegitymować się jak najdokładniej wszystkimi hotelowymi kwitkami… za każdą dobę pobytu. Dlatego kolejny raz ( i kolejny) pojechaliśmy już z odpowiednią bumagą w kieszeni, wystawioną przez Związek Kresowiaków. Stało w niej czarno na białym, że wyjazd to służbowy i z noclegów gdzie Bóg i dobrzy ludzie dadzą nikt nas rozliczać nie powinien. Wspomnienia stamtąd mam… niesamowite. Litwa, Białoruś, Ukraina… ech… tam słowiańska dusza gra…

 

Najbardziej wryło mi się w pamięć pierwsze spotkanie z Białorusią. I wcale nie chodzi mi o pierepałki z celnikami. Zresztą ten pierwszy raz wjeżdżaliśmy od strony Litwy, więc i rzeczone pierepałki były o niebo mniejsze.

 

Po nocy spędzonej w Wilnie najbliżej było do przejścia Soleczniki/Bieniakonie. Pierwsze kroki na ziemi białoruskiej skierowaliśmy na bieniakoński przykościelny cmentarzyk, a tam…

(…)Gdy podeszliśmy dość blisko

wiemy w jednej chwili

Jest to grób o dwóch nazwiskach

hrabiny Maryli.

 

Hrabiostwo Puttkamerowie w pobliskich Bolcienikach mieli swój majątek, a w tzw. suchym gaiku, na odległym o kilkaset metrów wzgórzu, Maryla koiła ból nieszczęśliwie zakochanej duszy. Gaik opisał niegdyś Jan Czeczot:

Za rzeczką, pośród pola czystego

Czy widzisz mały pagórek?

Sosenki wieńczą wierzchołek jego,

Ach, to Maryli jest borek.

To ona w chłodne ranki, wieczory

Sama swą rączką pieszczoną

Krzesze gałązki, przeczyszcza kory,

Jedlinę sadzi zieloną (…)

 

Dziś gaik jest pomnikiem przyrody, a my zagłębiliśmy się pomiędzy drzewa by szukać tam słynnego „kamienia żałoby”, przy którym hrabina z Wereszczaków Puttkamerowa rozstała się ostatecznie ze swym poetą. Photobucket

 

Padał deszcz, ale  – jak to się mówi – przecież nie z cukru nas stworzono. Bez większego trudu udało nam się znaleźć płaski, ciemny głaz z wyrytym na nim krzyżem. Podobno wykuwała go sama Maryla mówiąc, że to „nagrobek Przeszłości i Nadziei”.

Nie wiedzieć kiedy pojawił się koło nas nieduży pan na śmiesznym motorku.

 

Photobucket

 

- Michał Wołosewicz – przedstawił się – najstarszy kochanek Maryli.

- ???

- Tak o mnie mówią ludzie we wsi – roześmiał się – że niby  ja Marylę kocham dłużej niż Mickiewicz. Piszę o niej wiersze, dbam o jej mogiłkę i o ten kamień. Nawet żona przestała już być zazdrosna… Przyjeżdżam tu codziennie, szoruję głaz szczotką, żeby go mech nie porastał. Mieszkam niedaleko, w Bieniakoniach.

 

Niesamowite było to spotkanie. Pozostaję pod jego wrażeniem do dziś. Kiedy pan Michał ni z tego i z owego zaczął recytować swój życiorys, okazało się, że mam dziwnie mokre oczy. Może był to tylko deszcz, a może… poczytajcie zresztą sami:

 

Mieszkam w Białorusi, Litwa za rzeką,

a granica Polski daleko, daleko.

Czasem ktoś mi takie pytanie zadaje:

kim jestem w tej chwili i komu honor daję?

Odpowiadam szybko: jestem z Wileńszczyzny,

 ja synem tej ziemi – Polak bez ojczyzny.

Bo moce piekieł ziściły swe plany:

ja przez sojuszników już w Jałcie sprzedany.

Dziś o tym historia wstydliwie wspomina,

nie znano, nie chciano znać planów Stalina.

Dali mi rozkosze czerwonego raju,

a dziś nazwę obcego w swym rodzinnym kraju

 

 

Michał Wołosewicz urodził się Starych Rakliszkach, dzieciństwo i młodość spędził w Wilnie, ale po wojnie przyjechał do Bieniakoni. Tutejsi pamiętali jeszcze osobliwą hrabinę, która całe życie nosiła żałobną czerń (chociaż mąż jej żyw był) i nigdy nie pozwalała, żeby dziewczęta  wiejskie ślubowały bez miłości.

Podobno mawiała: „Bez uczucia za mąż wyjść nie pozwolę! Ja ci krówkę dam w posagu, kochaj swego parobczaka, żyjcie u mnie w czworakach”.

Zafascynowany opowieściami, zaczął pisać wiersze o Maryli (i nie tylko o niej). Samej hrabinie poświęcił aż 65 wierszowanych utworów. To dzięki niemu jej mogiła nie została zniszczona przez komunistów.


Pan Michał już nie żyje. Zmarł trzy lata po naszym spotkaniu, ale mamy w domu wspaniała pamiątkę - tomik jego poezji.

Chętnie do niego wracam.


Photobucket


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  207 922  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

... i tak zaglądałam tu codziennie, przeniosłam się więc z innego miejsca... tu bardziej przyjaźnie...
Zakręcona. Programowa optymistka.Owsik (znaczy - trudno mi usiedzieć na miejscu). Urodzona włoczykijka. Domorosły genealog. Maniaczka- fotopstrykaczka (jak coś mi się jeszcze przypomni - dopiszę).
Jako, że pamięć moja zaczyna szwankować - zamierzam spisywać swoje eskapady. czasem trochę pofilozofuję, albo wygrzebię kartkę ze szkolnego pamiętnika :))

O moim bloogu

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszc...

więcej...

... takie sobie owsikowe bajania na temat tego co dookoła nas ciekawego... Gwoli wyjaśnienia - "Owsikami" nazwał nas Rodzic... jako, że "z miejsca na miejsce, z wiatrem wtór...", ale daleko nam jeszcze do Mistrza, co to po Niebiańskich Polanach oprowadza już wycieczki.

schowaj...

czas swój oddaję

wędrówki duńskie

wędrówki kresowe

wędrówki po Niemczech

wędrówki po Polsce

wędrówki skandynawskie

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 207922
Wpisy
  • liczba: 412
  • komentarze: 5145
Bloog istnieje od: 2441 dni

Lubię to